Uniwersum Ojca Chrzestnego do dziś jest czymś naprawdę niezwykłym. Powstało sporo filmów ukazujący te uniwersum z czego ostatni miał premierę 2020 r. Tym razem cofnę się daleką przeszłość do złotego okresu PS2. Godfather wydany na szósta generację to mokry sen nie jednej produkcji o tematyce gangsterskiej.
-
Recenzje
Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo
-
Manga i anime
Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj
-
Filmy i seriale
Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć
-
Publicystyka
Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem
Godfather: Co oni zrobili z mają grą? (Retro recenzja, PS2)
Przychodzicie do mnie: „Don Pietro, recenzji”. Ale nie prosicie z szacunkiem. Nie piszecie komentarzy. Nie zwiecie mnie Ojcem chrzestnym. W dniu wolnymi prosicie, bym napisał nowy tekst...
Akcja rozgrywa się 1936 r. w Nowym Yorku. Nie będzie to przygoda Mike Corleone. Mimo tego nie zabraknie kultowych momentów, a nawet rozszerzeń niepokazanych w pierwszej części serii filmów. Oprócz licznych fragmentów, cytatów, muzyki atakującej od samego początku dodano jeszcze jedną rzecz może nie dużego kalibru, ale też istotną. Protagonistę tworzy się od totalnego zera.
Spokojnie spędziłem szmat czasu przy ustawieniu każdego najdrobniejszego elementu mojego awatara. Jednocześnie nie będę udawał, że jest nazbyt różowo. Najmniejsze elementy jak kształt brwi, czy znamiona nie są widoczne. Z tego też powodu wierzę na słowo twórcom w ich istnienie.
Gra dziś nie przeszłaby bez echa. Nie z tego powodu co oferuje, a stara się przynajmniej na początku być: symulatorem przestępcy. Nie ma możliwości bycia…. CZARNYM. Toż to rasizm, kto to widział, że w włoskiej mafii nie ma murzynów, szok i niedowierzanie (śmiech).
GF to nic innego jak GTA tylko o wiele bardziej rozbudowane. Sam szkielet jest identyczny. Nawet interfejs do złudzenia podobny. Przez coś takiego większość graczy się szybko w tym odnajdzie. Równocześnie muszę też wbić mała szpile, ale nie jest to wina devów. Grając to na starym kineskopie (retro master race) wszelkie informacje, rzeczy do odczytania są strasznie niewyraźne. Pomógł natomiast fakt istnienia spolszczenia gry. Łatwiej się zorientować, co i jak.
Parę słów o walce. Wahałem się dość długo, bo jeszcze takiego sterowania nie widziałem. L1 aby wejść w tryb bojowy jednocześnie machanie drążkiem. Uniki wymagają drugiego grzybka, natomiast R1 się używa do chwytania wroga. Normalnie cud malina, mieli rozmach skurwysyny.
Wyciągnąłem się na całego. Rozgrywka nie jest jakaś szczególnie niezwykła. W kolejnych częściach adaptacji z filmu nie da się jakoś wykorzystywać istniejących mechanik, a nawet auto celowanie potrafi być naprawdę upierdliwe. System sam wybiera cel z upartością maniaka co wymaga niekiedy powtórzeń etapów. W tym momencie warto dodać że pod tym względem Ojciec Chrzestny góruje nad konkurencją, która wymagała powtórzenia całej misji.
Dalsze etapy jak z reżyserem to przede wszystkim skradanki z elementami cichej eliminacji. Podobnie sprawa ma się z aktywnościami pobożnymi, które różniły się tylko opcjonalnymi sposobem eliminacji celu, prawie jak Hitman. Awans w grze idzie szybko jak ciepły nuż przez masło. Kampania jest typowo skierowana pod fanów filmów. Chociaż pewne wydarzenia się zasadniczo różnią co może powodować kręcenie nosa, ale czemu tak? Cholera wie.
W czasie kampanii będzie się awansować w hierarchii. Żeby jakoś to urozmaicić dodano drzewko talentów będące bardzo pomocnym ułatwieniem w rozwoju zawodowym. W ramach planu pracy odbija się meliny i przeprowadza: „negocjacje” z właścicielami. Zależnie od skuteczności może być to długa współpraca lub klapa. Jak za dużo się rozwali to utraci się wszystkie zyski z danego punktu. Problem w tym że człowiek się dowiaduję już po fakcie. Olewając rozwój tej umiejętności zawali się większość przejęć lokalnych interesów. Równocześnie nie wpływa tona grubość portfela. Jeśli komuś mało jest jeszcze drzewko telnetów do rozwoju.
Walka została dość dobrze wymyślona. W tym sensie, że jest sporo różnych możliwości. Jednak przez doładowanie punktów doświadczenia w zdrowie mogłem niekiedy wybić grupkę wrogów.... Dusząc jednego po drugim. Żeby było śmieszniej drugi walił palą, a trzeci strzał. Oczywiście zwykłem gnatem tomsona by nie wytrzymał.
Bardziej niż zmian w filmowych scenach czepiłbym się sytemu strzelania. Można bawić się w strzelanie w rękę, nogę itp., aby rozbroić przeciwnika, ale i tak zareagują wszyscy z najbliższego sąsiedztwa. Oni zawsze stoją we dwóch, a jak ma się pecha to nawet nieco oddaleni podejdą. Gra bardzo, ale to wprost niemiłosiernie trzyma za rączkę. Nawet po przejściu samouczka pomaga aż do porzygu. Pochwalić GF można za zagęszczone miasto zarówno pod kątem aut jak i pieszych.
Najbardziej ciekawy byłem aktu w którym Michael jedzie do Włoch. Twórcy zaimprowizowali swoją wersję wydarzeń, która może nie jest wybitna, ale wpisuje się w fabułę gry. Protagonista natomiast staje się coraz mocniejszy, a walka na pięści to bardziej rzeźnia niż cokolwiek innego. Mogli więcej popracować nad pasywkami.
Jak oglądaliście The Last of Us to wiecie jak przenieśli grę do serialu. Tutaj znowu im dalej w las tym wychodziło to coraz dziwniej. Poszczególne próby odtworzenia wydarzeń od momentu jak Mike zostaje donem nie prezentuje się za dobrze. Nie jest tak, że wcześniej było jakoś wybitnie, a co najwyżej w stopniu zadowalającym, ale jakoś to było.
W czasie chrztu rodzina Corleone załatwia wszystkie swoje sprawy. Od tego momentu jest to już nic innego jak seria pomniejszych zleceń, które się non stop powtarzają. W ramach urozmaicenia dodali limit czasowy i pościgi.
Najzabawniejsze jest w tym kontekście system awansów. Mimo bycia Capo dalej nie ma się jakiś pomagierów. Zerem się było, zerem zostanie. Z grymasem jakoś to przeszedłem, bo wiedziałem, że za chwile koniec. A tu taki wał! Ktoś wymyślił ostatnie zdanie podłożyć bomby w domach pozostałych rodzin. Rozsypano te bazy, a raczej twierdze po całej mapie świata i się człowieku męcz. Wszystko po to, aby zobaczyć jeszcze jeden przerywnik, który nie jest warty ani mojego ani waszego czasu.
P.S W niektórych misjach pokazują na skrzyżowaniach gdzie skręcić. Jednak to jest tak spora rzadkość, że szkoda słów. Standardem jest zaglądanie co chwile do mapy, a to jest naprawdę bardzo upierdliwe. Mogli też dodać jakieś radia z interesującymi audycjami i muzyką z tamtego okresu.
Podsumowujmy, czy Ojciec Chrzestny jest warty zagrania? To zależy, od tego jak bardzo jesteście przywiązani do filmowej adaptacji. Pewne wątki poprowadzono całkiem zgrabnie jak zabicie szefa policji. Są jednak pokręcone gonitwy kiedy Sonny robi czystki, a na koniec groch z kapustą okraszony kiepskim auto namierzaniem. Godfather to porządny średniak z lepszymi momentami i dla ludzi, którzy spora wybaczą. Ocena końcowa: 6.5/10.
Demo Gothic Remake, czyli o jednym takim co szukał noclegu (PC)
Gothic Remake to tytuł, o którym każdy myślał, ale nie prosił, a może jednak ktoś chciał?
Każdy starszy i zapewne wielu młodszych graczy nie raz sięgnęło, po ten klasyk jakim był Gothic. Mógł go ogrywać prawilnie na PC lub Nintendo Switch. Jednak ktoś tam hen na górze uznał, że warto przywrócić to dzieło do nowego życia. Już raz próbowano zaprezentować graczom nową wizję, która przyjęła się jak przyjęła. Tutaj możecie o tym przeczytać (klik).
W tej wersji demo postanowiono podejść do tej produkcji od całkiem innej strony. Lecz zanim zacznie się przygodę trzeba ustawić sobie język polski. Kolejną sprawą była kamera. Grając tradycyjnie myszką klawiaturą można było dostać oczopląsu. Szybkie ruchy psują efekt i nie można zmienić szybkości. Sięgnąłem po pada i wszystko jak za dotknięciem magicznej różdżki naprawiło się od ręki.
Następnie synchronizacja głosu i ust, odniosłem wrażenie, że zapomniano o tym całkowicie. Diego mówi podobny tekst jak w oryginale i o dziwo rzeczywiście jest oziębły i nie przyjemny, ale nie ma tragedii. Idąc dalej o rozmowach. Z jednaj strony są niekiedy oschłe i wulgarne podobnie jak w pierwowzorze. Diego mnie zaskoczył swoją wrogością. Da się go na tyle wnerwić, że zabił Nyrasa, aż zatkało kakao. Pozostali bohaterowie znajdujący się poza placem wymian od razu wchodzili w rzyć lub udawali nieprzystępnych, aby potem okazać się opiekuńczy. Jedynie strażnik na wrotach tak jak w oryginale zaproponował informacje za piwo. Kolejne mrugniecie oka do fanów.
Jak na max godzinne grania dużo jest tam rozmów. Da się się więcej wycisnąć gdy się spróbuje coś jeszcze wycisnąć. Gdym nie znał wszystkie części serii czułbym się przytłoczony licznymi informacjami, które spadły lawinowo. Z drugiej strony, jeśli ktoś miał styczności z tą marką to doceni wzmianki będące skierowane do weteranów.
Teraz trochę o walce. Nie jest źle, co prawda ciut trudniej niż w oryginale, ale jedynie trzeba się przyzwyczaić. Użycie kilofa, czy maczugi jest praktycznie identyczne. Walcząc z mobami trzeba mieć wyczucie, czyli nie wymachiwać bezmyślnie bronią, a wyczuć moment kiedy uderzyć. Na tym etapie jedynie dało się uwzględnić to przy szarży i wysokości wroga. Jest to całkiem inaczej niż jak w starym G1. Tam machało się z prawej do lewej.
Dodano także łuk, który nie tylko dostał nową mechanikę, ale był jeszcze Op bronią. Zasadniczo psuło to balans. W czasie walki z ścierwojadami stałem bezpiecznie na skałach i odkryłem potęgę tej broni. Przytrzymując łuk gotowy do strzału celownik się zmieszał. Skutkiem takiego skupienia było zadawanie większych obrażeń.
Skro już wiadomo jak się bronić to warto pomyszkować, ale tak cichcem, aby nikt nie zauważył. Jak ma ktoś chęć to dalej kradnie się co popadnie bez konsekwencji. Ale co z bronią? Kilof czeka tam gdzie był i do tego jest tam pewna niespodzianka. Da się zwiedzić część tunelu która w G1 była niedostępna. Kretoszczury z jakiegoś powodu nie robią swoich animacji tylko niemalże od razu atakują. Dziwi mnie to tym bardziej, bo taki ścierwojad działa na tych samych zasadach, co oryginał i wiadomo jak się zachowa. Szczęśliwie dalej można ściągać moby na Npc, które chętnie pomagały.
Jednak nie zawsze tak jest… Po ponownym włączeniu gry z nieznanych powodów szkodnik stojący nad kopalnią stwierdził, że mnie zabije. Dając sobie spokój i licząc, że kolejne zadanie naprawi sprawę ruszyłem dalej i spotkałem Draxa. Gra jakoś nie zarejestrowała faktu zlecenia nowej misji i jego towarzysz dalej chciał zrobić z człowieka mielone. Ponowne wczytanie wcześniejszego stanu sprawiło, że ten pierwszy strzelił na mnie focha jak do niego poszedłem po raz „pierwszy”. Ponowiłem proces i poszedłem najpierw do Draxa i po raz trzeci „pierwszy raz zaczepiłem” typka, aby ten raczył w końcu zagadać. Koniec, końców można trafić do celu od razu lub iść naokoło.
Grafika w pierwszych wrażeniach jest pół, na pół. Nie jest najgorzej. Lokacje robią wrażenie bogato wypełnionych. Plac wymian był całkiem nie do poznania. Nie był to już ubogi obiekt z jakimś wyposażeniem. Teraz prezentował się jak twierdza. Równocześnie poczułem się zagubiony, gdzie Ja jestem? Nie bierzcie tego dosłownie, bo wszystko oczywiście wyjaśniono dokładnie. Po opuszczeniu części prywatnej i rozjeżeniu się po otoczeniu wiedziałem na co patrzę. Skok technologiczny uderza z pełną siłą.
Nie byłbym sobą i zajrzałem wszędzie, gdzie się dało. Odwiedziłem częściowo otwarte przejście do Khorinis z Gothic 2 i załatwiłem tam kretoszczury. Pod względem wyglądu lokalizacji demo robi wrażenie. Nacieki na ścianach jakie powstały są naprawdę szczegółowe. Rozglądając się po wnętrzu widać jak bardzo chciano oddać realistyczny efekt. Sztolnia główna sala i liczne przedmioty potrzebne kopaczom pozwały poczuć magię nostalgii z Starej Kopalni.
Błędy, tak błędów też nie zabrakło to co człowieka przywitało było tylko przedsmakiem technicznych niedociągnięć. Zaczynając od szalejącego szkodnika z Nowego Obozu, przez ustawienie się w pozycji startowej „T”. Poruszanie się po skałkach woła o pomstę do nieba. Utknięcie w zagłębieniu i „spadaniu w płytka przepaść” było dość częstym zjawiskiem. Ewentualnie jeszcze Świstak uwielbiał powtarzać jeden i ten sam tekst kilka razy z rzędu. W kopalni jest kilof będący jedynie ozdobą. Praktycznie nie dało się go podnieść. Wstyd! Następnie ktoś uznał, że maczuga będzie wydawać taki sam dźwięk przy wyciąganiu co miecz. Czego to ludzie nie wymyślą! Już wiem, mały bonusik. jak wczytałem sobie grę to ścierwojady leżące w wodzie wróciły to pozycji startowej.
Teraz jeszcze o drugim podejściu. Po zaznajomieniu się z wszystkimi dialogami, które swoją drogą były dość nie jasne odegrałem chama i prostaka. Przy polowaniu z Draxem ten zabija Nerasa jak obiecał. Nie zmieniło to faktu, że da się wykonać zadanie, o którym się teoretycznie się nie wie i usłyszeć w 99.9% te same monologi. Natomiast przy ognisku zamiast usłyszeć byłeś niegrzeczny, ale się poprawiłeś to okaże się coś całkiem innego. Z jednej strony gracz ma większa swobodę w kolejności wykonywania misji, a jednocześnie niszczy to całkowicie narracje.
Jeszcze małe wtrącenie do rzeczy, które nie wpisałem wcześniej. Animacje siadania i wstawania, o ile to pierwsza jest w akceptowalnym tempie, tak podnieść mógłby się minimalnie szybciej. Trafiłem na skargi dotyczące wchodzenie na drabinę. Tutaj już zupełnie nie wiem o co chodzi. Nie dość, że nie trzeba trzymać cały czas przycisku trzymania się to całość przebiega standardowo jak w każdej innej produkcji.
Kolejnym kontrowersyjnym wątkiem był czas reakcji Npc. Jak zapewne dobrze wiecie, po podejściu do kogoś z bronią spowoduje, że ten każe schować ją natychmiast. Taka sytuacja kończyła się spełnieniem polecenia lub zbieraniem się z gleby. Dziwnym trafem tylko Świstak zareagował natychmiast. Pomimo zwycięstwa nie dało się go wykończyć, czy nawet okraść.
P.S. Interfejs jest inspirowany tym z Gothic 2, ale wciąż mógł być bardziej przejrzysty, ale to już czepianie się na siłę. Bardziej istotne jest fakt, że oddaje te same wrażenia co 2001 r.
Podsumowując. Demo Gothic Remake daje spore nadzieje, co do pełnej wersji. Walka jest jak najbardziej w starym dobrym stylu z pewnymi zmianami. Jeśli znerfią łuki to zachowa się jakaś równowaga. Gothic nie może być nadto prosty na dzień dobry. Myślicie, że zapomniałem o wyglądzie postaci? Nie!!! Diego wygląda kiepsko i to jest rzecz niewybaczalna. Powinni dać całkiem nowy model postaci, reszta jest do przyjęcia, choć poznać się ich nie dało (śmiech). Sporo jest tego do mniejszej lub większej poprawy, ale drogą jaką obrali nie jest zła tylko za bardzo kołują po niej.
Recenzja serialu Ojciec Brown (sezon 1)
Drodzy panowie, miłe panie omówię ostatni serial z 3 zapowiadanych. Pomimo swojej formy nie będzie to do końca produkcja propagandowa. Nie traćmy więc czasu i przejdźmy do rzeczy.
Brytyjski serial Ojciec Brown to adaptacja serii książek autorstwa Gilbert Keith Chesterton. Produkcja ta ma w sobie coś wspólnego z sagą Harrego Pottera. Pytacie, co dokładnie? Już śpieszę z odpowiedzią. W głównego bohatera wciela się się Mark Williams, który jest wam dobrze znany jako Artur Weasley ojciec Rona.
Żeby lepiej przybliżyć wam czego można się spodziewać, po tym tytule to powiem tak: Ojciec Mateusz przeniósł się do powojennej Anglii lat 50-tych. Format poszczególnych odcinków później nakreślę trochę szerzej, a na razie garść szczegółów.
Nie spodziewajcie się tutaj akcji rodem z Detektyw w sutannie. Dajcie znać, czy chcecie aby coś napisać o tym klasyku z polskim akcentem. Wracając do wątku głównego. Poszczególne odcinki to jeden i ten sam schemat. Czasami dochodzi do pewnych ustępstw względem fabuły, ale ostatecznie szkielet zostaje nienaruszony.
Miłośnikom klasyki zaserwowano zbrodnię, morderstwo ma się rozumieć i liczne poszlaki. Wskazówki naprowadzające lubią pokazywać się w najróżniejszych momentach. Początkowo zapowiada się to naprawdę dobrze, bo da się już obstawić motyw i ofiarę zanim dojdzie do przestępstwa. Z tego co dotychczas napisałem buduje się obraz produkcji dla ludzi lubiących wykorzystywać swoje szare komórki.
Dzieje się tak tylko z pozoru. Zaprawieni fani gatunku szybko zorientują się w zasadach tej gry i nie będą mieć problemów z wytypowaniem co ważniejszych figur. Jak wiadomo kiedy odrzuci się wszystkie prawdopodobne rozwiązania ta, która zostanie choć niemożliwa będzie tą właściwą.
Zdradzę pewien smaczek jaki powinien zainteresować w pierwszym sezonie, całkiem sporo miejsca poświęcono uchodźcą z Polski. Wątek ten można odebrać dość negatywnie. Nie próbowano pokazać tam jakichkolwiek ciepłych relacji między naszymi, a miejscową ludnością. Jedynie Sid Carter (Alex Price) próbował jakoś zbliżyć się do Zuzanny (Katarzyna Kołeczek) będącej gosposią u Ojca Browna. Uprzedzam ksiądz jest po prostu dobroduszny dla każdego bez wyjątku, dlatego się nie liczy.
Wraz z rozwojem wydarzeń jedyne co przez serial trzyma w ramach kryminału są liczne morderstwa. W następnych sezonach jest tego jeszcze więcej. Można się aż zadziwić jak w takim miasteczku, prawie wsi popełnia się tyle zbrodni. Niezbadane są wyroki boskie.
Tym razem nie będę jakoś się rozpisywał o poszczególnych bohaterach pierwszo i drugoplanowych. Nie można się doczepić braku pomysłu na nich. Od buntowniczego stylu bycia Ojca Browna, który doprowadza do bólu głowy inspektora, a kończąc na przekłamanej sekretarce parafialnej pani Bridgette McCarthy (Sorcha Cusack). Wspomniana już Zuzanną jest głosem polskiej mniejszości. Wszyscy oni i epizodyczne postacie dodają coś od siebie, tak aby utworzyć spójną całość.
Teraz przyszła pora na mięsko lub warzywa. Nikogo nie dyskryminuje (śmiech). W 6 odcinku postanowiono poruszyć problem dotyczące placówek prowadzonych prze zakonnice jak i samych zakonów. W tej sprawie i trup pada często i gęsto. Lecz to co bardziej się rzuca w oczy to patologiczne relacje i hipokryzja zakonnic. Nazwać to by się dało przerysowaniem. Jednak jeśli ma wybrzmieć jak należy to tak być musi.
Odcinek ten był tuż po epizodzie z sektą. Tam bardzo, potępili konkurencję. Ktoś wpadł na pomysł, aby dodać coś dla równowagi. Z powodu liczby zgonów i tym razem warto dodać kilka przypadkowych ofiar, aby trudniej z pozoru stwierdzić kto był mordercą. Równocześnie nie postarano się, aby następujące po sobie ofiary nie były od razu do wyłapania. Charakteryzowały się "wyrazistym" stylem bycia. Jedyne co było konieczne to poświęcenie minimum uwagi, aby dojść do właściwych wniosków.
Finał odcinka jest w pewnym sensie strzałem w kolano z przebiciem w stopę. Rozwiązanie zagadki ukazały struktury zakonne w jeszcze gorszym świetle niż samą sektę. Dramatyczna prawda jaka wyszła na wierzch została całkowicie zbagatelizowana. Zostawiło to poczucie niesmaku, jak można istotne tematy zamieść pod dywan.
W odcinku 7 pozornie odeszli od tematu kościoła. Nakreślono nieco inną sprawę z dość odmiennym tłem i narracją. Pokazano uprzedzenie, pychę i niewiedzę, którą krzywdzą bez wahania. Wielce pobożna sekretarka stała się orędowniczką prawdziwej nienawiści niczym niepopartych przekonań.
Ofiarą tego odcinka jest nastolatka chora na chorobę popromienną. Tym razem było bardziej moralizatorsko. Pod tą dekoracją kryło się wiele złożonych problemów, których rezultaty zostały jasno wyjaśnione. Zdradzę tylko, że zakończenie dla odmiany było pozytywne. Wspomniany epizod to jedna z tych naprawdę monotonnych odstępstw. Druga polowa pierwszego sezonu z jakiś bliżej nieznanych powodów zaczęła bardziej skupiać na edukowaniu widzów, a niż zagadkach na głębszym poziomie niż kto zyska na śmierci bogatego nestora rodziny. Podpowiedź, nie pierwszy dziedzic, a osoba następna osoba w kolejce.
No wreszcie, ideologiczne pitolenie zeszło na dalszy plan. Pierwszy sezon serialu powoli dobiega końca. Śledztwa są jakie są dość mocno przewidywalne. Pierwsze odcinki rzeczywiście były wciągające, a wątek polski interesujący, a przez to miało się ochotę na jeszcze.
W przedostatnim odcinku wraca ponownie temat polskich imigrantów. Wszystko pokazywano w taki sposób, aby nie dało się nic ominąć. Włodarz miasta zieje swoją nienawiścią i pychą. Nie dało się jednak znaleźć motywu do popełnienia przestępstwa. Ale nie ma co się martwić, bo wszystko idzie zgodnie z planem i pada trupem.
Następnie wystarczy dokładnie słuchać, aby wyłapać szczegóły. Nie zabraknie fałszywych dowodów, które są aż nadto przewidywalne. Innymi słowy sprawca nie trzyma przy sobie narzędzia zbrodni. Finał jest natomiast taki jak zwykle najmniej podejrzana osoba to ta/ten właściwy.
Dodam jeszcze na koniec o paru rzeczach, które zawsze pokazują się w serialu. Najbardziej wyróżniającą się była nieudolna praca policji. Mimo, że powinni inspektora zmienić już dawno ten ciągle jest i powtarza jak mantrę jaki jest skuteczny. W ramach „przerwy” od śledztwa hrabina Felicia musi się przekomarzać z sekretarką Ojca Browna. I tak w kółko i w kółko to samo, aż do wiecie czego.
Podsumowując, czy warto obejrzeć Ojca Browna? Jeśli szukacie serialu do kotleta to można oglądać śmiało. Nie jest to produkcja o ciężkim klimacie z dużą dawka brutalności. Zagadki są stosunkowo proste i z tego tez powodu próg wejścia jest niski. Bohaterowie są zmyślnie napisani z silnym oddziaływaniem na widza, czyli aktorzy dobrze wykonali swoją robotę. Patrząc całościowo produkcja ta z serii kryminalnej przeszła w typową obyczajówkę, która stara się być tym co deklarowała na samym początku. Ocena końcowa: 6.5/10.
Recenzja seriali Nicolas Le Floch
Była gorąca Italia to przyszła teraz pora na nie gorszą Francję. Pora przenieść się do XVIII wiecznego Paryża.
Pociąg ruszył i nie zamierza się zatrzymać. Choć z braku torów będzie musiał zrobić przestój w krainie wina, śpiewu i walk o władzę w królestwie Ludwika XV. Serial Nicola Le Floch z 2008 r. to na swój sposób dobrze wszystkim znana produkcja. Dość prosta w swoich założeniach.
Występuje w nim wątek główny będący niczym innym jak klamrą wspólną dla wszystkich wydarzeń. Raz jest to bardzo namacalne niemalże jednolita masa, innym razem jedynie symboliczna. Poszczególne sprawy będą się mieściły w dwóch odcinkach. Jeśli zajdzie taka chęć to jak najbardziej można losowo wybierać śledztwa prawie nic nie tracąc.
Pewne smaczki lub drobne zmiany następują. W większości przypadków nie mają one większego znaczenia. Jedynie mogą bardziej zainteresować, jeśli wciągnie was szerszy kontekst historyczny. Są też wątki mniej istotne politycznie, które w praktyce samemu trzeba było sobie dopowiedzieć jak się one zakończyły, tyle w słowie wstępu.
Zróbmy krok do przodu, a następnie obrót wokół młodego komisarza Le Flocha znanego w królewskich kręgach jako markiz de Ranreuil. Kto nam się ukarze? Wytrawny łowczy, czarny upiór o uśmiechu Mefistofelesa Gethego. Nikt nie wie, co naprawdę się kryje za jego bystrymi oczami.
W każdej sprawie ukazuje się jako nieugięty mściciel, który nigdy nie ugiął się pod naciskiem prawa, a tym samym doprowadzał do białej gorączki generała policji Antoine de Sartine. Równocześnie wielki nacisk położono na wszelakie podboje miłosne. Choć nie mogę być pewny, czy to na pewno odpowiednie słowo. Bardziej nazwałbym licznymi uciechami cielesnymi będącym dość częstą aktywnością komisarza.
Poszczególne sprawy dość mocno opierały się na określonym schemacie. Niekiedy dochodzi do jakiś przebłysku i pewne sprawy schodzą na dalszy plan. Początkowo jak wszystko opierało się na spiskach przeciw królowi i było to całkowicie akceptowalne. Lecz im dalej przesuwała się fabuła to odczuwało się pewien niesmak. Gorzki posmak był w szczególności odczuwalny w epizodach w których pozornie przestępstwo nie zahaczało o samą górę.
Pierwsza sprawa jaka miała miejsce napawała mnie nadzieja na liczne łamigłówki. Ślady niczym okruszki w Jasiu i Małgosi, które wyprowadzą z lasu. Wstępnie tak było nie można się z tym nie zgodzić. Poszczególne poszlaki pokazywały się dając szanse na obstawianie sprawcy.
Akcja przez cały czas utrzymywała wysoki poziom. Okraszono to naprawdę ciekawymi dyskusjami, jak i luźnymi wymianami zdań. Podobnie ma się sprawa z bohaterami mający wyraźnie zarysowaną charakterystykę. Ich autentyczność naprawdę podbijała jakość. Przez wykorzystanie mocnych stron bez problemów dało się przymknąć oko na pewną gdzieniegdzie monotonię. Warto wspomnieć jak mocno przyłożono się do budowy lokalizacji i kostiumów. Idąc tą myślą warto pochwalić poziom szczególności pozwalający poczuć, a nawet niemalże być w tamtym dość burzliwym czasie we Francji.
Takie śmieszne zalety łatwo było odrzucić i zbagatelizować. Jednak interakcje między sami figurami robiły naprawdę swoje. Sartine mimo bycia swojego rodzaju kartą zagadka wprowadzał wiele zamieszania na ekranie kiedy miał takową okazje. Raz jego wstawki były śmiertelnie poważne, a innym przerysowane. Tak, czy inaczej nie mogłem się oprzecz wrażeniu, że miałem go odbierać głównie jako bohatera komediowego. Ewentualnie sam się tego doszukuje w tej postaci.
Skupię teraz bardziej na śledztwach. Jak wspominałem, pisałem i omawiałem w większości wypadków dotyczyły jego wysokości Ludwika XV, a następnie jego wnuka o którym napiszę później. Tematem głównym zazwyczaj jest morderstwo. Banał, warto w takim wypadku bardziej się skupić na motywie zabójcy. Celowo uniknąłem słowa mordercy, bo sprawcy nie byli szaleńcami działającymi wyniku szaleństwa.
Poszczególne śledztwa to w sumie jeden i ten sam schemat. Najpierw znajdują denata, a potem trafia do Samsona (kata), który robił sekcję zwłok. Oczywiście sprawa nie jest, aż tak prosta i wymaga licznych przedsięwzięć mających usprawnić cała sprawę. Diabeł jednak tkwi w szczegółach. Weźcie poprawkę na czas i mentalność społeczną jaka miała miejsce w tamtych czasach.
Honor i opinia wielokrotnie, wróć zawsze miała pierwszeństwo nad resztą spraw. Nie raz usłyszałem gorzki komentarz Le Flocha o tym jak członkowie rodzin gotowi są przyjąć wersję wydarzeń, która ich mniej skompromituje. Wszystko to kosztem ofiary.
Wraz z kolejnymi sprawami, w których brał udział komisarz ubogacony zostałem o wiedzę jak przeprowadzać śledztwa, a wy o czym myśleliście? Jego pomysły jak na tamten okres wywoływały wielkie zaskoczenie, ale jak tak można? Wyprzedzał on swoje epokę. W czasie obdukcji wielokrotnie towarzyszył również Dr Guillaume Scemacgus. Lekarz nie tylko o niezwykłej wiedzy i biegły w swoim rzemiośle, ale również wielce rozpustny.
Wartym jest póki co jeszcze asystent Inspektor Pierre Bourdeau, dla przyjaciół Bourdeau. Mała ciekawostka jego imię praktycznie nie pada w czasie serialu. Ma on jedną, ale naprawdę ważne rolę do odegrania. Jako jedyny nie korzysta z domu publicznego burdelem zwanym. Jako człowiek żonaty stara się być przykładnym obywatelem. Jest to tematem wielokrotnej kpiny ze stromy reszty bohaterów tego serialu.
Warto jeszcze podkreślić, że zwrócił on uwagę na jedną zasadniczą zmianę jaka miała niebagatelny wpływ na bezpieczeństwo całego społeczeństwa. Porządne oświetlenie ulic ma niebagatelny znaczenie na liczbę popełnianych przestępstw. Czy może to zagrozić pracy policji?
Nie zbrakło też paru mocniejszych akcentów w trakcie pierwszej połowy tej produkcji. Przez połowę miałem na myśli część w której rządził stary król. Pierwszy z nich dotyczył czarciego dziecka. Były tam naprawdę świetnie pokazane dreszczykowe elementy. Czym one były wywołane? Trudno powiedzieć. Nie raczyli nijak tego wyjaśnić. Jednak pomimo swojej skromnej formy robiły wrażenie.
Nie zabrakło też sprawy sprzed 60 lat, która wraca na salony, bo tajne organizacje typu wolno murarze, czy inni templariusze, którzy przeżyli znowu dają o sobie znać. Pragnę zwrócić uwagę na biżuterię, którą zwie się Łezką Warszawską. Przy tej okazji dowiedziałem się, że żona Ludwika XV to córka polskiego króla. Dzieje się, oj dzieje. Przy okazji pojawili się kolejni antagoniści, którzy póki co charakteryzowali się morderczymi zapędami i gorącym uczuciem. Jak się to potoczy zobaczymy.
Odcinek ten jest całkowicie bezpiecznym rozwinięciem. Miałbym tylko pytanie dotyczących "uczestników" tego spisku. Czemu są, gdzie są i czemu są tacy sztywni? Cokolwiek autor (czyli ja) miał na myśli?!
Nie chcę więcej się rozpisywać o tej sprawie, bo jest ona jedną z tych nielicznych odskoczni w których biedny król nie musi się przejmować. Jedynie dodam, że poszlaki jakie podrzucali w czasie seansu nie mogły się pochwalić obfitością. Powiedziałbym, że nadto oszczędne. Zaś samo rozwiązanie podano na tacy. Znajduje jednak drobne światło usprawiedliwienia w postaci mentalności i klas społecznych jakie wywczas obowiązywały.
Nie żyje król niech żyje nowy król. Ludwik XV schodzi z tego świata, a na jego miejsce wchodzi jego wnuk. Jest to moment wielkiej żałoby we królestwie. Ludzie by niebyli sobą jakby znowu nie doszło do kolejnego spisku. Raczej trudno było się spodziewać, aby było w tej kwestii inaczej.
Choć podłoże jest jak zwykle różnorodne to cel mniej lub bardziej sięga korony. Jednak bardziej niż na kolejnym morderstwie wolałbym się przyjrzeć życiu miłosnemu komisarza. Jako sługa jego wysokości i stóż prawa nie można nic zarzucić. Sprawa się ma całkiem inaczej jak zacznie się przyglądać sprawą sercowym. Tutaj jego wierność jest dość wątpliwa, a przynajmniej nie trwała. Ostatecznie twórcy serialu zostawili spore niedopowiedzenia w tej kwestii.
W Ciągu zaledwie kilku odcinków zamienia towarzyszki niczym rękawiczki. Całości nadali dramatycznego tonu i większej głębi. Natomiast zamiast nadać sensu to była konsumpcja i rozpusta. Nie mogę również nie wspomnieć o zmianach w „kadrach”. Nowy generał i nowe problemy z wizją człowieka nie mającego nic to zaoferowania prócz swojego pochodzenia.
Póki co jego debiut był strasznie sztywny zabierając ciekawy blok satyryczny, w którym to Nicola przekomarza się z Sarkazim. Nie zabrakło woke tematu, po raz kolejny pokazuje się transwestyta tym razem jednak o wyjątkowo morderczych skłonnościach. Nie zmienia to faktu, że pokazuje to towarzystwo w wyjątkowo złym świetle.
Najwięcej zyskał sam młody monarcha wyraźnie stylizowanego na kogoś wielce inteligentnego. Pokazali go jako umysł ścisły z zamiłowaniem do logicznego i konsekwentnego myślenia. Człowiek czynu może by tak powiedzieć.
Ludwik XVI ma nie lepszą sytuację niż swój poprzednik. Wydaje się jednak całkiem innym władcą. Odnieść można wrażenia bycia otwartym na wszelkie odstępstwa od etykiety dworskiej. Natomiast co do spraw państwowych nic się nie zmieniło. Historia nabrała o wiele szybszego tempa. Zważając na kierunek do jakiego zmierza Francja wszystko nabiera rumieńców.
Równocześnie idealnie pokazuje to sposób myślenia elit. Póki sądzą, że są bezpieczni starają się zrobić przewrót. Nie wiedzą jaki kręcą bat na samych siebie. Nicolas jest coraz częściej na celowniku i doczekał się 3 zamachów na siebie. Koniec końców wszystko potoczyło się jak zawsze.
Finałowe dwie sprawy, które obejrzałem hurtem to już w sumie jeden wielki rollercoaster. Sytuacja się naprawdę zaogniła. Przy tym początkowe sprawy z paszkwilami to już tylko drobna pieść przeszłości. Mimo, że jeszcze będzie jeden Ludwik żył cało i zdrowo to naprawdę się zaczęło dziać. W koloniach dochodzi do buntu. Powstaje kruchy rozejm z Austrią, a Zjednoczone Królestwa znowu dają o sobie znać.
Jednak komisarz Le Floch tym razem obrywa z każdej strony. Jak ocenić tego typu wydarzenia? Jako wielce niepokojące. Mimo dzieła przypadku staną się one motorem napędowym do potencjalnych przygód markiza o ile kiedykolwiek zaczną kontynuować jego losy.
Teraz nieco z innej beczki, ostanie odcinki pochodzą z 2014 r. co można od razu zauważyć. Dziwnym trafem w tamtym okresie poprawność polityczna i woke zaczęły coraz bardziej dochodzić do głosu. Pojawienie się charakterystycznych czarnych charakterów w symboliczny jak i dosłownym znaczeniu zaczęło powoli wychodzić.
Oczywiście w domu schadzek już takowe były osóbki, ale pojawiały się ledwie na kilka sekund, aby tylko zniknąć. Tutaj natomiast było to bardziej kombo. Panie tez zaczęły dziwnym trafem z postaci wspierających zmieniać w rozpychające łokciami strong feminy.
Koniec, końców nie miało to większego znaczenia. W całościowym rozrachunku można to potraktować jako drobne potknięcia. Serial się skończył, a wraz z tym szanse na zniszczenia tak dobrze rozpisanej produkcji, która mogę śmiało polecać.
Podsumowując Nicolas Le Floch to serial wart waszego czasu. Mimo pewnych niedociągnięć broni się swoim oddaniem tamtej epoki. Protagonista to charyzmatyczny człowiek o wielu obliczach. Przez większość odcinków trzymano się ram społecznych, aby powoli zmienić to za czasów Ludwika XVI. Szczęście w nieszczęściu zakończono ten projekt i powstrzymano przed zniszczeniem tego co już wypracowywano. Ocenę zastanawiam otwartą.
Recenzja serialu Inspektor Ricciardi (Sezon 1)
Przyszła pora na pierwszy wpis w tym roku. Zajęło to trochę więcej czasu, niż sądziłem, ale wszystko jest już gotowe. Nie tracę więc czasu i zaczynam omawianie pierwszego serialu.
Inspektor Ricciardi to włoska produkcja z 2021 roku, rozgrywająca się w okresie rządów Mussoliniego. Każdy odcinek to pełnometrażowy film, co wywołało szok swoim rozmachem. Jednak to nie to zrobiło na mnie największe wrażenie
Oglądając poszczególne odcinki, czułem brak czegoś „istotnego”. Otóż prawie nie było tam całej patologicznej ideologii lewicy. Coś, co nie powinno nawet być jakkolwiek wzmiankowane w recenzji, musiało wręcz wyjść na pierwszy plan. Żeby nie było – jakiś akcent tej różnorodności zachowano, ale w satyrycznej formie, która w żadnym wypadku nie przeszkadzała.
Chciałbym, aby tak było, lecz pokuszono się także o jeden mocniejszy akcent. Pokazano go w raptem jednej scenie, która stała się motorem napędowym rozwoju fabuły. Jednak nie zdziwiło mnie to, że umieszczono ją właśnie w ten sposób
Poszczególne epizody opowiadają indywidualne historie, jednak przez cały serial rozwijane są wątki spajające wszystko w całość. Niektóre wydarzenia, które zaczęły się w pierwszym odcinku, zostały zakończone dopiero na końcu sezonu. Z tego powodu nie polecam oglądania w dowolnej kolejności
Od samego początku reżyser rozpieszcza widza licznymi panoramicznymi widokami Neapolu. Liczba szczegółów przytłacza, zwłaszcza podczas oglądania wnętrz mieszkań czy komisariatu.
Dopełnieniem wstępnych wrażeń było staranne dopracowanie poszczególnych bohaterów. Relacje między nimi były wyraziste i doskonale przemyślane. Nawet postacie drugoplanowe i epizodyczne zostały dopracowane i otoczono je pełną troską. Aby to podkreślić, często stosowano zbliżenia, dzięki czemu widz mógł poczuć się, jakby znajdował się tuż obok nich.
Nim przejdę do samej fabuły, warto poświęcić jeszcze kilka słów o ścieżce dźwiękowej. Subtelne tony wypełnione są bogactwem emocji. Zdecydowano się na powtórzenie niektórych utworów w powtarzających się momentach. Początkowo odebrałem to jako cięcie kosztów – oczywisty błąd. Gdy ponownie zagłębiłem się w zamysł twórców, dostrzegłem, że powtarzający się motyw stanowi naprawdę silne podbicie wydarzeń rozgrywających się przede mną.
Pierwsze morderstwo jest dość klasyczne – zaczyna się od odkrycia trupa i wrzasku pracownicy. Swoją drogą, czemu one zawsze muszą krzyczeć? Mężczyźni potrafią się opanować.
Przedstawione wydarzenia to zbiór ściśle powiązanych ze sobą scen, które warto oglądać z uwagą. Wszelkie poszlaki są pokazane tak, aby widz mógł równolegle z inspektorem rozwiązywać zagadkę. Jednak żeby nie było zbyt nudno, protagonista ma, powiedzmy, szósty zmysł. Dzięki niemu wyłapuje główną wskazówkę, która pozwala mu rozwikłać całą zbrodnię.
Warto jeszcze wspomnieć o pozostałych bohaterach. Mamy Maione, który pracuje jako policjant i asystent inspektora. Początkowo jego wątek rozpoczyna się od tragedii, która dotknęła jego i jego rodzinę. Klarownie ukazano tam zarówno emocjonalne napięcie, jak i stan psychiczny poszczególnych członków rodziny. Następnie nie zabrakło też bardziej gorących spraw – zarówno w tradycyjnym znaczeniu, jak i w nieco innym. Taka mała niespodzianka dla tych, którzy jeszcze nie oglądali.
Żeby nie było zbyt nudno, nasz inspektor, płacący bykowe doczekał się dwóch kandydatek na żonę. Nie odczuwałem tu większych zachwytów związanych z rozwinięciem tego motywu w postaci trójkąta miłosnego.
Na początku wspomniałem o okresie historycznym, w którym rozgrywa się serial. Doktor, który będzie badał ofiary, będzie jawnym przeciwnikiem władzy. Mimo słusznych poglądów i stania po stronie opozycji, odebrałem go jako buca, który aż za bardzo pokazuje swoją wyższość. Równocześnie, gdy schodził z tematów politycznych, stawał się o wiele bardziej do zniesienia.
Rodzynkiem w tym serniku jest informator, o którym w sposób okrężny wspomniałem w niektórych akapitach. Wyrywa on każdego z ponurej i poważnej atmosfery. Nadaje całkiem inny klimat i daje chwilę, aby zebrać wszystkie poszlaki o potencjalnym mordercy, który jest widoczny od samego początku każdego odcinka.
Miłość to jedna z tych zagadek, których nawet ja nie zdołam rozwiązać. Drugi odcinek przygód Inspektora został bardziej podzielony w stosunku do pierwszego. Tak równo rozdzielony tort może być naprawdę dobrym balansem dla utrzymania zainteresowania widza. Nie będzie to spoilerem, jeśli napiszę, że temat główny wciąż jest ten sam. Lepiej byłoby powiedzieć, że pewne rzeczy się zmieniły.
Tym razem brygadier Maione miał swoje pięć minut. Nie był jednak jedynym, który ugrał coś więcej. Jak mówi stare powiedzenie napoleońskie: 'Bóg jest kupcem, który nie płaci w sobotę.' Żeby nie zagmatwać wydarzeń, będę omawiać je chronologicznie, unikając wszelkich faktów zdradzających istotne elementy historii.
No to do dzieła! W rodzinie brygadiera nie działo się najlepiej, i widać tutaj, jak jedna strona stara się utrzymać wszystko w całości. Na horyzoncie pojawia się jednak pewna możliwość, która wystawia te relacje na próbę.
Nie mogę powiedzieć, że było to jakoś szczególnie pikantne, ani też płaskie w odbiorze. Nazwałbym to spotkaniem dwojga ludzi, którzy potrzebują się nawzajem, aby móc poukładać swoje życie.
Następnie pociągnięto wątek romantyczny Inspektora. Dla odmiany było tu bardziej romantycznie, melodramatycznie, z nutką komedii. Oglądając, jak swatka zwana losem próbuje ich połączyć, człowiek zaczyna się rozczulać. W tak wzniosłych momentach pokazano, jak maski opadają. Wszystko jest widoczne jak na dłoni, co należy docenić.
Teraz przejdę do przełożonego Inspektora. Nie jest to nowa postać, o nie. Ten Janusz w najczystszej postaci wyraźnie dał popis od momentu, kiedy miałem wątpliwą przyjemność zobaczyć go na ekranie.
Jest on swojego rodzaju politycznym akcentem tamtych czasów. Póki co jest to tylko sygnalizowane, ale z całą pewnością zmieni się to wraz z kolejnymi wydarzeniami, o których wspomniano w tym epizodzie.
Teraz o samej sprawie. Czasy się zmieniają, lecz ludzie słabi pozostają tacy sami. Szukają pomocy u sił wyższych, a trafiają do oszustów. Jednakże, muszę przyznać, że w kontekście tego serialu jest to naprawdę paradoksalne.
W moim odczuciu kolejne morderstwo rozgrywało się jedynie gdzieś w tle. Nie mogę napisać, że było nieistotne. Śmiem stwierdzić, iż jedna z bohaterek sprawy była niezwykle nieoszlifowaną perełką, a mowa tu o córce dozorczyni. Tak niezwykle oddać postać upośledzoną... Niby tylko bohaterka epizodyczna, a była niczym innym jak początkiem lawiny.
W kontekście całego śledztwa największy nacisk położono na krzywdę ludzką. Pytaniem, jakie należy zadać, nie jest to, kto zabił, ale kim jest prawdziwy winowajca? Na sam koniec tego epizodu pochwalę, jak zgrabnie oddano mentalność włoską. Nacisk na szybkie związki jest podkreślany na każdym kroku. Kult rodziny, dzieci wciska się bez pardonu, jak to tylko możliwe.
Udało się dotrzeć do połowy serialu. Nabrał on kolorytu i w pełni się ustabilizował. Wypośrodkowano poszczególne części układanki, aby stworzyć kompozycję niemalże idealną. Każdy z punktów programu został wyraźnie skierowany na swoje własne tory. Oczywiście pewne wątki łączą się ze sobą, co jest nieuniknione.
Lecz nie o tym teraz, bo w końcu do akcji weszła polityka i woke. W czasie śledztw, które stawały się coraz cięższe, zaczęły się wkradać o wiele gorsze rzeczy. W pierwszej kolejności władze, które boją się byle doktorka i każdego, kto z nim ma do czynienia.
Motywacje poszczególnych postaci są niejednoznaczne. Zaczynają oni budować labirynt będący pułapką dla tych, którzy próbują dojść do dalszych wydarzeń na podstawie swoich doświadczeń.
Teraz o sprawach pobocznych. Faszyści coraz mocniej zaciskają swoje macki na szyi doktora i niebezpiecznie zbliżają się do pozostałych bohaterów. Doktor, jaki jest, każdy widzi, a dokąd go to doprowadzi, łatwo się domyślić. Co ciekawe, nie zarysowano ani nie podkreślono jego pozycji społecznej. Dlatego też dziwi mnie, jak bardzo przez agentów reżimu podkreślają jego ważność.
Następnie mamy wątek homoseksualny. Postanowiono umieścić go w najbardziej męskiej części, by mógł wybrzmieć najgłośniej. Zrobiono to z sporą dozą wdzięku. Zamiast nachalności, był to tylko akcent, czymś w rodzaju dźwigni napędowej. Jeśli chcą, potrafią pokazać to w sposób naturalny.
Na koniec mały pozytywny akcent. Nasz Maione zaliczył drobne nieporozumienie w rodzinie. Dobrze, że skończyli opłakiwanie i zaczęli coś nowego. Niedomówienia mogą zrodzić nieoczekiwane sprawy. Skutkiem tego jest zdrowa dieta i większe zbliżenie się między małżonkami. Taka odskocznia od poważnych tematów była jak najbardziej wskazana.
Trzeci odcinek to doskonale znane motywy. Fani serialu nie będą czuć się zawiedzeni i z całą pewnością z wielką chęcią będą śledzić losy Inspektora. Wielka odmiana w fabule, chciałoby się powiedzieć. Jednak to, co się wydarzyło, nie należy tak ująć.
Z wyżyn społecznych Inspektor zeszedł do plebsu. Kolejną ofiarą jest małe dziecko. Teoretycznie sprawa prosta – osłabiony organizm sieroty, a do tego kiepska pogoda i nieszczęście gotowe.
To, co bardziej zwróciło moją uwagę, to klątwa Luciano. Lokomotywą napędową był brak głównego świadka, powtarzającego swój monolog. Należałoby zadać pytanie: co, jeśli byłby to tylko samobójstwo?
Drążąc sprawę, protagonista zmuszony jest do zejścia do jądra ciemności, czy też otchłani. Dobór miejsca, w którym mieszkały sieroty, był wręcz idealny. Scena, w której po raz pierwszy schodzi tam Luciano, to naprawdę symboliczny moment.
Wiele złego zostało pokazane. Nawet kontrowersyjne tematy, jak wykorzystanie dzieci przez kościół. Tym razem nie chodzi o pedofilię, lecz to nie było o wiele lżejsze. Zimno i obojętność były wyraźnie odczuwalne. Środowisko szybko przymyka oko na to, co dzieje się za życia tamtych dzieci. Zaszokowała mnie hipokryzja duchowieństwa. Lecz zbrodniarze idą swoją drogą, a ofiary gdzieś obok.
Teraz coś lżejszego dla odmiany – wątek romantyczny. Trójkąt miłosny staje się coraz bardziej kłopotliwy. Z jednej strony przypomina to trochę jakieś 'Trudne sprawy', a równocześnie zaszczycono mnie widokami z komedii dla nastolatków. Zabawa 'Romea i Julii', nie wiedzących, czego chcą, staje się męcząca. Staram się zrozumieć to i interpretuję jako próbę pokazania niewinnego uczucia.
Z drugiej strony, strong feminy mogą warczeć o uprzedmiotowienie Enrica i promowanie kobiety jako kury domowej. Oddaje to, moim zdaniem, ducha tamtych czasów.
Brud zmyty, a rynsztok zamieniony w luksusowy salon. Nie będę owijał w bawełnę – chodzi o luksusowy burdel, a w nim kolejna ofiara. Sprawa jest już bardziej oczywista. Kluczowym momentem był, jak zwykle, przypadek. No dobrze, trochę więcej. Mimo utrzymania stałego poziomu, którego nie mogę przestać chwalić, chciałoby się czegoś więcej, co będzie zaskakiwać w trakcie seansu.
Lubicie gry słowne? W tym epizodzie będzie ich sporo. Na tyle dużo, że można dzięki nim dojść do celu. Wielokrotnie wspominałem o ludziach z różnych warstw społecznych. W trakcie seansu odegrają one fundamentalną rolę, jednak nie wskażą wprost sprawcy.
Ostatni odcinek to jeden wielki melodramat, przepełniony niedopowiedzeniami oraz nieodwzajemnioną miłością. Zresztą... cały czas wykorzystywano ten zabieg jako element domyślny. W ostatnim odcinku brak tego uczucia pchnął wszystkich w objęcia szaleństwa.
Wielka szkoda, że za decyzje jednych musieli zapłacić inni. Jak jednak inaczej można podsumować wszelkie śledztwa? Sumienie, wykonana praca opierająca się na dokładnym zebraniu poszlak i połączeniu wszystkiego w jedną całość.
Koniec, wreszcie doszedłem do finału tej naprawdę wciągającej historii. Warto w związku z tym odnieść się do całej serii jako takiej. Każdy odcinek, do pewnego stopnia, był zamkniętą całością. Zbrodnia, a wraz z nią dusza zatrzymana na tym łez padole.
Śledząc te dramatyczne wydarzenia po raz wtórny, zrozumiałem jedną rzecz. Wszystko to było tylko tłem do tego, co działo się wokół. Nieszczęśliwa miłość Inspektora, wdowy Vezzi, czy agenta Falco. Nie zabrakło też dzielnego brygadiera, który tak majonez lubił. Dano dość sporo czasu, aby opowiedzieć jego historię.
Nie wolno zapomnieć o Doktorze Modo z niewyparzonym językiem. O nim mógłbym napisać, że w wielu momentach był motorem, tym który ciągnął to wszystko do przodu.
Całość jednak została okryta realiami historycznymi. Mussolini u władzy, starano się to z pewną maniakalną namiętnością pokazać. Choć tak naprawdę rzadko kiedy dano temu więcej czasu antenowego. Zabawne jest, jak postarano się powiązać ten radykalizm z ruchem woke. Nie nazwałbym tego przymusowym forsowaniem tej agendy, a czymś, co mogło mieć miejsce.
Skoro już przy tym jestem, to nie wolno zapomnieć o informatorze, do którego przychodził Brygadier. Tutaj dla odmiany wszystko miało charakter komediowy. Będąc szczery, rola owego człeka najbardziej błyszczała w całości.
Zabrzmiało to kontrowersyjnie, ale sposób, w jaki wciela się w niego odtwórca, dokonywany jest z pełną gracją. Bijąca pozytywność nie pozwala patrzeć na tę postać przez jakiś konkretny pryzmat.
Podsumujmy, czy warto obejrzeć serial Inspektor Ricciardi? Mimo wszelkich zalet i wad, które dostrzegłem po wtórnym obejrzeniu, jestem przekonany, że jak najbardziej. Wartka akcja, wiele wątków, które mniej lub bardziej zazębiają się ze sobą, sprawiają, że obraz ten jest wart waszego czasu. Ocena końcowa: 9/10.







.jpg)

































.jpg)






