• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Recenzja Maou Gakuin no Futekigousha

 Halo, halo? Słychać mnie? Co jestem na antenie? Super! Jedziemy z tym show!

Tworzenie anime z koksem, czy też op (over power) bohaterem jest podobno trudne, a na dłuższą metę nudne. Czy, aby na pewno tak jest?

Osobiście uważam, że tak nie i zadam osobą tak twierdzącym takie oto pytanie. Model od zera do bohatera to jeden z najczęściej używanych schematów. Czy związku z tym nie jest to błędna na dzień dobry tworzenia kolejnej serii na takim wzorze?  

Zgodnie z świecką tradycją tego bloga podsyłam wam kolejne anime wartę obejrzenia. Podobnie jak poprzednie miało i ono premierę w tym roku.

Maou Gakuin no Futekigousha: Shijou Saikyou no Maou no Shiso, Tensei Shite Shison-tachi no Gakkou e Kayou będzie tematem tego tekstu. Rany, nie dało się wymyśleć dłuższego tytułu?

Najpierw zarys taki z grubsza. Protagonista jest tak potężny, że spuszcza lanie każdemu przeciwnikowi, no prawie z jednym miał minimalne problemy. Teoretycznie taka koncepcja jest nudna, bo wiadomo, że wygra. Ale, no właśnie, ale dzięki temu twórcy mogą uniknąć czegoś gorszego.

Mowa tu o bezmyślnym zwycięstwie sił dobra. Nie oszukujmy się zło musi przegrać, bo tak jest przyjęte. Najgorzej jest jak się nie przyłożą i zrobią to na odczepnego lub na poziomie co najwyżej zadawalającym. (Patrz: Death Note)

W takiej sytuacji lepiej od razu stawić na coś bardziej świeżego, na swój sposób. Główny bohater z przesadzonymi umiejętnościami bojowymi wbrew pozorom nie jest banalny. Zaryzykuję stwierdzeniem, że otwiera nowe możliwości.

Zamiast marnować czas na rozwój jego umiejętności, co będzie się ciągnęło przez pierwszy sezon można przeskoczyć od razu do samego finału, gdzie będzie miotał uber atakami. W przypadku Maou Gakuin no Futekigousha dostajemy to już na samym początku.

Protagonistą jest Demoniczny Król Tyrani Voldigoad Anos. Jakoś nie zabrzmiało to pozytywnie. No, ale wbrew pozorom jest to bardzo barwna postać, która pragnie pokoju. Naprawdę przewrotne podejście.

Koła nie da się wymyśleć od nowa i tak tu jest. Anos – kun to typowy lider, który pragnie wziąć na siebie całą odpowiedzialność. Niekiedy miałem wrażenie, że cierpi na kompleks mesjasza.

W całej fabule ciekawe jest to, że niema widocznego antagonisty z którym miałby walczyć główny bohater. Nie zmienia to jednak faktu, że rolę złola przyjęły frakcje występujące w tym anime.

Świat dzieli się na demony, ludzi i pozostałych. Wśród tych pierwszych mamy podział na rodzinne królewska i hybrydy. Twórcy podeszli do tego klasycznie szlachta uważa się za lepszych i muszą to pokazywać na każdym kroku.

Początkowo to oni właśnie są „chłopcami do bicia”. W każdym jednym odcinku mamy zachowany pewien schemat, który ma pokazać kto jest górą. Sytuacja się nie zmienia, gdy na scenę wychodzą ludzie.

Swoją drogą to oni nawet ukazani są w gorszym świetle. Nie zabraknie przebitek z szczęśliwym społeczeństwem. Przedstawiciele ich czyli rzekome hmm, reinkarnacje bohatera Kanona to wpisz wymaluj psychopaci i kandydaci na prawdziwych władców ciemności.

Nie dało się tego dosadniej pokazać. Wszystko to jeszcze bardziej podkreśla fakt, że używają świętej magii. Zabieg naprawdę dobry. Ci co powinni być tymi dobrymi z urzędu są zepsuci, bo tak lub mieli pranie mózgu, a klasyczne stronnictwo zła jest nawet normalne.

Nie biorę tutaj strony tak zwanych „demonów”, ale ich społeczność wydaje się być bardziej ustabilizowana. Mimo ukazania podziału na kasty. Wydarzenia  w Maou Gakuin no Futekigousha są do bólu przewidywalne.

Lecz nie chodzi tu oto, aby zgadywać co się stanie, ale o to w jaki sposób Anos – kun rozprawi się z wrogiem. Przyznam, że robi to naprawdę stylowo i nawet jak ktoś zajdzie mu za skórę to pokazuję, że nie jest „maszyną do zabijania”.

Niszczy wroga w taki sposób, aby zabolało go najbardziej, co nie wiąże się jednoznacznie z unicestwieniem. Można być o wiele bardziej kreatywnym w tej dziedzinie.

Anime to jest skierowane do męskiej publiki, nie oszukujmy się. Z tego też powodu nie mogło zabraknąć ważnego elementu, który to podkreśla, haremu, czy też „Związku fanów Anosa”.

W ogóle nie wiem, po co o tym wspominam. Motyw tak zwanego harem i tak bardziej ogranicza się na bliźniaczki, które będą mu cały czas towarzyszyć. Chyba niebyłym sobą jakbym o tym nie napisał.

Na sam koniec o paru absurdach. O ile można to tak nazwać, kto wie. W uniwersum Maou Gakuin no Futekigousha występują dwaj potężni wojownicy Król Tyrani i tak zwany bohater Kanon. Protagonista wielokrotnie powtarzał, że jego „nemezis” zawsze wraca nieważne jak często zostanie zabity.

Trzeba zwrócić też uwagę na to, że wielokrotnie podkreśla siłę swojego przeciwnika, czyli nie jest byle kto. Gdzie w takim razie leży pies pogrzebany?

Wszystko to jest logiczne, prawda? Przyjmijmy, że tak w końcu to świat fantazy. W takim przypadku jakim cudem zwykłe zasztyletowanie mogło zrobić mu krzywdę? Kji z tym! Skoro wiedziano o tym, że i tak zmartwychwstanie to pokiego grzyba to zrobiono?


Zamkniecie go po wsze czasy jest o wiele lepszym rozwiązaniem, aby go się pozbyć. A społeczeństwu wcisnąć jakąś bajeczkę o jego śmierci na polu chwały.

Baboli tego typu jest jeszcze trochę. Na szczęście są to drobne naciągnięcia zasad jaki sami sobie narzucili. Więcej błędów nie pamiętam daje tej serii mocne 8.5/10.

Share:

Recenzja Ring Fit Adventure

Zaraza trwa w najlepsze, a czerwona strefa coraz bardziej się rozszerza. Oznacza to, że mamy coraz większe ograniczenia. Tylko jak sobie z nimi poradzić?

Dwa miesiące temu zaopatrzyłem się w Ring Fit Adventure na Nintendo Switch. Jak nie trudno się domyśleć jest to gra fitness, która ma za zadanie dać nam możliwość solidnie poćwiczyć.


Tak, jeszcze słowem wstępu. Niełatwo było to kupić, bo ludzie o dziwo zamawiali masowo. Część dla siebie, ale nie zabrakło też januszy biznesu, którzy windowali ceny. Mnie udało się niewiele przepłacić.

No dobrze, wracajmy teraz do sedna tego tekstu. Czyli na czym dokładnie gra polega i jaki daje skutek. Początkowo byłem ciut sceptycznie nastawiony do tego typu treningów. Bo niby jak gra z kontrolerami ruchowymi może coś zdziałać?

Otóż może i to bardzo! Na samym początku trzeba oswoić się z sterowaniem, pardon używania ring fit’a. Nie jest to skomplikowane, a nieco upierdliwe. Szybko jednak można się do tego przyzwyczaić i przejść do samych ćwiczeń.

Początkowo wybiera się jeden z czterech poziomów trudności. Mimo faktu, że preferuje siedzący tryb życia (jak każdy gracz) to wybrałem przedostatni. Następnie zacząłem kampanie do której dołożono fabułę. Banalna, co prawda, ale widziałem już gorsze. Szybko zauważycie podobieństwo z produkcjami z hydraulikiem w roli głównej.

Każdy świat to szereg poziomów, które odwiedza się określonej kolejności. Dochodzą do tego zadania poboczne,  jakie można wykonywać w „mieście”. Po przejściu pierwszej krainy  z bossem na samym końcu czułem jak spływają ze mnie siódme poty.

Każdy kolejny lv wygląda tak samo, no ok., rozgrywają się tam inne wydarzenia i poznajemy nowych bohaterów. Najciekawsi są z nich mistrzowie, którzy „narzucają” określone ćwiczenia.

Mamy mistrza rąk, brzucha, czy babcie od jogi. Oczywiście nie trzeba trzymać się zaleceń i można samemu dobrać interesujące nas aktywności. Warto zaznaczyć, że są one czytelnie podzielone pod kątem budowy ciała.

Skoro jestem przy segregacji Ring Fit Adventure zawiera elementy rpg, a mowa tu o drzewku umiejętności w którym odblokowuje się nowe ćwiczenia i pasywki. Mało tego w sieci sklepów możemy dokupować zbroje, ciuchy znaczy się. Element ten jest czysto kosmetyczny, co to, to nie.

Naszego wyposażenie posiada statystyki , a jakże! Zmiany w ekwipunku będą się dokonywać często. Itemy, które są zbędne można w tym samym punkcie sprzedać. Zaprawdę, czuć tą roleplay’ową nutę.

Wraz z przejściem na wyższe poziomy wchodzą do akcji napoje odżywcze, można je porównać do potków regenerujących HP i MP. Dodam, że inne bonusy też występują np. dodatkowa runda lub wzmocniona obrona.

Wspominałem wyżej o aktywnościach pobocznych. Oprócz misji głównych twórcy zadbali, o mini gry. Tutaj też mnie zaskoczyli (coś nadużywam tego zwrotu). Wybór jest dość spory, a każda z gierek jest naprawdę ciekawie zaprojektowana.

No dobrze, a co dalej? Wraz z postępami odblokowują się nowe ćwiczenia, które cały czas wciskają z nas wszystkie siły. No trochę przesadziłem, ale niektóre są niezbalansowane i zdają bardzo duże obrażenia. Z tego też powodu po jakimś czasie możecie mieć wrażenie, że już nabraliście sporej kondycji, ale możecie trafić na coś co przekroczy wasze możliwości.


Sama gra reguluje natężenie danej aktywności pod względem długości i szybkości. Robi to powiedzmy z grubsza. O ile jest wszystko ok., jeśli daną partie ciała mamy w miarę wyćwiczone lub też nie wymaga sporej siły.

Dobrym kontrastem są ćwiczenia rąk i nóg. O ile te pierwsze wymagają rozciągnięć, wciskania itp. to na nogi sporo mamy przysiado - podobnych aktywności fizycznych wymagających udźwigu własnego ciała, a mowa tu o średnio 80 kg. Zrobienie serii 36 lub więcej jest wtedy wyzwaniem.

Przejdźmy teraz do pozostałych trybów. RFA nie kończ się wraz z zakończeniem kampanii fabularnej. Grę skończycie dopiero wtedy jak na hard'zie przejdziecie wszystkie treningi z rangą S bez zmęczenia.

W ramach „przerwy” od głównej przygody możecie wybrać pozostałe tryby. Szybka gra to przygotowane zestawy gimnastyczne na poszczególne aktywności fizyczne. Jeśli sądziliście, że na taki brzuch to tylko robi się brzuszki, czy inne nożyce to zobaczycie, że jogę też się tam znajdzie.

Jeśli jednak zapragniecie wyzwania to też je dostaniecie w zakładce simple, gdzie będzie można bić rekordy w poszczególnych ćwiczeniach na ramiona, nogi, uda itp. Tym co spodobały się mini gry to tutaj dostaną dostęp do nich wszystkich

Wybaczycie fakt, że nie opisuje, czy też ocenie reszty, bo i sensu to by nie miało. Mogę za to zapewnić, że przy każdym będziecie się dobrze bawić. W kolejnym trybie custom możemy układać całą listę waszego treningu zgodnie z indywidualnymi potrzebami.

Na przed ostatnim miejscu znajdują się gry rytmiczne. Tutaj już mamy całkiem inną bajkę. Nie są to co prawda zwykłe aktywności, ale dają naprawdę popalić. Spróbujcie zaliczyć przebój z Mario Odyssey, a zrozumiecie, o co chodzi. Aby nie było zbyt monotonie podzielono ten dział tak, aby górna cześć i dolna mogły się rozciągnąć.

A teraz przyszła pora wszystko to co zapomniałem lub nie pasowało wyżej. W czasie zmagań kampanii napotkamy na potwory, które mają różne umiejętności np. podbiją obronę lub leczą.

Nie zabraknie też takich, co osłabiają określone ataki. Na sam koniec wspomnę o wadach, co prawda małych, lecz nie kończą się tylko na tych co już opisałem. Kontrolery nie raz miały laga i z pewnym opóźnieniem przekazywały do konsoli informacje o wykonywanej czynności. Konsekwencją tego było błędnie naliczana punktów lub odczytana pozycja.

No, a jak o tym mowa. Przed rozpoczęciem poszczególności aktywności trzeba przyjąć odpowiednią pozycję. Zazwyczaj wszystko zaliczyć można na poziomie zadawalającym. Nie jest to jednak regułą, bo wiele razy trzeba było przebrać nie odpowiednią pozę, aby rozpocząć.

Śmieszne jest to, że potem gra nie odczytuje czy wracamy to pozycji startowej, możecie robić jak chcecie. Przykładowo zamiast przysiadu, wystarczy machać samą nogą w górę i dół. Podobnych „kodów” jest znacznie więcej.

Podsumowując. Gra mimo swojej ceny 430 zł stan na lipiec 2020 r. to opłacalna inwestycja. Dzięki Ring Fit Adventure schudłem, a do tego nabrałem kondycji, która mogę cały czas zwiększać. Z całą pewnością mogę stwierdzić, że spędzę z grą jeszcze wiele godzin. Moja ocena 10/10.

  

Share:

Recenzja Monster Musume no Oishasan

Obiecana, a może nie… No nieważne, mamy niedziele i przychodzę do was ciekawą propozycją do obejrzenia. Pozytywnej energii nigdy nie za dużo, dlatego mam dla was coś wyjątkowego. Prawda Onee-chan?

 Monster Musume no Oishasan to kolejna komedia przy której naprawdę da się dobrze bawić, chyba że jesteście zbyt przewrażliwieni jak pokaże się co nieco. No żartuję, elementy ecchi są tu dość ograniczone.

Niema co się spodziewać jakiś szczególnych scen, ale za to większy nacisk nałożona na stereotypy, czy też schematy. Główny bohater jest, a jakże Casanova nieświadomym. Hmm, a może to te panienki są tak kochliwe?

Trudno powiedzieć. Tak jak pisałem wyżej twórcy przerobili tu klasyczne wzorce, które muszą zawsze się pokazać. Podobnie jest z bohaterami. Dziwnym trafem mimo faktu, że panie stanowią większość to i tak można podciągnąć tę serie do tak zwanie szumnie dyskryminujących płeć piękną.

Dobra, ostatnio coś mnie wzięło na docinkowe uwagi. Skupię wreszcie na konkretach, bo w końcu po to tu przyślijcie, prawda?

Litbeit Glenn jeden z dwójki protagonistów. Klasycznie ugrzeczniony do bólu chłopaczyna, który nie skrzywdzi nawet muchy. Podobnie jak inny jemu podobni „podrywa” wszystkie babeczki przypadkiem. 

Nie jest na szczęście tępakiem który odrzuca od samego początku. Można naprawdę go polubić za to jaki jest. Kontrastuje to bardzo ze wszystkimi sytuacjami, które definiują ten gatunek.

Główna linia fabularna krąży wokół medycznych przypadków którymi się zajmuje, a jego relacjami z Neikes Saphentite. Jak nie trudno się domyśleć jest ona w nim zakochana i tkwi w strefie przyjaźni (freandzone).

Generalnie wszystkie panie tam się znajdują. O ile w innych haremówkach jakoś się starają przeciągnąć jedynego chłopa na swoją stronę, tak tutaj są wyjątkowo bierne. Jedynie Saphentite jakoś to uzasadniła w sensowny sposób. Wątek ten nabiera rumieńców w ostatnim dwunastym odcinku.

Każdy epizod to w sumie wejście kolejnej członki fanklubu Glenn – sensei. W każdym z nich można zaobserwować subtelne relacje poszczególnych wielbicielek. Jeśli człowiek zastanowi nad tym to będzie w sumie współczuł doktorkowi. Bo wszystkie te panie ukazane w krzywym zwierciadle nic dobrego na przyszłość nie wróżą. Przykładowo cykopka Meme. Jest typową dandere.

Jest nieśmiała i zamknięta w sobie, a do tego wszędzie doszukuję się jakiegoś podstępu i bóg raczy wiedzieć czego. Oczywiście jest pracowita i potrafi się angażować. Na dłuższą metę mogłoby wyniknąć coś nieciekawego z takich zachować. Kolejną osobą która bardzo wyróżnia się jest nikt inny jak asystentka Glenn – kun. Jej ataki zazdrości obawiające się duszeniem go są prostą drogą do wcześniejszego zgonu.

Zdaję sobie sprawę, że są to typowe zachowania w anime, ale postarajcie się odsunąć to na bok i spojrzeć nieco inaczej. Na szczęście pozostałe fanki nie są już aż tak straszne. Co nie znaczy, że lepiej może na tym wyjść.

Podsumowując, akcja rozwija się równomiernym tempem, które cały czas utrzymuje uwagę. W trakcie pierwszego sezonu pojawiają się też nie szablonowe postacie takie jak Arachnida Arahnia, kleptomanka, artystka i zakręcona na punkcie posiadania tego co jej przyjaciele. Nie raz zaserwuje jakieś ciekawe uwagi i pokaże, że niemożna jej od tak zaszufladkować.

Jeśli miałbym coś wytknąć to oszczędności nad tłami. W ich skład wchodzą nieruchome domy jak i mieszkańcy miasta. Kłuje to w oczy, lecz dopiero wtedy jak się oderwie od fabuły i zacznie zwracać uwagę na wszystko wokół.

Generalnie Monster Musume no Oishasan jest udaną produkcją z którą warto się zapoznać. Nie będzie to strata czasu. Jestem pewien, że będziecie się dobrze bawić! 

Share:

Recenzja retro Enter the Matrix

Skończyłem ogrywać Enter the Matrix wydanej na PS2, PC, XBOX i oczywiście GameCube. Powiem wam, że przeskoczyłem szybciej niż Neo za swoim pierwszy razem.

Pamiętam jak dziś do kin wchodzi pierwsza część trylogii Matrixa. Szał ciał, efekty z nie tej ziemi. Wszyscy, a przynajmniej większość była zachwycona filmem. Nie trzeba być geniuszem żeby się domyśleć faktu, że przeniosą uniwersum tak kochane z srebrnego ekranu na monitory i telewizory w postaci gier wideo.

Starsi gracze na pewno pamiętają program Hayper, który leciał tak od ok. 21 godz. Tam pierwszy raz usłyszałem właśnie o grach z Neo w roli głównej. Z tamtego czasu zapamiętałem, że jest to dno.

Mimo wszystko nie byłem tym zrażony zwłaszcza, że nie pamiętałem, która to była cześć (śmiech). Recenzowaną produkcję ogrywałem na PS2, którą kupiłem w tym roku. Marzenie z dzieciństwa się spełniło (JEEJ).

Zacznę od tego co mnie zaskoczyło pozytywnie i negatywnie. Zacznę od wad, bo wiecie nie lubię się znęcać. Jedynymi błędami na jakie trafiłem były zbagowane cienie, drgające obiekty na poszczególnych lokacjach. Był to chleb powszedni. Nie razi to bardzo w oczy, ale nie da się ukryć, że okaleczają one tą grę.

Trafiłem nawet na takie niedociągnięcie które mi się bardzo skojarzyło z Assasinem. Chodzi tu, a jakże o lewitujące ciała Npc zamiast irytować to bardziej bawiły na swój sposób. Skoro już piszę o śmiesznych rzeczach. Jak biegają postacie w grach każdy widzi. Płynny ruch i animacje, które nie rzucają się w oczy, bo to standardowy widok.

Tutaj kopara opadała. Tak komicznego widoku nic nie przebije! Tak sądziłem do momentu dojścia do pierwszej drabiny… Wszystko to nabiera rąk i nóg jak włączy się slow motion. Wtedy zaczyna się magia.

Gdy zacząłem testować możliwości Niobe wszystko się zmieniło o 180 stopni. Zależnie od wybranych kombinacji klawiszowy ataki odczuwalnie się zmieniają. Zaznaczę, że trzymana broń wpłynie na finiszer.

Warto, ale to naprawdę warto przetestować wszystkie akrobatyczne numery jakie dano graczowi do dyspozycji. Jedyne, czego zabrakło to omijanie kul jak Neo, ale cóż poradzić wybraniec jest tylko jeden.

Natomiast kampanie mamy dwa, no prawie, ale o tym napiszę później. Generalnie gameplay dzieli się na ten w którym mogłem obijać wszystkich ręcznie, a tym w którym przemawiały pociski.

Nie zabrakło też najważniejszych kanonicznych scen jak np. pościg na autostradzie. Były to wyjątki, gdzie można było pojeździć autem. Misji za kierownicą było kilka i model jazdy jest w porządku 100% zręcznościowy plus syndrom klejących się radiowozów z Drivera.

Nie zabrakło jeszcze jednej odskoczni o ile można to tak nazwać. Shiny Entertainment wyraźnie się zainspirował ucieczką Trinity, bo i parę razy musiałem dać dyla przed agentami. Jedną trudnością jaką te poziomy sprawiały były ukryte odstępy między budynkami, których nie spodziewałem się w losowo rozrzuconych miejscach. Jeśli komuś było mało niebyły widoczne.  

Drugim ważnym wątkiem dotyczącym samej rozgrywki jest strzelanie. Generalnie mamy mix hitscana, a manualne celowaniem gdy cel stoi niżej lub sporo wyżej. Efekty dźwiękowe są generalnie w porządku i jest odczuwalny odrzut. 

Dodam tylko dla formalności, że na dwóch misjach trzeba trochę pomęczyć się manualnie i to jest masakra. Raz, że klawiszologia jest ciut specyficzna i to naprawdę czuć. W takich momentach człowiek wie, że się sięgnęło po tytuł sprzed 17 lat.

To co w sumie najlepiej wszyło to przerywniki. Te które zrobiono na silniku wciąż są dobre, ale istotniejsze są cinematiki zagrane przez aktorów z filmu. Jest to gratka dla miłośników trylogii. Powiem tylko, że zobaczycie tam znajome twarze i sytuacje.

Teraz powinienem napisać co nieco o Ghost. Jego kampania to w sumie przemiał tego co już widziałem grając Niobe. Kultowym przykładem są misje pościgowe. Zamieniamy się miejscami i zamiast kierować strzelamy. Natomiast tam gdzie nasza agentka działa sama wcielamy się w Duszka.

Nie zabraknie też oryginalnych misji, które nie będą się powtarzać i to jest spoko. W innym wypadku nazwałbym to jedynie chwytem marketingowym, który jedynie mamiłby klientów większą liczbą godzin do ogrania.

Na sam koniec zostawiłem sobie fabułę. Wszystko rozgrywa się między tajemniczą przesyłką, a ostatecznym rozliczeniem z ludzkością. Przez stosunkowy średni poziom trudności, miałem czas zastanowić się czemu, ale to czemu noszą oni okulary przeciwsłoneczne w nocy, czy kanałach.

Absurdalnych pytań miałem więcej. Chociażby, czemu Axel wygląda jak wyjęty z grobu. (blady jak diabli). Na takim Xbox Classic wygląda normalnie. Tego typu głupich pytań mam więcej, ale nie będę cytować więcej. (śmiech)

Podsumujmy. Enter the Matrix ma potencjał, który nie został wykorzystany. Devom zabrakło czasu i widać to na armii klonów w przerywnikach wyrenderowanych. Na szczęście trzon rozgrywki jest na tyle solidny, że możecie spokojnie sięgnąć po grę. Natomiast liczba zapisów jest na tyle duża, że da się przeboleć co niektóre niedociągnięcia.

Share:

Recenzja Uzaki-chan wa Asobitai!

Weekend na bogato. Wczoraj mieliście postapo z górnej półki, a dziś będzie promieniowanie humorem. Nie  przedłużajmy dłużej do dzieła senpai.

Jak bywałem na konwentach, znaczy się festiwalach Sabatu Filuś zawsze pytał kto ogląda lub obejrzał serie z bieżącego sezonu. Nie ukrywam, że się nie zgłaszałem, bo odrabiałem zaległości z poprzednich lat. Jednak w ciągu minionych wakacji zacząłem śledzić kilka anime z sezony letniego.


Traf chciał, że trafiłem na informację o „kontrowersyjnej” produkcji, które wywołuje ból dupy u feministek. Wiedziałem, że będzie to hit. ;3

Uzaki-chan wa Asobitai! W wolnym tłumaczeniu Uzaki – chan chcę spędzić z tobą czas! Jest to komedia obyczajowa, no ok., romantyczna też. Tak od biedy, bo to co tam dołożyli jest jedynie jak dla mnie przykrywką. Ewentualnie może być spinaczem miejącym złączyć wszystko w całość.

Zaczynam czwarty akapit, a dalej nic o co ta burza. Główna bohaterka Uzaki Hana to… Legalna lolitka, a ujmując rzecz jaśniej kurdupel z dużymi oppai. To tak jakby natura nie mogła poskąpić wzrostu, a za to gdzie indziej dołożyć tego co mama w genach dała.

Jak już wiecie co i jak to pewnie myślicie, oho kolejne ecchi. Z jednej strony tak, a z drugiej tak nie do końca. W pewnym sensie można podciągnąć ten tytuł pod ten gatunek, wróć to jest przeciwieństwo tego.

Lecz weźmy sprawy krok, po kroku. Pierwszy sezon to czysta komedia niskich lotów z paroma mementami, które mógłby się znaleźć w okruchach życia. Fabuła opowiada o wspomnianej wyżej Hana – chan i Sakurai – kun.

Większość akcji opiera się na tym jak Uzaki – san nabija się ze swojego senpai. Sam humor może można zaliczyć do przyjemnych. Jednakowoż to mowa ciała, nie mówiąc o minach małego liliputa jak mówi o niej Sakurai sprawiają, że chce się oglądać dalej.

W pierwszej połowie serii Hana pokazuję, że jest złotousta. Nie chodzi mi teraz o jej subtelne uwagi, ale sposób w jaki informuję o pewnych faktach. Prawdziwe mistrzostwo, spadałem z krzesła raz za razem śmiejąc się głośno i chcąc jeszcze więcej.

W taj całej beczce podśmiechujek, bo inaczej nazwać tego się nie da jest ukryty niezdarnie wątek miłosny. Uzaki podkochuje się w swoim senpai, tylko jest jedno mały problem. Ona cały czas go zrażą do siebie.

Oczywiście jak to w anime i komedii wszystko to trzyma się kupy i główni bohaterowie się trzymają razem. Co w realu nie miałoby racji bytu. A teraz drodzy czytelnicy proszę spojrzeć na prawo. Nie to prawo, moje prawo baka!

Nasze pampuszki nierozłączki są niczym aktorzy na scenie. Mają oni też swoją publikę, która bardzo jest spragniona wiedzy na temat „pikantnych szczegółów” z ich życia. Chodzi tu o szefa kawiarni u którego pracują i jego córkę Ami  (prawdziwa fetyszystka). 

W momencie kiedy oni wchodzą do akcji zaczyna się prawdziwa magia. Z pozoru ułożeni zaczynają prawdziwe show. W tym momencie muszę zauważyć, że mimo tendencji do przesady to tutaj przesunięto granice jeszcze bardziej.

Żeby nie było zbyt „smutno” dołożono na doczepkę jeszcze jedną postać. Sakaki Itsuhito to bohater niby drugoplanowy, ale tak naprawdę epizodyczny. Taki na doczepkę tylko po to, aby pewien dowcipy nabrały mocy.

Nie jest on jakoś męczący, ale czuć, ż dodano go na siłę w wyżej wymienionym celu. Trochę przykre, bo dobrze go napisano i mógłby dostać więcej czasu antenowego. Na sam koniec wyciągnę czarnego konia Uzaki-chan wa Asobitai! Hmm, a może klacz? Pani Uzaki mama Hany to prawdziwy as, który kradnie całą uwagę i nie puszcza. Bez skojarzeń ;p

Czterdziestoletnia kobieta uwielbiająca telenowele i przeżywające je do tego stopnia, że mogą wyniknąć z tego eee, ciekawe sytuacje. Nie chcę wam psuć zabawy i gorąco polecam to anime. Zwłaszcza teraz jak już jest całe dostępne.

Na sam koniec mam parę krytycznych uwag. O ile ecchi mi nie przeszkadza wcale, bo niby czemu to wstawianie tego na siłę już tak. Umieszczanie tak zwanych dwuznacznych sytuacji na mus jest po prostu niesmaczne.


W paru momentach wiedziałem do czego mierzą, ale za grosz komicznego wyrazu tego nie nabrało, bo widać było na dzień dobry, że to fake. No, a tak poza tym wszystko naprawdę błyszczało łącznie ze wstawkami z kotem, który swoim zachowaniem mówił więcej niż tysiąc słów.

Podsumowując Uzaki-chan wa Asobitai! To naprawdę świetne anime, które przypadnie do gustu większości z was. Nie szukacie tu jakiejś głębi, a jedynie relaksu i świetnych sytacji. Seria ta wyróżnia się jeszcze tym, że bohaterowie są dorośli, a najczęściej to są nastolatkowie. No i co równie ważne mamy czynny udział rodziców, co należy też podkreślić jako odejście od reguły.     


Share:

Recenzja Metro Exodus

 Ostatnio mam szczęście trafiać na dobre produkcję. Zaglądając na bloga można mieć nieco inne wrażenia patrząc na wpisy z dlc do Fallouta.

Po przygodach w Indiach przyszła pora, aby ponownie ruszyć na pustkowia. Tym razem nie będą już to tereny Stanów, a naszego sąsiada Rosji. Musicie wiedzieć towarzysze, co jak co, ale postapo to oni mają o niebo lepsze niż ci cuchnący kapitaliści.


Żarty na bok. No z wyjątkiem faktów, że 4A Games mimo skromniejszego budżetu zrobiło o wiele lepszą grę. Czapki z głów. Zapytacie, ale co robią lepiej? Zacznijmy od tego, że Metro Exodus odwzorowuje świat bardzo, ale to bardzo wiernie.

Nie doświadczyłem tam, żadnej pseudo twórczej koncepcji zmieszanej z teoretycznie istniejącą architekturą. Jeśli scenariusz III wojny światowej by się spełnił to jestem przekonany, że świat wyglądał by tak jak pokazano to w ME. Oczywiście nie było tam potworów potocznie zwanych mutantami.


Lokacje w Metro Exodus są znacznie mniejsze, co pozwoliło na wypełnienie ich po brzegi zawartością. Każdemu, nawet mnie, udzielił się syndrom eksploratora. Czyszczenie map na maksa jest czymś tak oczywistym, że aż się zdziwię, że ktoś tego nie zrobił tego odruchowo.

Kampania jest dość krótka, bo zaledwie 15 godz. grania. Problemem nie jest czas sam w sobie, a to, że ma się ochotę na jeszcze więcej. Czuję, że wykupię dlc (patrzy na pusty portfel).

Każda misja to inny świat z własną historią. Raz trafimy na sektę amiszową, a innym razem trafi się na dno piekła i to dosłownie. Piękno i obrzydzenie przeplata się na każdym kroku. Nie raz można się zatrzymać w jakimś punkcie widokowym lub pomieszczeniu i podziwiać niesamowite detale.

Dodam, że to nie wszystko ma się rozumieć. Rozgrywka jest naprawdę krwista, ale lepiej nie być zbyt żądnym mordu. Doszedłem do momentu, który zainteresuje większość z was. Walka jest naprawdę satysfakcjonująca.

Dostałem dużą liczbę broni do wyboru. Każda daję inny efekt i to da się odczuć co bardzo mnie cieszy. Mało tego przerabianie splów i czyszczenie ich szybko weszło mi w nawyk. Dlatego zaprzyjaźniłem się z warsztatem błyskawicznie.

Zmiana części w broni palnej jest naprawdę sprytnie zaprojektowane. Przykładowo z zwykłego rewolweru można zrobić snajperkę itp. Generalnie, rzecz biorąc warto zbierać wszystko co się da, aby w czasie starć z mutantami lub bandytami  wyjść cało.


A skoro o nich mowa. Za dnia miałem mieć więcej czujnych ludzi, a za to zwierzyna będzie grzecznie spała. Mogę  się z tym połowicznie zgodzić. Raz udało mi się zaskoczyć latającego demona i władować mu całą serie w dupę.

Innym razem jak zmierzałem do jednego z punktów z misją fabularną nie mogłem się odpędzić od „gąbek” (potworów). Od razu dodam nie miało to styczności z wykonywanym q. Dopiero na poziomem łatwym można zauważyć subtelną różnicę dnia i nocy pod kątem liczby i rodzaju przeciwników.


Kolejną dość istotną sprawą jest pojemność magazynków. Byłem zaskoczony faktem jak mało można w nich pomieścić. Początkowo było to ok. 50 sztuk. Dopiero zmiana kombinezonu poprawiła tą sytuację.

Ciekawostką jest fakt, że w poprzednich częściach na poziomie średnim można było mieć ok. 200 amo. Pół biedy jak się walczyło z ludźmi, bo ci mieli swoje zasoby, gorzej jako to były moby. Jedyny wyjątek stanowi kusza. Bełty można wyciągać z truchła.

Dlatego tutaj ujawnia się drugie oblicze Metra. Skradanie się i cicha eliminacje. Taka zmiana taktyki to prawdziwy powrót do korzeni rodem z Tom Clancy's Splinter Cell. Posiadane przyrządy pomagają w określeniu, czy znajduje się w całkowitych ciemnościach lub świetle.

Warto jeszcze zaznaczyć na przykry skrypt jaki wprowadzili twórcy. Każdy przeciwnik zanim zdecyduję się zaatakować stoi jakieś parę sekund co umożliwia wbicia headshota. Trochę zbyteczne ułatwienie, ale co poradzić. Podobnie jest z "gąbkami".

 O ile walka z ludźmi nie zmienia się jak schodzi się z poziomem trudności to z mutantami już tak. Pierwsza rzecz to liczba ich. Od razu rzuci się w oczy, że jest ich mniej. Kolejną różnicą jest fakt, że zaczynają atakować na dystans. 

Co do cech łączących jest to, że zawsze na początku wystawiają się na odstrzał i jak wspominałem wyżej chłoną i to dość sporo amunicji.  

Przejdźmy teraz do fabuły. Tutaj też zachowano naprawdę wysoki poziom. Akcja ME zaczyna się w Moskwie, kończy na ziemi obiecanej. Można trochę to przyrównać do wędrówki Mojżesza.

W ciągu całej tej podróży poznamy lepiej każdego z Spartan. Mają oni naprawdę wiele do powiedzenia. Nie raz nie dwa, jak już chciałem zakończyć grę lub przejść do następnej misji, ale okazało się, że mają dużo, ale to dużo do opowiedzenia. W sumie każdy bohater towarzyszący jest gadułą.

Z jednej strony dobrze, a z drugiej obnaża problem z milczącym protagonistą. Nawet devowie robią sobie z tego jaja i podkreślają jaki on jest grzeczny i słucha zamiast drzeć mordę. Mnie osobiście to ani nie ziębi ani nie grzeje.


Jedynie odebrałem to jako cięcia w budżecie i próbę utworzenie lepszej możliwości wcielenia się w Artiemia. W czasie podróży będzie parę zwrotów akcji, których się nie spodziewacie ewentualnie zastanowicie coś tu nie gra.

Tak jak pisałem wcześniej każda mapa to inna historia z własnymi celami. Podobnie jak w stacjach metra społeczności żyjące tam są naprawdę niepowtarzalne. Nie da się ich pomylić, a do tego gdzie nigdzie trafi się na ciekawą osobistość.

Istotą rolę odgrywa sam pociąg Aurora. Momenty spędzone w tej strefie przejściowej wspominam najlepiej. Można się tam wyciszyć i praktycznie nie miałem ochoty stamtąd wychodzić.

W samej fabule nie zabraknie wątków rodem z klasyki literatury, gdzie musi wyjść na wierzch dramat lub ukazanie ważnych chwil wymagających odpowiednich decyzji. 

Przyszła teraz pora na wszystko to co nie pasowało wyżej lub zapomniałem. Z innych aktywności warto ratować napotkanych ludzi. Dzięki temu dostajemy bonusy i istotne informacje.  

Ostatnim wątkiem jest umieszczanie dużej liczby stert ze ludzkich zwłok. Gdy trafiłem na to raz za razem byłem pod wrażeniem jaki tworzyło to klimat. Potem długo nic… Znaczy się był to tu to tam szkielet lub coś innego. Lecz na końcu spamowali tym jak EA mikrotransakcjami.

Zamiast szoku, strachu, czy smutku to czułem obojętność wobec pozostałości zbrodni jakie miałem okazję ujrzeć.

Podsumowując. Metro Eksodus to naprawdę wybitne dzieło, w które powinien zagrać każdy miłośnik postapo. Mamy tu realistyczny świat wypełniony po brzegi w bogatą zawartość. Historia wciąga jak bagno. Walka jest naprawdę dopracowana. Jedynie czego można się czepić to kiepskiej animacji twarzy i błędów z fizyką. Ocena końcowa to nic innego jak 9/10.

Share:

Recenzja Ucharted 4: Zaginione dziedzictwo

 Krótka, czy długa gra? Odwieczne pytanie jakie zadają sobie gracze i twórcy. Z jednej strony dobrze by było, aby trwały jak najwięcej. Lecz, czasami miło jest zaliczyć coś na jednego strzała. 

Taką grą jest właśnie Ucharted: Zaginione dziedzictwo wydany jedynie na Ps4. Nie zapomnę pierwszych minut gry. To było, ba jest czymś w rodzaju tsunami wysokiej jakości oprawy graficznej.

Wszystkie szczegóły na budynkach, światła i odbicia w kałużach to była po prostu magia jaką mogli zrobić tylko ludzie z Naughty Dog. Warto jeszcze zauważyć jaką dbałość włożono w takie elementy jak mimika twarzy lub fakt, że jak jedna z bohaterek musi coś odłożyć to widać  jak to robi zamiast znikać w „nicości’.

Smaczków tego typu jest o wiele więcej, co nadaje pewnej wiarygodności. Oczywiście nie zabrakło baboli typu przenikające obiekty lub nadnaturalnych umiejętności postaci i śmiesznych błędów z fizyką.

Skoro zacząłem od formy, a nie treści to muszę zwrócić uwagę na inspirację lokacjami z Madagaskaru. Indie trochę je przypominały, a jedyna otwarta lokacja to już do bólu wyglądała tak samo jak w Kresie złodzieja.

Zaryzykuje i stwierdzę, że była nawet większa. Swoją drogą jak tam trafiłem to nawet się na chwilę zaciąłem, ale jak już znalazłem właściwy trop to poleciało już z płatka. Zanim przejdę do fabuły warto dodać, o dość już popularnym trybie fotograficznym, który jest już praktycznie standardem.


Co chwilę się zatrzymałem, aby podziwiać widoki. Nawet sami twórcy chcieli zaakcentować to i
Chloe znana z drugiej części serii cyka focie co jakiś czas. Jak dla mnie jest to najładniejsza produkcja 2020 r. jaką ograłem. No dobrze, a teraz o fabule.

Tutaj też zaliczyłem niespodziankę. Ani złą ani dobrą neutralną. Uncharted przyzwyczaiło mnie do tego, że zaczyna się od jakiejś sceny pełnej adrenaliny, a potem mamy cofnięcie do początku.

Tutaj nie było czegoś takiego. Nie znaczy to, że od razu jest nuda, bo kampania jest na to za krótka. Zajęło mi to jedyne 6 godzin na poziomie średnim. Głównymi protagonistkami jest wspomniana Chloe Frazer, i antagonistka z U4 Nadine Ross i jeszcze ktoś.


Nie będę psuł wam niespodzianki, bo jest naprawdę miła. Celem głównym jest jak zwykle starożytny zabytek, o sporej wartości. Standard, a do tego kolejny watażka chce, go zdobyć dla siebie.

Jak łatwo się domyśleć wiąże się to z walką z hordami najemników i na końcu z samym złowrogim przydupcem. Sama walka praktycznie niczym się nie różni od tego co znamy w podstawce. Choć jest pewien paradoks. Z jednej strony wrogowie stają się stosować różne taktyki z całkiem niezłym skutkiem, a z drugiej... No cóż, można im wisieć przed nosem i stwierdzą, że nic nie widzą. Taka ironia jak widać.

Przyjże się teraz relacją pań. No tutaj mamy coś w rodzaju od nie cierpię cię do moja najlepsza przyjaciółko. A gdzieś pośrodku będzie poruszanie ważnych spraw osobistych i ocean empatii itp.


Osobiście mnie to nie przeszkadzało, ale jak się na tym człowiek zastanowi, choć sekundę to widzi, że nie trzyma się to kupy. No, ale kto powiedział, że musi być, aż tak realistyczne. Na sam koniec co nieco o balansie akcji i eksploracji.

Mamy tutaj stanowczo więcej spokojnych momentów jak się zrobi analizę. Na szczęście nawet tego nie czuć. Liczba ciekawych rozmów między paniami, a nawet monologi samej ze sobą są na tyle przyjemne, że nie zwraca się uwagi na ich częste czasy antenowe.

Paradoksalnie ma to jeden duży plus! Sam finał dużo dzięki temu zyskuje. Włożono tam tyle kaskaderskich scen, że nie sposób oderwać oczu od tego co się dzieje na ekranie. W sumie bardzo dobrze. Nawet walka z bossem nie była tak upierdliwa jak w U4, co należy pochwalić.

Czy warto zagrać Ucharted: Zaginione dziedzictwo? Nie mam co do tego wątpliwości, że tak trzeba. Jest to naprawdę warta uwagi pozycja, która stanowi kropkę nad i tej serii. Ocena końcowa 9/10.

 

 

Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie