• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Recenzja serialu Luther sezon 1

Było nieco dowcipnie i kryminalnie to teraz będzie na poważnie. Skończyły się radosne i zakręcone, gdzie nigdzie akcje! Przyszedł czas na historie dla dużych chłopców.

Luther, czy też komisarz Luther (Idris Elba) to główny bohater serialu sensacyjnego o tym samym tytule. Fabuła od samego początku rzuca widza na głęboką wodę nie dając mu ani chwili wytchnienia. Sama historię też można podzielić na kilka wątków. Zaczynając od tej głównej ciągnącej się przez wszystkie sezony, a skończywszy na tych będącymi jedynie tematami poszczególnych odcinków.


Nie zabraknie też zwykłych zapychaczy, ale wszystko zależne od tego jak na to się patrzy. Protagonista nie jest typem grzecznego i służbowego policjanta, który nie będzie umiał ubrudzić sobie rąk. Jednocześnie nie jest kimś pozbawionym skrupułów i idącym po trupach do celu.

Dość szybko, bo już na dzień dobry zbierają się nad nim burzowe chmury. Wątek skorumpowanego gliny będzie ciągnął się za nim jak smród po gaciach przez wszystkie pięć sezonów. Nie będzie jednak sam, bo pomoc przyjdzie z najmniej oczekiwanej strony. Idźmy po kolei, bo to będzie dość istotne. Uwaga na mini spoilery.

Pierwsza sprawa dotyczy morderstwa rodziców niejakiej Alice Morgan (Ruth Wilson). O ile sama zbrodnia jest nudna jak flaki z olejem to już sposób i motyw to całkiem inna liga. Zaplanowana i wykonano bez żadnego błędu, ba najmniejszego śladu mogącego naprowadzić na ślad mordercy.


Jedynym dziwnym tropem jest zmasakrowany pies, a ujmując rzecz dokładniej jego szczęka. Szybko zorientowano się co i jak tam się wydarzyło. Luther nie miał jak udowodnić, że to Morgan zrobiła. Sama scena w której Alice Morgan przeobraża się, czy raczej zrzuca maskę było genialne. Bez ogródek zdradzę, że jest to najlepiej napisana bohaterka w tej całej plejadzie jaka się przewija w serialu.

Wraz z kolejnymi odcinkami widać jak się zmieniają relacje miedzy nimi. Zabrzmi to szalenie, ale naprawdę można było jej kibicować. Zaczęto robić z tego coś w rodzaju zakazanego uczucia lub związku będącego na pograniczu czegoś takiego. Same rozmowy były niczym ciekawa szermierka słowna. Bardzo dobrze napisano tych bohaterów i wyraźnie wyróżniają się na tle reszty. Przy czym nawet ludzie, którzy będą jedynie gdzieś na drugim planie lub śmigną epizodycznie utrzymują wysoki poziom.

Kolejnym ważnym aspektem w serialu jest narracja. Tą bawiono się z wielką chęcią, a przez to zostawiono wiele pola dla wyobraźni. Dość częstym patentem było sugerowanie widzowi co ma się wydarzyć. Manipulowano odbiorcami tak, aby nagle ich zaskoczyć nieoczekiwanym zwrotem akcji. Wykorzystywano do tego ujęcia miejące wyraźnie coś zasugerować, a co było jedynie zmyłką. Genialne w swojej prostacie. W sezonie pierwszym występują trzy istotne momenty. Były nimi przebudzenie się mordercy dzieci, którego się poznaje w startowym odcinku jak i tym jak skończył.


Nie będę, aż tak bezwzględny i nie ujawnię tego jak skończył, ale dodam, że dostał to na co służył. Natomiast najistotniejszy jest piąty odcinek, który każe zapytać kto jest prawdziwym potworem? Ci co są zepsuci z natury, czy hipokryci miejący się za obrońców sprawiedliwości? Skoro o tym mowa.

Jak wspomniałem, pisałem, mówiłem od samiutkiego początku góra pragnie dorwać się do przysłowiowej dupy Luthera. Podłość ludzka jest przerażająca. W tym wypadku widać było to na przykładzie Martina Schenka (Dermot Crowley). Idealna szuja podciągająca wszystkie fakty, dowody i przekręcająca wydarzenia tak, aby pasowała pod jego teorie. W takich momentach jednak można liczyć na przyjaciół i seryjną morderczynie z ostrym dowcipem.

Ostatnim elementem tej układanki jest wątek z byłą żoną. Będzie to pokazanie frustracji i ludzkiej stronny Luthera. Ten blok serialu był najbardziej obyczajowy i pokazujący jak łatwo można osądzić kogoś tylko dlatego, że jest facetem. Koniec końców wszystko się wyjaśnia, ale nie wiele to zmienia.

Podsumowujmy czy warto obejrzeć serial Luther? Owszem, tak jest to dojrzała dorosła historia. Nikt nie bawi się w półśrodki i co ma być pokazane tam będzie. Przyjęto ciekawą narrację, która trzyma widza przed telewizorem, aż do samego końca. Zagadki są rozwiązywane w sposób logiczny, ale bez większych nacisków jak w przypadku Sherlocka. Poważny i gęsty klimat dodaje smaku. Ocena końcowa 9/10.
Share:

Recenzja pierwszego sezonu Sherlock

Patrzcie tworzą serial, a właściwie zrobili Pierścienie Władzy! Czysty Tolkien wszystko tak jak w książce napisano, a nie chwila to tylko kiepski fan fiction. Jak w takim razie powinien wyglądać poprawnie wykonany? Zobaczmy.

Serial Sherlock z 2010 r., to dzieło na którym powinni się wzorować wszelcy twórcy „wolnomyśliciele”, którzy zamiast nagrać ciekawy materiał wideo tworzą coś co woła o pomstę do nieba. W omawianej produkcji nie starano się zrobić koła od nowa, a zachować esencję tego co najważniejsze i zaadaptować do współczesnych czasów. Widać to na każdym kroku i o dziwo dowcipne sugestie, że Holmes i Watson są gejami przeszły. Dziś to nie byłby dowcip, a fakt i jeden z nich przymusowo był czarny lub cokolwiek w tym stylu.


Produkcja serialu Sherlock przenosi się z XIX w. do czasów obecnych, ale najważniejsze fakty z życia bohaterów zachowano. Oczywiście w pewnym sensie, czyli Doktor John nie wrócił z Indii, a z Afganistanu. Początek bardzo dobrze zapożycza wydarzenia z Studium w szkarłacie. Jest to moim zadaniem mrugnięciem oka do fanów twórczości sir Doyle'a.

Nie można jednak zignorować istotnej zmiany w zachowaniu Sherlocka granego przez Benedict Cumberbatch. Jego kreacja tego bohatera charakteryzowała się o wiele większą energetycznością jak i humorem. Pomimo zmian charakteru względem oryginału to nie sposób było polubić młodego Holmesa.

Metody jego działania wprowadzały swojego rodzaju nieład, chaos niemalże. Przez takie zachowanie tempo poszczególnych odcinków pędziły przed siebie nie pozwalając ani przez chwilę się nudzić, czy nawet pomyśleć, o przełączaniu na coś innego. Wszelkie zagadki i sposób ich rozwiązania są od początku do końca logicznie rozwikłane. Nie urzeknie się tam głupotek lub naciągnięć. Sami twórcy też nie łamią narzuconych sobie zasad, no prawie. Dzięki temu pierwszy sezon bogaty jest zarówno w formie jak i treść.


Pozostali bohaterowie też zostali zmodyfikowani, co w niczym nie przeszkadza w końcu jest to tylko luźna interpretacja twórczości sir Doyle'a. Sam inspektor Lestrade (Rupert Graves) ukazany jest jako przyjaciel Holmesa i co, jak co, ale wprowadza sporo dowcipnych momentów w poszczególnych odcinkach.

Sporo czasu też poświęcono pani Hudson (Una Stubbs). Gdybym nie wiedział, że występuje w książkach pomyślałbym, że dodano ją dla jaj. Jest ona najzabawniejszą postacią nadający satyryczny wydźwięk za każdym razem jak tylko się pokazywała.

Mycroft Holmes (Mark Gatiss) nie wolno o nim zapomnieć. Nie dlatego, że jest starszym bratem naszego ulubionego socjopaty, ale że jest niezwykłym człowiekiem, który zachowuje się tak jakby zawsze miał kołek w dupie. Swoją droga wyciąga on najgorsze cechy brata. Gdy są obaj można powiedzieć, że ich arogancja przejmuje pierwsze skrzypce.


Pań też nie zabrakło i oprócz pani Hudson mamy Sierżant Sally Donovan (Vinette Robinson) i Molly Hooper (Louise Brealey). W tym tekście skupię się na pani Sierżant z tego też powodu, że od samego początku mąci i kombinuje. Wykreowano ją jako taki vice czarny charakter, który szeptał Watsonowi złe rzeczy do ucha na temat jego współlokatora. W dalszych sezonach nawet się bardziej rozkręci. Pytanie brzmi, czy była to tylko złośliwość, czy już rasizm? W odwrotnej kombinacji odpowiedź byłaby jednoznaczna. Praktycznie prócz swojej nienawiści i uprzedzeń nic nie dodaje do tej całości. 


Ostatnim wartościową osobowością może być nikt inny jak tylko profesor Moriarty. Wybranie Andrew Scott do tej roli uznam za mieszaną. Z jednej strony czuć było, że rozumie w kogo się wciela i robi to naprawdę błyskotliwie, ale jego głos i ta nadmierna agresja trochę to psują. Zamiast mieć groźnego geniusza zbrodni ukazuje się myszka agresorka. Szkoda, bo to naprawdę zmarnowany potencjał.

W pierwszym sezonie, który jest moim zdaniem najlepszy składa się z trzech spraw. Na dzień dobry zaczęto od wysokiego C, gdzie głównym tematem były tajemnicze morderstwa. Nawiązania były oczywiste. Zachowano jedynie wybór pigułki jaką miała połknąć ofiara. Cała reszta to całkowicie inna historia. Następnie mamy zazębiające się historie z triadę chińską. Tutaj muszę jednak zwrócić uwagę na drobne potkniecie. Podkreślano wielokrotnie jak to oni są potężni i mają agentów na całym świecie.

W takim momencie pytam się Ja, czemu ich szefowa dziękuję tajemniczemu komuś za pomoc w dostaniu się do Anglii? Jedyny taki moment kiedy nie ma to większego sensu. Jedyne wyjaśnienie to chęć zrobienia lepszego wejścia głównemu antagoniście.


Sam koniec to już prawdziwa jazda bez trzymanki. Wspomniany już wielokrotnie profesorek pokazał się dość szybko. Powiedziałbym, że za wcześnie. Mógłby dawać o sobie znać i co jakiś czas podsuwać sugestie o tym, że o to on John Moriarty kryje się w cieniu i pociąga za sznurki. Finał trzeciego ostatniego epizodu wynagradza wszystko z nawiązką i zachęca do niezwłocznego obejrzenia następnej części niezwykłych przygód Holmesa.

Podsumujmy czy warto obejrzeć Sherlocka? Nie ma na czym się zastanawiać to przedni serial, który ma bogatą treść i ciekawą formę. Wizualizacje jakie dokonuje Holmes, aż po jego wszelkie cięte uwagi sprawiają, że nie jest on płytka postacią. Sam Watson też jest rewelacyjny. Zawsze ma swoje zdanie i nigdy nie zawaha się powiedzieć co sądzi, lecz Sherlock nie koniecznie musi to zauważyć.

Share:

Recenzja anime Kizumonogatari Część 3: Reiketsu-hen

 Jestem świeżo po obejrzeniu Kizumonogatari Part 3: Reiketsu-hen. Z góry ostrzegam, że będzie w sporo spoilerów. Dlatego Ci co nie oglądali niech to zrobią, a następnie przeczytają to co mam do powiedzenia.

Ostania część Kizumonogatari nie jest bombą nie jest nawet dobra. Teraz pewnie noże otwierają się w kieszeniach fanów (śmiech). Spokojnie z górę już uprzedzę i pewne fakty. Film ten jest zbyt nieszablonowy, aby go tak zaszufladkować.


Z jednej strony czułem, że obcowałem z czymś niezwykłym. Budowa napięcia i wiele wywrotowych sytuacji, które zmieniały pogląd na sytuacje. Wyskakiwały one w najmniej spodziewanych momentach. Od pożarcie Guillotinecutter przez Kiss – Shot, aż po odkrycie prawdy co do jej zamiarów.

Wiedząc co się stanie z pseudo wampirem jak nazywa ją protagonista w następnych sezonach domyślałem się już biegu wydarzeń. Mimo to jak zobaczyłem zakończenie, które unieszczęśliwi wszystkich byłem zaskoczony.

Poleciały napisy i powinienem powiedzieć do siebie przeżycie jak ich mało, ale czegoś mi zabrakło. Jak to nazwać?, trudno powiedzieć. Możliwe, że to hipokryzja ludzkiego istnienia. Czy zadaliście sobie pytanie: czemu wampir jako rodzaj bytu ma się poświęcić i umrzeć śmiercią głodową, a człowiek mordujący na skale przemysłową tak zwane „zwierzęta” już nie?

Motywacje Koyomi – kun były jak najbardziej szlachetne. Kierował się naturalnym insektem ochrony pobratymców, czy też członków stada jakim są ludzie. Jednak jedna rzecz jest dość ważna wielkie oppai Kiss – Shot mogły w tym przeszkodzić!


Czas! Przerwa! Nim wrócę do dalszych filozoficzno podobnych wywodów słów kilka o dyskryminacji nagiego ciała. Jak dobrze wiecie sceny gore pokazywane są na tej serii na porządku dziennym. Natomiast wszelkie wątki erotyczne / pornograficzne cenzurowane. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że wydawca, czy inny zarząd uważa to za bardziej obrzydliwe niż palenie żywcem, liczne amputacje, dekapitacje, czy rozrywanie na tysiąc i jeden sposobów.

Generalnie mogliby pokazać, że mają jaja i trochę zaszaleć, a nie podchodzić do tego jak w pierwszym lepszym ecchi. Odsuwając to jednak na bok najbardziej zastanawia mnie, czemu Koyomi – kun nie związał się Hanekawa „Mobilną przekąską” Tsubasa to ta z warkoczami.

Nie przeczę, że jest trochę jak yandere. Posiada liczne oblicza i ma dość dziwny punkt widzenia na świat. Bycie pożartym w imię przyjaźni jest ok., ale macanie cycków przekracza jej wyobrażenie zboczenia. Najwyraźniej nie brała na seria możliwości śmierci… Chociaż jak dowiedziała się prawdy musiał brać to pod uwagę.


Nie raz można zauważyć niepokojący uśmiech na jej twarzy. Jej buźka mówi wtedy wyraźnie, że normalna to ona do końca nie jest. Mimo mocno humorystycznej otoczki nie mogłem się pozbyć wrażenia, że zostanie z nią samemu nie byłby bezpieczne.

Po reklamie, wróćmy wydarzeń na boisku. Ukazanie się gammy szarości i egoizmu Koyomi – kun. Zrozumieć wampira, nie kobietę żyjącą pięćset lat jest naprawdę trudno. Mimo faktu, że spłycali niekiedy jej osobowość ukazując ją pod względem charakteru jako dziecko. Ona chciała odejść i miała do tego prawo. Lecz nawet to jej odebrano.

Oshino Meme niczym pan Lusterko dołożył tu swoje trzy grosze. Ech, trudno go rozgryźć z jednej strony wydaje się rzeczywistym strażnikiem równowagi, a z drugiej strony to cwany diabełek. Trudno się zdecydować do czego mu bliżej, ale dopiero w ostatniej części Kizumonogatari ukazuje się w pełnej krasie.


Samo zakończenie pełne smutku i przeprosin Koyomi – kun są ciut śliskie. Spływają po widzu jak woda, po kaczce i niewiele zostawiają, a mimo to ubranie jest mokre. Czy należy doszukiwać się tu głębszej prawdy? Cholera wie…

Podsumowując Kizumonogatari Part 3: Reiketsu-hen to anime, które zostanie z większością z was na długo, a teraz pora na kolejny sezon. Pora na mnie bey, bey.

P.S. Tekst leżał w przysłowiowej szufladzie ponad rok więc nie pamiętam już co tam było w anime xD

Share:

Recenzja Life is Strange 2 (Ps4)

 Pora się ruszyć! Mleko zostało rozlana, co oznacza komu w drogę temu czas. A może szło to jakoś inaczej? No mniejsza zaczynajmy!

Wielkie miałem nadzieje co do tego tytułu. Po przejściu pierwszej części, która będzie dla mnie zawsze kultową strasznie się zawiodłem. Problem tej odsłony leży w braku pomysłu na siebie. Mimo faktu, że technicznie jest dobrze i wydaje się, że niczego nie brakuje to ma się po przejściu tych epizodów niedosyt.


Człowiek czuje się tak jakby podano pozornie syty posiłek, a tak naprawdę jest pusty i bezwartościowy. Już u swoich podstaw jest bardzo wiotki. Jednym z powodów wielkiej odysei braci jest użycie mocy przez Daniela (młodszy z rodzeństwa) i wiadomości, że Shawn jest oskarżony o zabójstwo policjanta.

Zastanawia mnie w ogóle jak doszli do takiej bzdurnej koncepcji? Pomijając jakie miał rany zabity gliniarz, które mogły być jedynie wynikiem eksplozji to mamy jeszcze coś na dokładkę. Tuż przy miejscu zbrodni znalazł się przewrócony radiowóz. Czyli Shawn stał się Hulkiem i pierdnął atomówką?

Pomijając już te pierdoły dochodzą w czasie kampanii różne pozorne decyzje. Dostanie się do pokoju matki, wybranie się do miasta po choinkę itp. Nie raz, nie dwa rzekomo istotne wybory sypały się jak karty z kapelusza. Nie powiem, że 100% tego jest rodem z The Wolf Among Us, ale niestety w drugiej połowie kampanii tak to się prezentuje.


Oprócz tych mega ważnych momentów są też inne, a każde nieco inaczej jest pokazane Jak chociażby zwykłe wybory: a, czy b. Mamy też denerwujące sytuacja kiedy czas goni nieubłagalnie. Wersję, która ogrywałem na Ps4 była po angielsku bez możliwości zmiany na polski. Nie pomagało to wcale w świadomym działaniu. Taka mała ciekawostka podstawowe akcje też są na czas i nagrano specjalne odpowiedzi na milczenie protagonisty.

Na pocieszenie wspomnę, że coś jednak można wskórać. Odnosi się to bardziej do tych momentów, gdzie jest szansa na rozwiązanie problemu na więcej niż jeden sposób. Choć nie jest to reguła. Za to jestem przekonany, że na charakter Daniela da się wpłynąć. Wystarczy być dla niego opiekuńczym i nie dawać złego przykładu. Za bardzo zawiłe to nie jest. Duży nacisk nałożono na temat kradzieży. Jeśli coś się zwinie nie wpływa to na bieżącą sytuacje negatywnie, a będzie to piętnowane w przyszłości. Jest też widoczna zmiana w charakterze Daniela, który będzie naśladował Shawna .

Tak jak w pierwszej części wszystko toczyło między Max, a Cloe tak tu między starszym, a młodszym bratem. Początkowo nawet trzyma się kupy. Protagonista stara się zataić prawdę i idzie to lepiej lub trochę gorzej. Wszelkie humorki Daniela wpasowują się idealnie w ten scenariusz. Potem, no właśnie, potem jest już o wiele gorzej.


Mały gnój jest prawdziwym utrapieniem. Kula u nogi, do której za grosz nie dochodzi co się dzieje. Naprawdę trudno powiedzieć, czy on jest taki głupi czy tylko udaje? Szczerze, wolałbym to pierwsze. Rozumiem dziecko itp., ale nie raz nie dwa pokazał, że to co się dzieje jest dla niego jasne i klarowne. Mimo to januszował jak diabli. Paradoksalnie moc jaką posiadał nie była zaletą w prowadzeniu tej fabuły. Wprost przeciwnie, jak dla mnie prawdziwy gwóźdź do trumny.

Początkowo faktycznie były to sztuczki na poziomie Kamienia Filozoficznego, aby na koniec wymiatał jak Lord Vader. Zamiast robić bandziorów na miazgę to jedynie potrafił zrobić marne hokus pokus, a mógł zrobić avada kedavra. No ale cóż, o mało co a sam bym facapalmem zrobił sobie kuku na widok tych farmazonów.

Lepiej natomiast wypadła cała otoczka, dziwny syndrom Skyrima. Tam też wszystko co się działo wokół było lepsze od głównej linii fabularnej. Rasizm, tak rasizm został tam wreszcie pokazany taki jak powinien być. Nie ma tam pseudo dyskryminacji i czarnych syrenek, hobbitów i lewackiego lamentu o wszystko co nie zgadza się z ich chorą ideologią. Shawn nie raz dostanie po mordzie tylko za to, że jest pół Meksykaninem. Nazwał bym to jakąś odmianą. Nie chodzi tu o sam atak fizyczny, a wybranie innej mniejszości etnicznej. Nie zabrakło też pokazania drugiej stronny, czyli tych co są temu przeciwni.


Drugie skrzypce odegrała tutaj religia. O dziwo nie zaprezentowano jej w zbyt dobrym świetle. Mówiąc wprost przedstawiono jej toksyczne oblicze. Krótko co prawda, bo tylko w przed ostatnim epizodzie, ale i trochę wcześniej. Ostatnią rzeczą, która wypadła dobrze to etap w komunie. Wsłuchując się w rozmowy poszczególnych mieszkańców można dostrzec szereg obrazów. Każdy z grupy jest dość wyrazisty i ma swoją historie. Mimo trudnych przeżyć dają z siebie wszystko i na swój sposób dbają o innych.

Na koniec nieco odbiegnę od gry, a poruszę temat dystrybucji. Poczekałem na edycje kompletną. Tylko czemu nie wgrali od razu ostatniego odcinka? Teraz czeka mnie wybór dokupienie go, bo kod ma błąd na nadruku. Takie zagranie jeszcze bardziej skłania do tego, aby wyjąć płytę z napędu i olać to, bo nawet nie ma się chęci skończenia, a co dopiero ponownie przejść, aby sprawdzić, czy jest po co wracać.

Lecz niebyłym sobą i tego nie sprawdził. Na pohybel korporacjom! Sam finał jest podobnie jak całość nieźle napisane. Ale trudno o jakieś emocje jedynie olanie finału i najważniejszego pytania. Skoro przez tyle godzin praktycznie nie da się zżyć z głównymi bohaterami.  


Na samym początku pytają, o to co się stało ma końcu poprzedniej części. Jakieś nawiązanie dali trochę widokowe, że się tak wyrażę. Na pociesznie dodam, że można się dowiedzieć co się stało z Max i Cloe

Jeśli kiedyś wrócę do tej produkcji to będzie to przypadek lub będzie to sezon ogórkowy. W innym wypadku szkoda czasu na coś co nie jest wstanie dorównać pierwowzorowi. Ocena końcowa 5/10.







Share:

Recenzja anime Paripi Koumei (Halloween Edition)

Miesiąc duchów i zmor wszelakich, a tu takie anime, które bardziej rozgrzewa jak mrozi krew w żyłach. Jednak, że się czas ten dobiega końca to dam do listy coś weselszego.

Czym jest isekai każdy wie, a co jeśli zmienić nieco formułę na religijną? Wyjdzie z tego Paripi Koumei. Główny bohater był istniejącym generałem chińskim żyjącym w starożytności, a teraz trafił do współczesnej Japonii w czasie trwania Halloween. 


Od razu uprzedzam, że nie zaczął jako nastolatek, lecz dorosły mężczyzna ok. czterdziestego roku życia. Nie spodziewałem niczego szczególnego po tej serii, a mimo to dostałem lekką fabułę z dużą ilością muzyki i lekcji historii.

Każdy odcinek zaczyna się od genezy jakiejś strategii, a potem mamy jej przełożenie w czasach współczesnych. Jest to na swój sposób dobry pomysł na popularyzowanie dziejów Chin i nie tylko ich.

Wrócę do protagonisty w początkowych odcinkach dość mocno pokazywał, że nie pochodzi z lat obecnych. Wszystko to jednak zostało pokazane z przymrużeniem oka, bo inaczej i tak się by nie dało zaprezentować.


Koumei przez cały czas szpanował, a może pokazywał jak szybko potrafi się adoptować do bieżącej sytuacji. W sumie okazał się człowiekiem, o wielkim sercu, który nigdy nie rzuca słów na wiatr.

Kolejną główną bohaterką jest Eiko, która stara się zostać piosenkarką. Śpiewa w lokalnym klubie i pracuje tam jako barmanka. Wspomnę też o jej szefie, który jest dość istotny w całej fabule.

Szybko odniosłem wrażenie, że bardzo się angażuje w rozwój Eiko i co tu ukrywać nie żałuje kasy. Wspólnie z Koumei tworzą coś w rodzaju rodziców. Zastanawia mnie czy to nie jest jakaś ukryta propaganda. Jednak nie będę wyciągał tak dalece idących wniosków.


Sezon pierwszy to praktycznie streszczanie kariery aspirującej gwiazdy estrady. Żeby jednak nie było za nudno to między poszczególnymi występami wstawiono pomniejsze historyjki. Każdy z postaci drugoplanowych ma swoje back story. Ba, nawet można się z nimi zżyć i rozumieć motywację jaką się kierują.

To co jednak jest najlepsze w tych różnorakich wątkach pobocznych to łączące je nici, które są w rękach Koumei. Niczym władca marionetek pociąga nimi z ukrycia i tworzy jedną całość.

Jednak wisienką na torcie jest zespół Azalia. Początkowo są kreowani jako antagoniści z wredną agencją, która tworzy produkty muzyczne. Wraz z rozwojem wydarzeń droga Eiko krzyżuje się z wspominanym zespołem. Nie doszło w związku z tym do jakiegoś przełomu, który mógłby wstrząsnąć widzem. Ale za to uzasadnił zmiany jakie nastąpiły u naszej gwiazdeczki.


Humor jak i relacje między poszczególnymi bohaterami nie odbiegają zasadniczo od tego co można zobaczyć w innych produkcjach tego typu. Praca, przyjaźń i miłość jest tym co promuje to anime, czyli standard. Jest jednak pewien wyróżnik. Wszelkie fakty dotyczące przeszłości Koumei. Szef jest jego wielkim fanem i wszelkie nerdowskie rozmowy na temat tamtego okresu w jakimś stopniu wyróżniają się na tle reszty.

Mimo, że nie jest to musical to jakoś mało dają piosenek popwych. Wałkują natomiast jeden przebój, który może być dość denerwujący na dłuższą metę. Z kolei hip-hopu jest pod dostatkiem, co w sumie ratuje sytuację.

Natomiast część wizualna jest stabilna i niczym się nie wyróżnia od pozostałych anime. Wszelkie oszczędności występują, a tam gdzie jest coś więcej niż ruszajże się usta lub statystyczny kadr jest zadawalający.

Podsumowując Paripi Koumei jest dobrym anime, które ma całkiem wartką fabułę z nieźle napisanymi bohaterami, którzy nie zostali spłaszczani i stali się jedno wymiarowi. Te wszystkie odcienie szarości sprawiają, że się chętnie ogląda kolejne odcinki. Dlatego polecam tą produkcję i daję 8/10.
Share:

Recenzja filmu Pogromcy Duchów. Dziedzictwo (Halloween Edition)

Mamy dziś taką dziwną modę na wysysanie do cna każdej marki jaka tylko osiągnęła jakiś większy sukces na rynku. Plusem tego jest możliwość cieszenia się nowymi produkcjami. Co natomiast się stanie jeśli nie wyjdą jak trzeba? 

Wezmę dziś na warsztat Pogromców Duchów. Dziedzictwo, które jest tego najlepszym przykładem. Kontynuacja kultowych filmów, które jak na swoje czasy były świetnymi komediami z elementami horroru. Trudno by było znaleźć kogoś komu to nie przypadło do gustu.


Inaczej rzecz się ma sytuacja z Dziedzictwem. Można się zachwycać dobrymi ujęciami, czy otoczeniem. Jednak to była to jedynie decyzja o zmianie otoczenia, a całą resztę zrobiła dzika przyroda itp. 

Nie zabraknie też scen, które  można zaliczyć do udanych jak pościg za pierwszym i w sumie jedynym duchem, który posłużył za tutorial przed głównym bossem. Z kolei kreacja bohaterów prezentuje się jak z jakiś Trudnych spraw. Matka nie umiejąca ogarnąć finansów, o czym sama córeczka wspomina. Syn to chodząca pokraka oderwana od rzeczywistości. Niby dzieckiem nie jest, ale jego jedyne motywacje do zarobienia kasy jest potencjalna możliwość zaliczenia laski w której się zabujał. 

Młodsza z rodzeństwa Phoebe to lajtowa wersja Sheldona, a do tego od samego początku sugerują z kim jest spokrewniona. Z nieznanych przyczyn reżyser uznał, że zrobienie z tego niespodzianki doda jakiegoś efektu, Wow. Czy da się ich jakoś polubić i zacząć im  kibicować? W moim odczuciu nie bardzo. Zarówno z matką, która nie ma jakiegokolwiek kontaktu z własnymi dziećmi, tak i małolaty są żywcem wzięci z Dlaczego ja?

Sam film też mało korzysta z pierwowzoru. Można podzielić, go na wąski początek następnie na szereg scen, które sprawiają wrażenia obcowania z grą. Widać to jak Trevor prawie wpada autem na swoją siostrę i Podcasta. Wielkie nieprzymierzone pustkowie i akurat wyrzuciło go na ścieżkę koło nich. Przypadek? Nie sądzę! 

Wydarzeń tego typu jest więcej, a każde przejście wywołuje wrażenie wymuszonego tak jakby ktoś powiedział: wszelkie sceny łączące usunąć i zostawić to co najlepsze jak w zwiastunie tylko, że zamiast trzech minut mamy dwie godzinny. Wszelkie szanse, aby poznać lepiej postacie zarówno pierwszo planowe i te poboczne zostało zminimalizowane do minimum koniecznego. 

Szybko przesunięto wydarzenia do głównego „niebinarnego” antagonisty. Tutaj taka mała szpila. Phoebe i Podcast są przedstawi jako nerdowie, a mimo to mały stara się zaszufladkować istotę z innego świata według zasad panujących na ziemi. Niby taka tyci scena, ale jakoś dziwnie się wpasowuje w lewacką propagandę. 

Trzeci etap filmu jest niczym innym jak zerżnięciem z oryginału, bo o to pojawia się nie kto inny jak Marie Fredriksson z Roxette, chciałem napisać Gozer. Zmieniono jedynie miejsce, co jest rzeczą oczywistą, a reszta poszła po staremu. Jednak to już drugi raz z rządu miałem okazję zobaczyć to zwycięstwo w wyjątkowym złym stylu. Wiadomo film familijny dla maluchów. 

Lecz na serio byt z innego wymiaru z boskimi mocami dostaje lanie od bachorów i klubu seniora? Pół biedy jakby to wynikło z wykorzystania pułapek z farmy na dzień dobry. Pokuszono się jednak na pseudo epicka walkę, która jakoś musiała wypełnić te wypociny jakie nagrał Jason Reitman syn twórcy oryginału. 

Na koniec dodam, że film dyskryminuje białych, ba, a w szczególności chłopów. Po pierwsze Trevor jest jakąś porażką, ale spoko czekoladka jakoś ogarnie za niego wszystko. Oczywiście  jest jeszcze genialna protagonistka, która musi pokazać, że jest geniuszem, a on idiotą. 

Więc super przemycono piorące mózgi dzieciom ideologiczne bzdury. Swoją drogą skoro w ostatnich kilku latach pojawiły się, aż dwa gnioty to może teraz nagrają wersję z bobasami? Ocena końcowa 5/10.  


Share:

Recenzja retro Luigi's Mansion (GameCube) (Halloween Edition)

Jakbym chciał skrzyżować Pogromców Duchów i Resident Evil to mogłaby wyjść z tego jedna, jedyna gra. Przed państwem Luigi's Mansion wydany na GameCube w 2001 r.

Jest to już ostatnia gra jaką omówię w ramach Halloween w tym roku. W wstępie wspominam o filmie jaki grze. Mając jakiekolwiek pojęcie o tych działach szybko skojarzycie najważniejsze nawiązania, które przemycono w recenzowanym tytule.


Luigi's Mansion to jedna z tych nielicznych produkcji, gdzie młodszy z braci ma wreszcie okazję zabłysnąć. Nie mogę odmówić twórcom ciekawych rozwiązań, które nie raz wyciągnęły mnie ze strefy komfortu i nakazały trochę pokombinować z zadaniami.

W trakcie eksplorowania opuszczonej rezydencji można jak w każdym znanym dziele spotkać się z prowadzeniem za rękę. Zważając na to, że sporo będzie backtrackingu jest to środek łagodzący i pomagający przyspieszyć nie przemyślane rozwiązanie. Zaobserwowałem również skrajnie inne podejście.

Devowie doszli do jeszcze jednego wniosku, że gracz ma sam się domyśleć, gdzie szukać dalej. Mógłbym jeszcze zrozumieć, że dali wskazówki, czy inne sugestie, a tak szukaj wiatru w polu.


W takich chwilach trzeba dosłownie przeszukać wszystko licząc, że się trafi, gdzie trzeba. W tamtym momencie zastanawiałem się, czy to nie przypadkiem przygotówka się włączyła. Oprócz tego typu atrakcji czeka cała rzesza duchów. Początek jest prosty, bo zwykły błysk lampą niczym Alane Wake i po sprawie.

Dalej zaczęło się robić znacznie ciekawiej im głębiej w budynek tym więcej było tego tałatajstwa. Musicie wiedzieć, że to w sumie oni są głównym daniem. Wraz z odblokowaniem się kolejnych pokojów, a jest ich trochę pojawiają się coraz to ciekawsi oponenci.

Ci zwyczajni, że tak ich nazwę, charakteryzowali się własnym stylem podobnie mają ich groźniejsi pobratymcy. Jestem gotów stwierdzić, że inspirację czerpano z Pac-Mana. Doszło do takiego momentu, że zacząłem się doszukiwać w tym inspiracji z pokemonów. Część misji wymagała wykorzystania poszczególnych żywiołów.


W późniejszej części odszedli od tej koncepcji co koniec, końców było słusznym posunięciem. Lecz najbardziej irytujący byli Boos. Te dobrze wszystkim znane zmory jako jedyne miały tendencję do uciekania przez ściany, co wiązało się z paruminutową, a może nieco krótszą gonitwą. Początkowo jest to nawet zabawne, bo oprócz tej przebieżki dostaje się możliwość zapisania stanu rozgrywki.

Szybko się zacznie to doceniać, bo oprócz nich tylko Toadowie oferują podobną opcję. Każde przegrana jest równoznaczna z utratą tego co się zdołało osiągnąć. Sama powtarzalność nie skłania w takim wypadku do nadrabiania strat, nie sądzicie?

Jednak takim crème de la crème są bossowie. Samo dmuchanie i chuchanie nic nie da i w tym pies jest pogrzebany. Podobnie jak z szukaniem Boo wykorzystuje się GameBoy Horror tak i tu trzeba po niego sięgnąć, aby dowiedzieć się jaką ma słabość oponent. Takiej informacji się wprost nie dostanie. Wpierw zagadkę przeczytać należy, a potem odnaleźć odpowiedź.


Parę razy faktycznie się zastanawiałem o sens gry słów jakie czytam, a odpowiedź zawsze była gdzieś pod ręką. Niekiedy wystarczyło wykorzystać tą najprostszą, a niekiedy stoczyć pełnoprawną walkę. Czy wypadło jedno, czy drugie nudzić się nie było sposób. Nawet miałem swoich faworytów. Zaczynając od pianistki, która odpytała z znajomości z serii gier z Mario, a kończąc na osiłku, którego trzeba było załatwić na siłowni.

Wszystko to jest okraszone wodnista fabułą, która jest jedynie pretekstem do przejścia pod każdym korytarzu. Lugi ponownie szuka brata, który gdzieś zaginał. Sam finał natomiast to pokaz tego jak fizyka w grze jakoś szczególnie dobrze nie działa i hitboxy potrafią nie zareagować. 

Jednak w przed ostatniej walce, gdzie przyszło mi się zmierzyć ze cała plejadą przekonałem się, że skipowane monstra z korytarzy mogą nie mieć wystarczającej pauzy, aby dało się je wessać do Potergaist 3000.


Generalnie w Luigi's Mansion jest wiele ciekawych rozwiązań, których się nie spodziewałem. Będąc tak zaskakiwany zrozumiałem jaki zmarnowano potencjał. Grafika również jak na swoje czasy błyszczała w stosunku do tego co można było zobaczyć na Nintendo 64. Jednak ciągła powtarzalność i zwiedzanie tych samych miejsc sprawiało, że ma się dość.

Na koniec po przejściu całości pojawia się coś w rodzaju Nowa gra plus z wyższym poziomem trudności. Fani będą zadowoleni, a reszta zapewne odłoży na półkę i zapomni, że to istniało.

W ramach ciekawostki dodam, że w łazience w której znaleźć można Toada i w pokoju do którego trzeba wejść na Mikołaja znajduje się obraz Venusaura. Kolejną istotną podpowiedzią będzie zejście do piwnicy. W pomieszczaniu po lewej jest regał, który odnawia sto procent życia, za każdym razem.

Czy warto zagrać w Luigi's Mansion? Tylko jeśli jesteście ciekawi tego co oferują bossowie w innym wypadku zostawcie to na sezon ogórkowy. Ocena końcowa 6.5/10.

Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie