• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Recenzja Cities: Skylines (PC)



Miasto jest niczym innym jak dżunglą, którą trzeba okiełznać. A może tak zbudować? Opanowanie takiego żywiołu może być ciekawe zwłaszcza, gdy metropolia osiągnie powierzchnię dziewięć na dziewięć kilometrów kwadratowych.

W ostatnim czasie na blogu prezentowałem produkcje niszowe, a także starające się znaleźć pomysł na siebie. Dzisiaj przyjrzę się najlepszemu reprezentantowi wymierającego gatunku gier city builders, a mowa tu o Cities: Skylines wydane w 2015 r. przez Paradox Interactive.

Zacznijmy od drogi

Na C:S trafiłem przez przypadek na youtube, gdzie obejrzałem gameplay z jednego dodatku do tej gry. Zaciekawiłem się tą produkcją i postanowiłem zaopatrzyć się w ten tytuł i spróbować własnych sił. Cities: Skylines nie posiada kampanii fabularnej ani trybu multi. Autorzy tej gry dali nam możliwość wybudowania miasta na wybranej przez nas mapie lub zrealizowania scenariusza w którym musimy wypełnić określone warunki, aby go przejść. 

Warto zaznaczyć, że od premiery udostępnione były narzędzia do modowania gry. Skutkiem tego są liczne mody, które rozwijają bardzo C:S i naprawiają błędy, których twórcy nie usunęli lub robili to przy wydawaniu płatnych dodatków, których łączna wartość na steamie to 400 zł. Ok, zaczynam trochę narzekać. Produkcja jest dobra i choć ma pewne niedociągnięcia mimo swoich lat, warto w nią zagrać. Zacznijmy od początku, posłuchajcie...


Autostrada do nieba

Początkowo wybieramy mapę i na niej budujemy nasze miasteczko, które z czasem rozwinie się w potężną metropolię. Tereny, które nam zaoferowano pod zabudowę są najróżniejsze, od gór po niziny. Zależnie od wytypowanego regionu mamy więcej lub mniej miejsca na rozbudowę infrastruktury. Początkowy wybrany obszar jest stosunkowo mały, bo ma jedynie cztery kilometry kwadratowe. Gdy rozpoczniemy budowę naszej "osady" ważne jest, aby umieścić obwodnicę przy drodze wjazdowej łączącej miasto z autostradą z tego powodu, że dochodzi tam do sporych korków, a dobra przepustowość ulic to podstawa w tej produkcji. 

Kolejnym istotnym warunkiem prawidłowego funkcjonowania miasta jest odpowiednie rozłożenie dzielnic, wśród których są: przemysłowe, handlowe, biurowe i mieszkalne. Bardzo chciałbym omówić całą mechanikę gry, lecz zajęłoby to za dużo miejsca i wyszedłby z tego poradnik, a nie recenzja, dlatego ograniczam się do podstaw.
 

Za głośno tu! Wynoszę się stąd!

Tak jak pisałem powyżej, ustawienie w mieście obszarów zgodnie z ich przeznaczeniem jest bardzo istotne. Warto na początku budować miasto w kształcie wykrzyknika. Na samej górze budujemy część mieszkalną, dalej umieszczamy biurowce, potem cześć handlową, a na samym końcu część przemysłową. Zapewne zapyta ktoś czemu taki, a nie inny podział? Łatwiej to zrozumieć, gdy zna się panujące tu zasady. 

Mieszkańcy, mają swoje oczekiwania, które trzeba spełnić, a jednym z nich jest brak hałasu. Jeśli umieścimy fabryki tuż koło domów mieszkalnych, ludzie zaczną się skarżyć nie tylko na gwar, ale również zanieczyszczenia, itp. Warto pamiętać, aby nie mieszać części handlowej z mieszkalną gdyż nadmiar samochodów doprowadza do ulicznych korków. Z jakiejś dziwnej przyczyny nie naprawiono błędu, który powoduje, że na drodze  wielopasmowej kierowcy wybierają jeden pas, zostawiając całą resztę ulicy pustą.


Zielona przestrzeń to jest to!     

Liczba modeli budynków jest ograniczona i co tu ukrywać, wyglądają jakby żywcem wzięto je z USA. Chcąc mieć piękniejsze drapacze chmur warto inwestować w zielone obszary, jak parki, place zabaw, itp. Trzeba też zapewnić mieszkańcom bezpieczeństwo od przestępców i pożarów. Wraz z rozwojem miasta odblokowujemy kamienie milowe, które wprowadzają nowe elementy zabudowy, np. remizy czy pogotowia lotnicze, ale też systemy ostrzegające przed katastrofami przyrodniczymi. 

W Cities: Skylines występują również elementy strategii ekonomicznej. W każdej dzielnicy możemy ustanowić określone prawa, np. precz z edukacją. Dzięki temu, w osiedlach objętych tym zarządzeniem będą żyć wyłącznie mieszkańcy z wykształceniem podstawowym. Podejmą oni pracę fizyczną w wybudowanych przez nas fabrykach. Dochód z produkcji będziemy mogli w kolejnych etapach gry przeznaczyć na rozbudowę miasta, nawet dziewięciokrotnie, a z modami jeszcze bardziej. 


Czy warto kupić Cities: Skylines? Produkcja mnie nie rozczarowała, ale jakoś też nie zachwyciła. Jak na pierwsze zderzenie z tym gatunkiem gier, tytuł zrobił pozytywne wrażenie. W samym tekście omówiłem dość ogólnie reguły, które w niej występują. Gra wymaga dużej ilości czasu, ale zapewnia ciekawą rozrywkę. Warto pamiętać o modach dających kolejne ciekawe możliwości rozwoju naszego city. Optymalizacja jest bez zarzutu, a co do aspektów audiowizualnych, to utrzymują zadawalający poziom. 

Jedyne co wymagałoby dodania, to samouczki, które nauczyłyby przynajmniej podstawowych zasad gry. Na szczęście w Internecie są liczne poradniki wyjaśniające zastosowane mechaniki.

A jakie są wasze wrażenia? Próbowaliście w tej grze zbudować jakieś miasto na wzór istniejącego w rzeczywistości lub utworzyć własne?

Tradycyjnie przypominam o łapkach w górę i komentarzach. Ciekaw jestem waszych opinii.
Share:

Recenzja Stardew Valley (PC)

Czas ucieka wam przez palce? Ciągle tylko praca, gdzie kontroluje się was za pomocą kamer? Macie tego dość? Czas ruszyć na wieś!

Rynek gier zalewa nas produkcjami ociekającymi akcjami, w których wcielamy się w samca alfa, potrafiącego zniszczyć w pojedynkę całe armie. Mam tego dość, przejadło mi się to! Zacząłem więc szukać czegoś innego i znalazłem. Wydaną w 2016 r. przez Concerned Ape grę znana jako Stardew Valley.

Gdzie schowałem tę motykę?

Fabuła zaczyna się od sceny, gdzie główny bohater ciężko pracuje w firmie. Przypomina on sobie o liście od dziadka, który powiedział mu, że ma go otworzyć dopiero wtedy, gdy będzie miał wszystkiego dość. W tajemniczej kopercie znajduje akt własności gospodarstwa rolnego, zlokalizowanego w tytułowym Stardew Valley. Historia jest nietypowa, tak jakby wyciągnięto ją z anime, co jeszcze bardziej ubogaca tę produkcję. Jest to atrakcyjne zwłaszcza dla tych, którzy są fanami filmów rysunkowych rodem z Japonii.


Festyn rozpocznie się między 9 rano, a 2 po południu

Co mogę powiedzieć o wydarzeniach, które zdarzą się w kampanii? Są oryginalne w swojej przeciętności. Dość często ktoś prosi nas o wyhodowanie jakiegoś warzywa lub owocu, ewentualnie odnalezienie rzeczy, którą zgubił gdzieś w dolinie. Jest jednak w tym coś nowego, świeżego, coś co wywołuje syndrom jeszcze jednej tury. Powiem wam co to jest... Wolność! Wreszcie sami sobie stawiamy cele. Możemy poczuć, że jesteśmy częścią żyjącego świata. Gra nie toczy się wokół wątku protagonisty, a obok. Nie trzeba ratować świata, ani mścić się za bóg jeden raczy widzieć, co. Głównym celem bohatera jest zajęcie się gospodarstwem i nawiązanie przyjaźni z mieszkańcami pobliskiego miasta. A może zrobić to na różne sposoby, np. dawać im prezenty z okazji urodzin lub tak bez powodu. Ważne jest to, aby na podstawie odbywanych z nimi rozmów domyśleć się, co mogłoby się im spodobać. Rok składa się z czterech sezonów po trzydzieści dni każdy. W ciągu tego czasu  odbywają się różne festiwale. Są to urocze urozmaicenia dodające grze fantastycznej atmosfery. Jednakowoż nie spodziewajcie się jakiś nagłych wydarzeń, bo gra ta ma charakter relaksacyjny i pod tym względem jest wspaniałym odpowiednikiem Wiedźmina 3.


Magia w grach niezależnych     

Grafika w grze to nic innego jak piksel art. Jednych to odrzuci, a innych zachęci. Mnie osobiście podobało się z tego też powodu, że pasowało do tego innego świata. Wiem, że to pokrętna odpowiedź, ale ta z pozoru uboga oprawa audiowizualna warta jest naprawdę uwagi. A teraz przejdźmy to samej mechaniki.


Grę zaczynamy z podstawowymi narzędziami takim jak: siekierka, motyka, kilof itp. Dzięki tym rzeczom oczyszczamy teren farmy i zbieramy surowce, z których można wytworzyć potrzebne nam przedmioty, np. skrzynkę lub piec hutniczy. Jeśli jednak zechcemy, możemy zebrane surowce włożyć do specjalnego pojemnika stojącego koło naszego domu. Gdy się na to zdecydujemy, itemy zostaną sprzedane, a my dostaniemy złoto. W poszczególnych porach roku kupujemy różne nasiona, a nawet sadzonki, które możemy hodować. Musimy jednak pamiętać, że zbyt późno rozpoczęta hodowla rośliny nie wyda plonów, bo wraz z rozpoczęciem nowego sezonu, ulegnie zniszczeniu. Jesteśmy też ograniczeni czasem dziennym i życiową energią. Dodatkowo, jeśli będziemy kopać rudę lub węgiel w kopalni, to jeszcze musimy uważać na pasek życia.


Czas na pomidora premium   

Dzień mija w ciągu ok. 20 minut, a może i  szybciej. Jeżeli nie wyrobimy się w tym przedziale czasowym, to nasz bohater zaśnie gdziekolwiek jest, a obudzi się w domu z powiadomieniem, że została mu potrącona opłata za udzielenie pomocy. Kolejną przeszkodą, wspomnianą przeze mnie, jest energia i życie, a każda czynność zużywa część staminy. Gdy zejdziemy do dolnej granicy dostajemy ostrzeżenie i tracimy możliwość biegania, a jeśli mimo tego dalej będziemy zmuszać naszego awatara do pracy, padnie ze zmęczenia i obudzi się w domu z rachunkiem za pomoc. Aby temu zapobiec musimy zbierać owoce, które znajdziemy przy drodze, dokonać ich zakupu w sklepie lub poświęcić część własnych zbiorów  i wtedy protagonista odzyska siły i punkty Hp. Wraz z rozwojem farmy awansują pewne umiejętności, podobnie jak w Skyrim.

Czy warto kupić Stardew Valley? O tak, chociaż produkcja ma jeden poważny błąd, a mianowicie taki, że nasz bohater powtarza ciągle tę samą czynność. Trochę to denerwuje, bo gra jest cudowna, a usterka to psuje. Mimo tego polecam gorąco, kupcie tę produkcję. Takiego typu perełek jest naprawdę mało i dlatego warto się nad grą pochylić i dać się oczarować tej spokojnej dolinie.

Popieracie takie spokojne gry, gdzie farmienie nie jest nudnym zajęciem, a ciekawą mechaniką?

No i na koniec tradycyjnie zapraszam do pisania komentarzy i lajkowania :D
Share:

Recenzja Broforce (PC)

Baczność szeregowy! Koniec tego spania, czas zrobić z ciebie prawdziwego mężczyznę! A teraz padnij na ziemię i zrób trzy serie pompek!

Zapewne każdy z was oglądał kiedyś filmy z Rambo czy Brucem Willisem, gdzie wrogowie padają jak muchy, a na końcu każdego filmu, (w których wielbi się USA) bohaterowie odlatują ku zachodowi słońca, a w tle eksploduje wszystko co widać. Schemat ten dominował w filmach lat 80 i 90-tych.

Devolver Digital  złożyło w 2015 r. hołd temu kiczowi, wydając Broforce. Zanim jeszcze przejdę do komentowania samej produkcji dodam, że czuć tu starą Contrę. Ci z was, którzy mieli okazję ograć ten kultowy tytuł, mają teraz możliwość zmierzyć się z jego duchowym spadkobiercą.

Pamiętałem to jakoś inaczej...

Tak jak wspominałem wyżej mamy tu powrót do przeszłości z tego też powodu, że Broforce jest strzelaniną, która nie tylko nawiązuje do klasyki jedynie mechanikami. Wystarczy jeden rzut oka na piksele wielkości pięści, aby doznać wrażenia, że włączyło się już wiekową grę. 

Styl audiowizualny jest mocno inspirowany 16-bitowymi grami. Przez całą produkcję idziemy w prawo niszcząc wszystko, co nam stanie na drodze. Pod względem rozgrywki nie mam się specjalnie czego czepiać, bo rozwałka i efekty są naprawdę dobrze wykonane. Niestety, na tym się kończy to co dobre, bo mimo tego, że można grę przejść solo, to łatwo się do niej zniechęcić.


Poziom za poziomem, a końca nie widać

Bratnia siła (tł. Broforce) polega na jak najszybszym przejściu poszczególnych map, gdzie na końcu czeka na nas "smutny pan" czyli szatan. W trakcie walki możemy podobnie jak w Wormsach rozwalić całą mapę, no może z wyjątkiem obszaru tuż pod flagą Stanów, która ma metalowe podłoże. 

W grze działa "loteria", która przydziela postacie na danym poziomie np. Rambro lub Brominator (wszystkie postacie mają przedrostek "bro" od brother - brat). W czasie każdej rundy trafiamy na jeńców, których możemy uwolnić, dzięki czemu pozyskujemy nowych "braci" i jedno życie. Każdy "Bro-" posiada własną broń i specjalny rodzaj ataku.

A teraz wyjaśnię o co chodzi z losowaniem. Po każdej stracie życia dostajemy przypadkowego  "Bro-" i zależnie od tego, kto to będzie, walka potoczy się łatwo, ewentualnie zmieni się w mordęgę. Powodem tego jest fakt, że dany zawodnik będzie miał broń białą lub palną z bardzo małym zasięgiem, która bardziej przeszkadza, niż pomagała w walce. Zaznaczę też, że w całej grze nie można wybrać sobie dowolnej postaci, nawet tej, którą akurat w danej rundzie odblokowaliśmy.


Ale wielkie bydle!

Na początku walczymy włącznie przeciw ludziom. Później dochodzą także obcy, ale nie będę psuł wam zabawy, choć zapewne już się domyślacie o kogo chodzi. Co kilka rund trzeba rozprawić się z bossem. Tutaj dopiero dotkliwie odczułem fakt, że nie mogę dobrać sobie odpowiedniego "Bro-" i muszę walczyć takim zawodnikiem, który akurat się trafi, a jego ataki nie zadają żadnych obrażeń przeciwnikowi, bo np. strzela granatami, które odbijają się od wroga i nie robią mu krzywdy. Na szczęście szefowie są prości. 

Wystarczy chwila zastanowienia i strategia sama przychodzi do głowy, więc tragedii nie ma. Nim przejdę do podsumowania dodam parę słów o trybie sieciowym, w którym możemy grać ze znajomymi. No, tutaj sytuacja zmienia się o 180 stopni. Rozgrywka daje wtedy radość i dużo śmiechu, lecz jeśli zechcecie zagrać solo, to się lepiej zastanówcie.

Czy warto kupić Broforce? Tak jak pisałem wyżej, dla samotnych wilków nic tam nie ma. Mimo, że na początku poczują się jakby znowu grali na starym Nesie, to zaraz otrząsną się z tego stanu i rzucą tę produkcję.   

A jakie są wasze wrażenia z tego tytułu? Gracie ze znajomymi, czy może pasuje wam taka rozwałka solo?


Nie zapomnijcie o lajkach :D Jak zwykle chętnie podyskutuję z wami w komentarzach.    
Share:

Recenzja Styx: Shards of Darkness (PC)

Cicho, cicho, no, już prawie, o nie, jednak nie wyszło. Często tego typu myśli przychodzą nam do głowy, kiedy gramy w staroszkolne skradanki.


Branża przyzwyczaiła nas do gier "trzymających za rączkę", które nie dopuszczają do tego, abyśmy się przypadkiem "zdenerwowali" i cisneli w kąt padem lub tym co mamy pod ręką. Na szczęście są jeszcze studia, które mają to gdzieś i rzucają nas na głęboką wodę. Sprawdźmy czy Styx: Shards of Darkness wydany przez Focus Home Interactive dał radę.

I'll be back

Na samym początku wspomnę tylko, że jeśli nie graliście w pierwszą część, nic nie tracicie. Obie gry opowiadają osobne historie, które nie są ze sobą powiązane. A teraz przejdźmy do głównego tematu. Fabuła w Shards of Darkness nie porywa, bo w sumie czemu by miała? Początkowo naszym celem jest zdobyć berło dla łowców goblinów. Dość szybko dociera się do "zamówionego" przedmiotu, by wpaść w spore kłopoty. Naszym celem jest odegrać się na pewnym elfie, który pokrzyżował nasze plany. Generalnie z tej produkcji zapamiętacie jedynie głównego bohatera, który nie ukrywa jaki jest. Reszta postaci to jedynie tło i pretekst w powtarzalnych misjach, a nawet całych mapach. W czasie przechodzenia kampanii będziemy mieli różnorakie wątki: polityczne, rasistowskie i religijne. Wszystkie te elementy są tu w miarę luźno i sztampowo potraktowane, ale jak na budżetowy tytuł w zupełności to wystarczy.


You talking to me?!       

Całą grę przeszedłem na poziomie "goblin" (musiałem się pochwalić), czyli na przedostatnim poziomie trudności. Powiem wam, że choć Styx: Shards of Darkness nie jest "piaskownicą", to poczułem się jakbym grał w produkcję z otwartym światem. Pewnie ktoś z was zapyta, a co ma piernik do wiatraka? Powiem wam, że więcej niż wam się wydaje. Każda z misji prowadzi do jednego celu (z grubsza mówiąc). Jednakowoż możemy dotrzeć tam różnymi drogami i dzięki temu zabawa sie nie nudzi nawet po 20 godzinach gry. Twórcy Styxa, Cyanide Studio, zaprojektowało oczywiście domyślną drogę, ale też takie, które trzeba samemu znaleźć, co daje pole do popisu dla miłośników skradania się. Na poszczególnych poziomach, a jest ich łącznie dziewięć, sporo czasu spędzimy na platformach. Trzeba wysilić dobrze wzrok, bo główny bohater nie ma żadnych specjalnych umiejętności (no w sumie ma jakieś, ale dopiero jak się je odblokuje, a z tym trochę zejdzie), przez co w ciemnościach można się zgubić. Nie jest to jakoś szczególnie uciążliwe, lecz jednak przeszkadza.


Wiesz, że grając stopami nie dostaniesz osiągnięcia?    

W samej grze nie zabraknie rzemiosła (tł. crafting) i rozwoju postaci. Zacznę od tego drugiego, ulepszania protagonisty. Mamy do dyspozycji kilka drzewek umiejętności, takich jak: drzewko rozwoju alchemii czy umiejętności skrytobójcy. Łącznie jest ich pięć, z czego przydają się tylko te odpowiadające za umiejętności skradania się i używania mikstur. Punkty doświadczenia przyznawane są zależne od tego, jakie wyniki w grze osiągamy, czyli czy przeszliśmy niezauważeni lub zmieściliśmy się w określonym czasie. Co do tworzenia przedmiotów, sprawa jest prosta. Zbieramy surowce, a następnie wyrabiamy itemy, które są nam potrzebne, jak np. eliksir życia, amber czy wytrychy.

A jak wygląda sytuacja z przeciwnikami? Z tym nie jest za dobrze, ich inteligencja nie jest zbyt "równa".  Raz potrafią wywąchać Styxa ze sporej odległości, mowa tu o krasnoludach, którzy się specjalizują w tego typu umiejętnościach, a innym razem mijają protagonistę bez słowa, lecz są to rzadsze sytuacje. Oczywiście, oprócz brodatych mamy też elfy i ludzi. Różnice polegają jedynie na reakcji na zgaszenie światła czy odnalezienie "nieprzytomnego" towarzysza. Są to tak kosmetyczne rzeczy, że nie warto poświęcać im miejsca w tym tekście. SI pochwalić można za to, że gdy tylko zacznie za nami pościg, dokładnie sprawdza potencjalne kryjówki. Z tego też powodu lepiej darować sobie najbliższe koszyki lub szafy. Wadą z kolei jest to, że wrogowie dość szybko tracą nami zainteresowanie. Wystarczy zejść im z oczu, a ujmując rzecz jaśniej, znaleźć lokalizację miejsca, gdzie nie są w stanie dojść i mamy spokój. Po tego typu akcjach zauważyłem błąd w skrypcie, Npc nie potrafiło wrócić na swoją ścieżkę, po której przed chwilą chodziło.


Błędy jakie są, każdy widzi!     

Styx: Shards of Darkness przeszedłem na swoim poczciwym pięcioletnim komputerze, na wysokich ustawieniach graficznych. Przez cały czas gra zachowywała płynną stabilność, co należy pochwalić, bo dość często słyszy się o jakiś kiepskich portach z konsol. Tutaj mamy wyjątek. Styx ma co prawda pewne wady, ale bardzo nikłe, np. doczytywanie się tekstur. Jednak nie ma się czego wstydzić, bo są to tylko drobnostki. Nim przejdę do podsumowania, napiszę parę słów o aspektach audiowizualnych.


Jest dobrze, ale...

Pod względem graficznym gra wciąż przypomina mi swój pierwowzór z 2014 r. Klimat jest, i owszem, lecz wrażenia większego nie robi, jest najzwyczajniej w świecie przeciętny. Muzyka także nie wybija się na pierwszy plan. A efekty dźwiękowe, które odgrywają tu dość spore znaczenie, no cóż... Równie dobrze można grać z wyłączonym dźwiękiem i nie odczuje się różnicy.

Czy warto kupić Styx: Shards of Darkness? Jest to dobra kontynuacja, która pod wieloma względami bije swoją poprzedniczkę. To co ujęło mnie w grze, to przełamywanie trzeciej ściany, kiedy Styx bezpośrednio zwraca się do nas. Dodam jeszcze, że easter eggi sypią się jak obietnice w czasie wyborów i przez to każdy ma się z czego pośmiać.

A jak wy odbieracie Styxa? Dowcipniś z niewyparzoną gębą czy zwykły zbir?

Nie zapomnijcie o laikach i o komentarzach, które zawsze są mile widziane ;p        
Share:

Recenzja Sleeping Dogs (PC)

Prawo ulicy, a kodeks ustalony przez władzę bardzo się od siebie różnią. Jednak są sytuacje, że trzeba pewne reguły nagiąć, aby osiągnąć wskazany cel, który jest słuszny.

Znacie ten schemat, kiedy jedno studio robi dobrą grę, a potem wszyscy starają się powtórzyć z lepszym lub gorszym skutkiem swoją wersję. Na nasze szczęście są tacy, którzy wiedzą jak się do tego zabrać, aby wilk był syty i owca cała. Początkowo Śpiące Pieski (tł. własne) miały być trzecią częścią True Crime. Gra została anulowana przez Activion, a w 2011 r. grę przejął Square-Enix. Niestety, nie przejęli samej marki, dlatego musieli zmienić tytuł.

W ostatnim czasie zacząłem ciągnąć na blogu produkcje o tematyce kryminalnej i dziś kontynuuję ten trend grą Sleeping Dogs wydaną przez Square-Enix / Eidos w 2012 r. 
  

Łabędzi śpiew

W Sleeping Dogs wcielamy się w działającego pod przykrywką policjanta, Wei Shena, którego zadaniem jest rozbicie Sun On Yee. Kampanię zaczynamy mocnym wstępem, który uświadamia, że nie jest to świat rodem z Gta, a dżungla, gdzie przeżyje tylko ten kto jest silniejszy i bardziej sprytny. Na samym początku  gry autorzy przygotowali mały turtial czyli naukę poruszania się, itp. System walki, który omówię nieco później zrobił na mnie dobre wrażenie (choć zajeżdża Batmanem). Fabuła jest interesująca, a wstawki w języku chińskim dodały pewnej świeżości do przerywników filmowych. 

W sumie wszystko co zobaczyłem wnosiło do gry coś nowego i niepowtarzalnego. Sytuacja może się zmienić dopiero, gdy Sega zdecyduje się wydać Yakuze na Pc, ale na razie brak konkurencji. Przez całą grę robimy za chłopca na posyłki, działając na dwóch frontach. Dostajemy zdania od policji i z lokalnego półświatka. Wszystkie te aktywności można podsumować zwrotem: przynieś, zanieś, pozamiataj, lecz zlecenia, które trzeba wykonać są na tyle dobrze zaprojektowane, że tego się nie odczuwa. Dodam jeszcze, że przerywniki filmowe zostały świetnie wyreżyserowane  przez co czułem się tak, jakbym oglądał dobry film.


Miasto tysiąca neonów

Hong Kong, w którym dane jest nam spędzić parędziesiąt godzin gry robi solidne wrażenie. Z każdej strony ukazuje się inny świat. Możemy zobaczyć ciekawe kontrasty między głównymi, a bocznymi ulicami, które są wyraźnie inne. Całe dzielnice są jedyne w swoim rodzaju. Ruch w mieście jest różny, zależnie dokąd się pojedzie, a to sprawia, że czuje się tętniącą życiem metropolię. Samych przechodniów też nie brakuje, więc mamy kompletny obraz Hong Kongu. 

Kolejną wartą wspomnienia rzeczą są pory dnia i to, jak miasto prezentuje się w dzień i nocą, co wpływa znacząco na klimat produkcji. Mapa świata w grze jest dość duża, przez co poruszanie się na piechotę jest bez sensu. Podobnie jak w innych tytułach tego typu, poruszamy się samochodami, motorami, skuterami i tu pewna nowość (przynajmniej dla mnie) autobusami. Jeśli jednak ktoś nie lubi tracić czasu na jazdę, może skorzystać z taksówki. 

A jak zdobywamy auta? Możemy je oczywiście kupić. Samochody, które mamy do dyspozycji nie są licencjonowane, przez co będą jedynie przypominać swoje pierwowzory. Zanim przejdę do rozgrywki, parę słów o modelu jazdy i przesiadaniu się między autami. System prowadzania jest arkaidowy (zręcznościowy), więc można zaszaleć bez najmniejszego problemu, nawet jeśli jeździ się jak łamaga. 

A co do kwestii przesiadania, możemy robić to tradycyjnie lub w locie. Gdy tylko zbliżymy się do innego jadącego pojazdu, klikamy "A", następnie grzybek do przodu i skaczemy na samochód, gdy tylko strzałka będzie zielona (grałem na padzie od xboxa). Niby nic, taki mały akcent, a cieszy, że wprowadzono coś nowego.       


Jesteś jednym z nich 

Godzinny mijają, a wątek główny jak i aktywności poboczne zaskakują swoimi propozycjami: wyścigi, drobne przysługi, walki kogutów czy w końcu moje ulubione karaoke. Sporo rzeczy, które uprzyjemniają naszą przygodę na sam szczyt Sun On Yee. W ciągu całej kampanii zbieramy punkty reputacji u czterech grup, no nie do końca. W jednym przypadku zbieramy jedynie nefrytowe figurki skradzione z kolekcji naszego byłego mistrza sztuk walki, który uczył Weia. 

Kiedy tylko uda się je "odnaleźć" możemy w zamian nauczyć się nowych ciosów. Gdy już jesteśmy przy systemie walki, to warto co nieco powiedzieć na jej temat. Rozgrywkę dzielimy na walkę wręcz (z wykorzystaniem białej broni i ryb) i z bronią palną. Gdy dochodzi do przysłowiowej mordobitki walka dość mocno zaczyna przypominać nie tyle te z Nietoperka, co poczciwe bijatyki. 

To prawda, że daleko im do Tekkena czy Mortala, ale widać, że twórcy mocno się inspirowali tego typu klimatami. Warto jeszcze dodać, że w czasie potyczek możemy wykorzystać elementy otoczenia do całkowitego unieszkodliwienia przeciwników. Dzięki temu dostajemy bonus do ataku. Początkowo bijemy się ze zwykłymi pachołkami, lecz potem dochodzą "tarany", czyli coś ala sumo. Trochę jest z nimi zachodu, bo nie można ich za bardzo schwytać, aby powalić na ziemię, ale na szczęście da się z nimi uporać, gdy się wie jak. Generalnie walka wręcz nie jest trudna, może z paroma wyjątkami. Jednak nie było misji, która zatrzymałaby mnie na dłużej.

A teraz przejdźmy do drugiej części, czyli strzelanin. Są one dość rzadkie i gnata, bądź karabin zdobywamy lub dostajemy przed samą potyczką. Musicie wiedzieć, że w grze jest domyślnie ustawione wspomaganie w celowaniu (nawet gdy gramy na klawiaturze z myszką). A jak wygląda taka wymiana ognia w praktyce? No tu nie ma żadnych rewelacji, bo ukrywamy się za osłonami i czekamy na dogodny moment, aby pozbyć się wroga.

Czy warto kupić Sleeping Dogs? Mimo swoich lat, gra wciąż dobrze wygląda. Ma naprawdę dobry klimat, jak i fabułę z wyrazistymi bohaterami. Protagonista  nie jest jednoosobową armią, która pozbywa się wszystkiego na swojej drodze, a następnie opowiada jakiegoś suchara, jak gdyby nigdy nic. Przeżywa to co czuje i ma wątpliwości, innymi słowy jest to bohater z krwi i kości, a nie jakaś wydmuszka.

Czy już w to graliście? A może sięgnięcie po ten tytuł? Napiszcie jak odbieracie tego typu produkcje.

No i nie zapomnijcie kliknąć niebieskiego guzika z łapką w górę i napiszcie coś, chętnie podyskutuję z wami :D   
Share:

Recenzja Life is Strange (PC)

Gry, gry się nie zmieniają. Ile już przeszedłem takich, w których główny bohater ratował świat? W tych produkcjach zawsze szukałem przygód najwyższych lotów. Jednak w pewnym momencie coś we mnie pękło. Nadmiar powtarzalnych historii zaczął mnie męczyć. Gdy przeglądałem swoją biblioteczkę na Steamie, dostrzegłem coś...

Twórcy gier często sięgają po bezpieczne tematy – takie, które się dobrze sprzedają i które nie zostaną zablokowane przez cenzorów w USA czy Niemczech. Utrata dostępu do dużych rynków byłaby dla nich "pocałunkiem śmierci". Jednak, o dziwo, są tacy, którzy zdecydowali się pójść pod prąd i udowodnić, że gry to nie tylko zabawki.

Dziś wezmę na tapetę jedną z takich produkcji: Life is Strange, wydane przez Square Enix / Eidos.


Miłość niejedno ma imię

Kiedy po raz pierwszy usłyszałem o Life is Strange, byłem sceptyczny. Pewnie się zastanawiacie (lub nie), dlaczego? W końcu gra okazała się sukcesem. Poważna, dobrze napisana, pokazująca życie takim, jakie jest. A jednak, gdy pojawiły się pierwsze informacje o Life is Strange, promowano ją jako kolejny interaktywny film, podobny do The Walking Dead. Moja reakcja? Puknąłem się w czoło.

Pierwsza myśl: nasze decyzje i tak nie będą miały większego znaczenia, a na dodatek sprzedają grę w odcinkach – każdy w cenie prawie pełnoprawnej produkcji.

Nadszedł rok 2015, a wraz z nim pierwsze recenzje. Jedne były pozytywne, inne… cóż, mniej pochlebne. Mimo to nie zdecydowałem się na zakup. Wszystko zmieniło się dopiero wtedy, gdy na Steamie udostępniono darmowy pierwszy epizod (tak, przyznaję, skusiła mnie "cebula alert"). Pomyślałem wtedy: „A co mi szkodzi? Zagram, w końcu dali za darmo.”

No i stało się coś, czego kompletnie się nie spodziewałem – Life is Strange mnie wciągnęło. Życie naprawdę bywa dziwne…



Bunt jest koloru niebieskiego     

Fabuła Life is Strange jest na swój sposób epicka – bo opowiada o zwykłym życiu. Nie znajdziecie tu komandora Sheparda ani Smoczego Dziecięcia. Kto więc jest główną postacią? Max, młoda dziewczyna, która wraca do swojego rodzinnego miasta, Arcadia Bay. Na pierwszy rzut oka to miejsce jak każde inne, ale skrywa pewną tajemnicę, którą trzeba odkryć.

Life is Strange to gra przygodowa, więc możecie się spodziewać, że jej fundamentem jest fabuła. A skoro tak, to od razu lojalnie uprzedzam – mogę przypadkiem zdradzić tu i ówdzie jakiś szczegół. Jeśli nie chcecie psuć sobie zabawy, najlepiej zacznijcie od samodzielnego zagrania.


Efekt błękitnego motyla

Fabuła Life is Strange zaczyna się nietypowo, jak to bywa w historiach o podróżach w czasie – od koszmaru.

Max, główna bohaterka, śni o zniszczeniu miasta. Na początku wydaje się, że to tylko zły sen, nic więcej. Jednak już chwilę później jesteśmy świadkami morderstwa dziewczyny, a wtedy ujawnia się niezwykła zdolność protagonistki. Max potrafi cofać czas. Co prawda tylko o kilka minut, ale to wystarcza, by uratować życie nieznajomej. Okazuje się, że tą osobą jest Chloe Price – dawna przyjaciółka Max z dzieciństwa.

Bohaterowie tej opowieści dzielą się na dwie grupy: tych ze złożoną osobowością oraz „statystów” – stereotypowych przedstawicieli szkolnych frakcji, takich jak nerdzi, sportowcy czy uzdolnieni outsiderzy. Podczas przechodzenia kampanii musiałem podejmować wiele trudnych decyzji, jak choćby wybór między skróceniem cierpienia przyjaciółki a pozwoleniem jej na dalsze życie w bólu. Tak, gra podejmuje temat eutanazji.

Ale to tylko jeden z wielu poruszanych wątków. Life is Strange mierzy się z problemami, które mogą spotkać każdego z nas – od przyjaźni, przez trudne relacje rodzinne, aż po moralne dylematy. Najważniejszym wyborem w grze okazuje się jednak ten końcowy: kogo poświęcimy? Chloe czy mieszkańców Arcadia Bay?

Przyznam, że długo się nad tym zastanawiałem. A może tylko tak mi się wydawało, bo już wcześniej wiedziałem, kogo wybiorę. Chloe zrobiła na mnie takie wrażenie w ciągu tych 8 godzin rozgrywki, że wiedziałem, po której stronie stanę w decydującym momencie.

Jednak na koniec nie mogłem nie zauważyć wad gry – animacje twarzy są momentami bardzo drętwe, co trochę wytrąca z immersji. Mimo to Life is Strange pozostaje wyjątkową produkcją. Jest świadectwem kunsztu autorów ze studia DONTNOD. To porywająca historia, która tak bardzo mnie pochłonęła, że nie zauważałem tych oczywistych niedociągnięć.



Sekunda do odjazdu pociągu       

Oprawa graficzna Life is Strange zachwyca. Całość wygląda, jakby ktoś malował poszczególne elementy otoczenia pędzlem. Delikatne, ciepłe barwy potęgują wrażenie złudnego spokoju, które idealnie współgra z klimatem gry. Ta malarska estetyka dodaje produkcji pewnej magii, czyniąc ją wizualnie unikatową.

Ścieżka dźwiękowa również zasługuje na szczególne wyróżnienie. Każdy utwór został dobrany z ogromnym wyczuciem, co sprawia, że przerywniki filmowe uderzają z jeszcze większą siłą. W tych momentach czułem coś nowego, świeżego – emocje, których wcześniej w grach nie doświadczyłem. To uczucie trudno opisać słowami. Trzeba to po prostu przeżyć, bo naprawdę warto.



Butelka na wysypisku     

Rozgrywka w Life is Strange jest niezwykle prosta – wręcz jak konstrukcja cepa. W trakcie gry rozwiązujemy łatwe zagadki, które opierają się głównie na użyciu kilku przedmiotów oraz mechanice cofania się w czasie. Co ciekawe (a może nawet trochę absurdalne), mimo dużej popularności LiS, gra nie doczekała się oficjalnego spolszczenia.

Tłumaczenie dialogów i fabuły „na bieżąco” może być dla niektórych graczy większym wyzwaniem niż samo rozwiązywanie łamigłówek.


Postać XYZ to zapamięta  

Fraza „Twoje decyzje mają znaczenie” pojawia się często w produkcjach Telltale Games. W przypadku Life is Strange twórcy wreszcie dotrzymali tej obietnicy. Gra jest wprawdzie liniowa, ale czułem, że nawet najmniejsze decyzje miały swoje konsekwencje. Przykład? Nie podlałem kwiatka, więc roślina uschła. Wydaje się banalne, ale takie drobne szczegóły tylko dodają grze autentyczności.

Największą satysfakcję dało mi jednak uratowanie dziewczyny przed samobójstwem. Aby tego dokonać, musiałem podejmować przemyślane decyzje, jak na przykład odebranie od niej telefonu. Ten moment pokazał, że gra naprawdę pozwala zaangażować się emocjonalnie.

Przeszedłem Life is Strange dwukrotnie i za każdym razem świetnie się bawiłem. Czy warto kupić Life is Strange? Oczywiście, że tak! To wyjątkowa produkcja, która znacząco różni się od typowych gier, w których ratujemy świat. Tutaj jesteśmy jedynie jego częścią, co czyni tę historię zarówno zwyczajną, jak i niezwykle wyjątkową.

A jak Wy podchodzicie do takich produkcji? Lubicie gry skupione na narracji, czy macie już dość „samograjek”? Dajcie znać w komentarzach! I oczywiście – nie zapomnijcie zostawić lajka! ;) No i napiszcie coś od siebie – wiecie, jak bardzo to doceniam!
Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie