• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Recenzja The Testament of Sherlock Holmes (PC)

Zagadki, tajemnice i morderstwo w tle. Kto to zrobił i jaki miał motyw? Takie pytania najczęściej zadaje sobie śledczy starając się rozwiązać zagadkę. A co powiesz, jak to Ty okażesz się winnym?

 https://www.gamespot.com/the-testament-of-sherlock-holmes/
                                                                     
Testament Sherlocka Holmesa zadebiutował w 2012 r. na komputerach osobistych i konsolach siódmej generacji. Zapewne zdążyłem przyzwyczaić Was do tego, że zawsze zaczynam recenzję od omówienia fabuły. Tym razem pozwolę sobie zacząć od całkiem innej strony.

Zawsze myślałem, że Holmes jest znacznie starszy.
Przygodówki przyzwyczaiły nas do niskich wymagań jak i grafiki niskich lotów. Jeśli graliście w ostatnią część przygód słynnego detektywa, to wiecie już jak ta gra się prezentuje. Muszę jednak dodać, że na początku rzucą się Wam w oczy nieco rozmyte tekstury. Nie należy traktować tego jako wadę przy ocenie graficznej z tego powodu, że później nasze oczy skorygują to i wszytko będzie się prezentować jak należy. 

Generalnie TSH sprawuje się naprawdę dobrze, choć w jednym z przerywników zauważyłem spadek fps-ów. W kwestii innych wad natury technicznej widoczny był brak synchronizacji głosów aktorów z ruchem ust. Na szczęście czas ładowania się poszczególnych lokacji był dość krótki. Brakowało mi też rozwiązań dodanych w kolejnych częściach, jak np. możliwość analizy tropów w czasie ładowania gry.


Przez ten cały czas mną manipulował!
Rozgrywka zaprezentowana w grze to mieszanka tradycyjnych przygodówek, w których zbieramy przedmioty, z dość złożonymi łamigłówkami, które będą od nas wymagały nie tylko spostrzegawczości, czy szybkiego kojarzenia faktów, ale też logicznego myślenia. Powiem szczerze, że wcześniej grałem jedynie w dwie ostatnie części serii, które zasadniczo różnią się od TSH. W czasie kampanii zabrakło mi możliwości wskazania samemu, kto jest winny zbrodni. Mimo tego braku gra wynagradza nas niezwykłą fabułą i ciekawym zwrotem akcji. W czasie gry Holmes i Watson często nawiązują do poprzednich spraw. Dlatego zalecam zagranie wcześniej w Sherlock Holmes kontra Arsene Lupin. 

W czasie gry zobaczymy też błąd popełniony przez Frogwares. Na ścianie znajdziemy narzędzie zbrodni, która dopiero zostanie popełniona. W moich recenzjach dość często odnoszę się do osobowości bohaterów. Tutaj pojawiają się wyraziste postacie. Holmes jest człowiekiem, który jest przekonany o swojej nieomylności, co może niekiedy jest denerwujące, ale do zaakceptowania. Natomiast dr Watson jest ciągle podenerwowany z tego też powodu, że nie nadąża za tokiem rozumowania Holmesa, sam jednak nie jest świadomy jak świetnie go uzupełnia.

Czy warto zagrać? Z czystym sumieniem mogę polecić każdemu, kto szuka wyzwania dla swego umysłu. Mimo swoich braków THS jest wart tego, żeby po niego sięgnąć. Moja ocena 8/10.
Share:

Recenzja Middle-earth: Shadow of Mordor (PC)

Zawsze brakuje czasu, albo często giniemy, bo przeciwnik za mocny. Zazwyczaj nazywamy to wadą, lecz w Mordorze to zaleta!  

https://tvgry.pl/wideo.asp?ID=-27485
                                                           

Zagrajmy dzisiaj w Cień Mordoru wydany przez Warner Bros. Interactive Entertainment na konsolę siódmej i ósmej generacji, jak i na komputerach osobistych.  Swoją premierę gra miała w 2014 r.

Nigdy się o to nie prosiłem  

Cień Mordoru podobnie jak Far Cry 3 nie ma jakiejś szczególnie rozwiniętej fabuły. Jednak to co nam dano jest wystarczające do przejścia kampanii z uśmiechem na twarzy. No, czasami możemy się skrzywić, jak nie pokonamy jakiegoś bossa, ale to tylko motywuje do dalszej walki. Dzieje się tak dzięki zaimplementowanemu systemowi Nemezis, o tym jednak za chwilę. 

Jeśli graliście w którąś część Assassin's Creed to zapewne pamiętacie komunikat o tym, że przedstawiona historia nie jest oparta na faktach, podobnie jest w Cieniu Mordoru i dodam, że nie tylko to łączy te produkcje.
Wróćmy jednak do samego CM, twórcy przewrócili prawie całe uniwersum do góry nogami i jedynie parę rzeczy się zgadza. Na szczęście gra ma solidne fundamenty w postaci rozgrywki.

Już raz się Ciebie pozbyłem! Mało Ci, co?

Pozwolicie, że najpierw trochę ponarzekam, a następnie zacznę chwalić, bo jest co. Talion, w którego się wcielamy w CM, nie jest jakoś szczególnie wyjątkowy. Mamy tu klasycznego mściciela, który będzie szukał zemsty wykonując akrobacje jak Ezio Auditore da Firenze, a do tego będzie bił się jakby szkolił go sam Batman. No właśnie i jak do tego podejść? Osobiście trochę mi to przeszkadzało, bo czułem się jak ktoś, kto bezczelnie podkrada czyjeś pomysły nic nie dodając od siebie. Szybko jednak zaakceptowałem to, a nawet w duchu przeprosiłem, bo to genialne połączenie.

Dzięki temu nieślubnemu połączeniu ze światem Władcy ukazały się naprawdę ciekawe możliwości wykorzystania systemu. Trzonem piaskownicy jest wspomniany już wcześniej system Nemezis. Na czym on jednak polega? Warto poświęcić temu parę słów, bo nie zobaczycie go w innych grach (z wyjątkiem kontynuacji CM). Naszymi przeciwnikami są orkowie, dzielimy ich na parę grup. 

Pospolitych zwykłych, czyli mięso armatnie. Następni są kapitanowie przyboczni, każdy z nich ma swoje imię i przydomek. Na samym szczycie są wodzowie, którzy rządzą plemionami. Teraz, jak już wiemy, z kim będziemy najczęściej walczyć, omówmy sam system. Każdy ork, z którym się zmierzymy i poniesiemy porażkę, dostanie imię z przydomkiem wraz z mocnymi i słabymi stronami. 

Zanim pójdziemy się odegrać na nim warto zdobyć na jego temat informacje, możemy je uzyskać dzięki  "konfidentom". Są to orkowie z zielonym znacznikiem. Możemy ich zobaczyć na mapie świata.  Gdy tylko takiego delikwenta pochwycimy uruchomi się nam menu z kapitanami i wodzami. Teraz będziemy mogli sprawdzić dowolnego kapitana, gdy to zrobimy możemy zacząć polowanie. W późniejszej części gry sami zaczniemy przejmować kontrolę nad zielonymi. Dzięki temu zaczniemy budować naszą armię.

Pojęcie "wojna klanów" w kontekście gier jest nam dobrze znane, co chwilę widzimy tego samego npc. Tutaj bardzo długo tego nie doświadczymy. Całą grę przeszedłem w 27 godzin i dość sporą część poświęciłem walkom z dowódcami, a mimo to na pierwszego klona trafiłem na koniec gry.

Hunt or be hunted.  

Czas w takim razie ruszyć w teren. Co zobaczymy w Mordorze? No nie uwierzycie, wieżyczki Ubisoftu. Nie muszę wam mówić, że robią to samo co ich oryginalne wersje? W ramach aktywności pobocznych będziemy mogli wbić się na jakąś orkową imprezę i im ją trochę ubogacić. Celem naszym jest uniemożliwić awans danego kapitana. Jednak to co jest dla mnie znacznie ciekawsze to tropienie dowódców. Każdy z nich boi się czegoś innego i zależnie od tego możemy zaatakować z ukrycia lub np. uwolnić trzymane w klatkach drapieżniki.

Zadania te nie są łatwe, zwłaszcza na początku. Przed wyruszeniem w podróż zbierz drużynę, tfu! informację. No, a jak je wykorzystamy to już nasza sprawa. Czasami warto "nakarmić" naszą krwią wodzów ponieważ dzięki temu zdobędziemy lepsze runy do naszej broni. W czasie gry będziemy mogli rozwijać naszego bohatera dzięki różnym wyzwaniom, które polegają zazwyczaj na tym samym. Jedyne różnice będą wynikać ze sprzętu jaki wykorzystamy. Zdaję sobie sprawę, że tekst nie jest za długi, lecz nic na to nie poradzę ;p CM to nic innego jak masowa wycinka orków, więc nie ma się nad czym rozpisywać. 
 
Czy warto zagrać? Oczywiście, że tak. Sama podstawka zapewnia multum zabawy i bólu rąk. Jednak warto po nią sięgnąć, bo to dopracowany produkt. Wygadani orkowie, a nie tacy, co lubią wracać wielokrotnie. Widać mają dobrą służbę zdrowia.
Share:

Recenzja Guild Wars 2 (PC)

Zawsze chcieliście zagrać w MMORPG, które nie sięga cały czas do portfela? Tytuł  wart uwagi? Co słyszę p2w? Drogi abonament?  Spokojnie, usiądźcie i posłuchajcie historii o Guild Wars 2.  

https://www.guildwars2.com/en/
                                                                        

Gra Guild Wars 2 zadebiutowała w 2012 r. wyłącznie na komputerach osobistych. Na początku parę słów o tej produkcji. W roku premiery zapowiedziano Gw2 jako pogromcę World of Warcraft, któremu w tamtym czasie nie szło najlepiej i przewidywano jego upadek.
 
Coś się zaczyna, coś się kończy

Nie będę ukrywał, że rzekomy nowy król miał na początku zasadniczy problem z wydajnością serwerów. Wiadomości te są mi znane z serwisów branżowych. Mój debiut w tej grze zaczął się pięć lat temu i mogę powiedzieć, że na tak dobrze działające mmo nigdy wcześniej nie trafiłem. Co jednak ma ten tytuł do zaoferowania?

This is my story!

To co zrobiło na mnie wrażenie, to była kampania dla jednego gracza. Dobrze przeczytaliście, to nie błąd! W mmo dodano pełnoprawny tryb dla jednego gracza, choć możemy oczywiście przejść grę ze znajomymi, bądź randomowymi graczami. Historia jaką nam oferują jest podzielona na trzy etapy. Zależnie od dokonanych wyborów przy tworzeniu awatara rozpoczniemy historię w innym miejscu, np. gdy naszą postacią będzie człowiek możemy zacząć grę jako biedak żyjący na ulicy lub jako książę. Wszystko zależy od naszych wyborów. Kolejny etap to wybór frakcji, a muszę tu dodać, że nie ma to znaczenia jeśli ktoś jest zainteresowany trybem pvp. Potyczki między graczami są jedynie dostępne na arenach i WvW czyli wojnach między serwerami, ale o tym później.

Do wyboru mamy Order of whispers, który będzie preferował ciche rozwiązywania powierzonych nam misji. Kolejna frakcja nie jest już  taka cicha, a mowa to o Vigil. Powiem wam szczerze, że są oni dość bezpośredni. Możemy ich porównać do Hordy, gwałtownej i preferujących wykorzystanie siły. Ostatnim zakonem jest Durmand priory, są to strażnicy wiedzy. Będę szczery to klasyczne nerdy. 


Tyle klas? Tyle ras? Co wybrać mam...

Zastanowić się można czemu teraz zabrałem się do opisu klas. Odpowiedź jest dość prosta. Jest ich dość sporo, a do tego dochodzą specjalizacje. Tutaj wspomnę tylko o kilku wybranych.  Gdy tworzymy naszego awatara i będzie to thief, to do którego udamy się zakonu? No właśnie,  będzie to Order of whispers. W przypadku zakonu stawiającego na siłę możemy postawić na guardiana lub warriora. Natomiast jeśli mówimy o Durmand priory wybór jest w sumie jeden, a jest to inżynier. Wymienionych przeze mnie klas nie trzebasumie omawiać, bo są to niemalże klasyczne odpowiedniki z dowolnego rpg, które znacie. Natomiast inżynier w buildzie z turetami jest żywcem zapożyczony z Team Fortress 2.

Zaczynając grę warto zadać sobie pytanie, co wybrać na początek. Jeśli gramy w pojedynkę to łucznika, ponieważ jest to klasa mobilna i do tego walczymy obszarowo przez co lepiej możemy wykorzystać system walki, który przewidział możliwość dodge, czyli robienia koziołków.  Natomiast wybór rasy, no nie czarujmy się, wpływa jedynie na  początek gry i mentora, który będzie nam towarzyszył przez resztę kampanii. Nie chcę wam psuć zabawy więc nie powiem, który z mentorów będzie odgrywał ważną rolę przez całą grę wliczając w to wszystkie dodatki.


Co z tym lv?

Jak tylko sięgnę pamięcią wbijanie poziomów było delikatnie mówiąc męczące. Mało  tego, w grach opierających się na systemie płatności f2p była i zapewne wciąż jest to mordęga. Zapytacie czemu, a to z tego powodu, że gracze zmuszani czy też jak wolą to nazywać wydawcy zachęcani do korzystania z item shopu. Tak na was patrzę Electronic arts!

Tutaj sytuacja jest zgoła inna, z tego też powodu, że punkty doświadczenia wchodzą prawie za wszystko. Nowa mapa - exp, część mapy, a co tam - exp, pomożemy komuś - exp, odblokujemy viste, czyli punkt widokowy - exp. No i to co najlepsze, skalowanie poziomu do średniego lv danej mapy. Dzięki temu warto odwiedzić wszystkie mapy dla niskopoziomowych graczy. Dodam tu małą ciekawostkę, możemy osiągnąć maksymalny poziom na startowych mapach z dwóch przyczyn, jeden już omówiłem wcześniej, natomiast drugi to eventy. Niezależnie czy będziemy mieć 10 czy 79 lv dostaniemy tyle samo punktów czyli ok. 5% na lv z tego też powodu, że system zaniży nasz poziom do  4.  No wszytko pięknie i ładnie, ale ile czasu potrzeba na zdobycie poziomu? Gdy tylko dobijemy 30 lv będziemy potrzebować półtorej godziny na każdy następny lv. Mówiąc to chodzi mi wyłącznie o robienie zadań i eventów. Jeśli jednak uda się nam załapać na instancję dostajemy 70% poziomu za każdym razem. Warto jeszcze dodać, że za wykonywanie zadań dziennych dostajemy księgi które też ładują nam exp, a dokładnie 100% wymaganego. Oczywiście, gdy jest ktoś bardzo, ale już tak bardzo był zniecierpliwiony, to może dokupić sobie boost exp, lecz będzie to tylko wyrzucanie pieniędzy w błoto.



End game. Co potem?
   
Studio odpowiadające za tę produkcję twierdzi, że takiego nie ma. Tutaj większość osób zaczyna się stukać w głowę i wzruszać ramionami. No to moim obowiązkiem jest to sprostować, a raczej przetłumaczyć na nasz język. End game oczywiście jest, nie ma obawy. Mogę jedynie powiedzieć, że mamy do niego dostęp nieco wcześniej niż w klasycznym mmorpg. Zanim wbijemy upragniony poziom 80-ty już możemy robić część kontentu przewidzianego dla zaawansowanych graczy. Najlepszym przykładem są World bossy czy też champion train, inna wersja to event train. Jeśli jest ktoś zainteresowany tą formą zarabiania zalecam posiadanie pustych toreb. Możemy też robić zadania dzienne, które dzielą się na misje pve, pvp, wvw. Tutaj może już być problem jeśli nie posiadamy dodatków które mogą być wymagane do wykonania misji. No i na sam koniec fractale, tutaj musimy już wykazać się umiejętnościami i niekiedy znajomością języka obcego z tego też powodu, że czasami trzeba coś napisać do kogoś z grupy.


War, war never changes.

Czym by było mmo bez pojedynków między graczami? Powiem szczerze, dla osób preferujących pve, gra byłaby znacznie lepsza i spokojniejsza. Możliwe, że twórcy Gw2 podobnie myśleli i dlatego rozdzielili  poszczególne tryby. W ten sposób ci z was, którzy będą chcieli grać pvp muszą się udać na areny lub mapy przeznaczone na wvw. Na mapach świata tego nie ma, tam króluje pve. Osobiście nie jestem fanem walk między graczami więc za dużo o nich nie napiszę. Dla tych co zaczynają przygodę z pvp są przygotowane buildy jak i sprzęt dzięki temu każdy ma równe szanse i wszystko zależy od naszego skilla i zgrania z resztą drużyny. Oczywiście, gdy ktoś sobie zażyczy, może mieć inne ustawienia i sprzęt, lecz siła będzie taka sama. Natomiast, jeżeli ktoś oczekuję wielkich bitew polecam WvW, gdzie w jednej bitwie biorą udział ludzie z trzech serwerów. Dodam, że o ile wybór serwera nie ma znaczenia przy pve, o tyle przy WvW już tak. Dlaczego? Dlatego, że w Gw2 mamy system mega serwerów, których zadaniem jest łączyć graczy w taki sposób, aby nikt nie grał pojedynczo. A w wojnach serwerowych musimy reprezentować już konkretną "frakcję".  


A, ile gra tu Polaków? 

Na sam koniec warto poświęcić parę słów społeczności graczy. W tym wypadku nie mam wiele do powiedzenia. Temat ten, nad którym warto się pochylić, wart jest oddzielnego felietonu. W Gw2 jest ten sam problem co w większość dzisiejszych gier z tego gatunku. Ujmując sprawę jasno, gracze zrzeszają się w gildie, legiony, klany itp., a grupy te dzielą się wewnątrz na pomniejsze podgrupy. Niestety, trudno się wkupić w ich grono, przez co mimo bycia w grupie dalej jesteśmy sami.

Czy w takim razie warto zagrać w Gw2? Moim zdaniem jak najbardziej. W tej recenzji omówiłem jedynie zawartość podstawki, a trzeba przypomnieć, że wyszły już dwa dodatki Heart of Thorns i Path of Fire. No i to co powinno zachęcić to fakt, że cała zawartość pve jest za darmo. Ludzie z ArenaNet uznali zapewne, że część pvp i wvw jest bardziej kusząca i dlatego nie jest dostępna na demo koncie. Ocena końcowa edycji podstawowej 8.5/10. 
Share:

Recenzja Mirror's Edge (PC)

Czy mieliście kiedyś ochotę poczuć się jak super ludzie?
Jak  Spiderman, który lata nad dachami drapaczy chmur?


http://store.steampowered.com/app/17410/Mirrors_Edge/?l=polish
                                                   

W 2009 r. miała premierę na komputerach osobistych gra Mirror's Edge wydana przez "lubiane" przez wszystkich Electronic Arts. Samo studio, które za to odpowiadało też jest nam bardzo dobrze znane, a jest to studio  Dice odpowiedzialne za serie Battlefield.

Gra niczym sen

W tytułowym Mirror's Edge wcielamy się w Faith, która w pierwszej chwili wydaje się postacią pozbawioną charakteru. Kiedy spędzimy z nią trochę czasu w grze możemy ją nawet polubić. Jednak przejdźmy do rzeczy. Protagonistka żyje w świecie opanowanym przez korporacje itp. Znajomo brzmi, prawda?

Faith jest kimś w rodzaju łącznika, czy też kuriera, dzięki czemu grupy ruchów wolnościowych wspomniane w tle mają możliwość przekazywania sobie istotnych informacji, bez których nie mogłyby funkcjonować. Postaram się nie spoilerować, choć jest to trudne i zminimalizuję wszystko do koniecznego minimum.

Akcja gry zaczyna się dość tradycyjnie, a mianowicie od samouczka z którego poznajemy podstawowe ruchy. Prawie całą grę przeszedłem na padzie do xboxa 360, więc wszelakie terminy dotyczące sterowania będą dotyczyły tego controllera.

Warto już tutaj zwrócić uwagę na pewną ciekawostkę. Choć gramy z perspektywy pierwszej osoby możemy zobaczyć postać bohaterki w różnych sytuacjach. Zapyta się ktoś co w tym wyjątkowego? Widok taki jest niezwykle rzadki. Najczęściej główna postać jest niewidzialna, a tu mamy pozytywny wyjątek.


Zwrot fabularny

Historia dość szybko się rozwija. Dowiadujemy się, że siostra bohaterki zachowuje się jakoś dziwnie, w związku z tym idziemy to sprawdzić i wtedy się zaczyna. A co dokładnie? Sami musicie się dowiedzieć. Fabuła jest jedynie pretekstem do przechodzenia kolejnych poziomów gry. Jednak zanim przejdziemy do samego omówienia rozgrywki mogę powiedzieć, że gra posiada dobrą fabułę.

Tor bez przeszkód

Na pierwszy rzut oka widać, że twórcy inspirowali się serią Prince of Persia, lecz czegoś tu zabrakło. Zacznijmy od projektu poziomów. Jeżeli graliście w którąś z gier z panią archeolog zauważyliście coś w rodzaju "plamy" na ścianie sugerującej, że możemy się tam wspinać. Takie elementy w dyskretny sposób służą nam za drogowskazy. Co prawda Mirror's Edge ma budowę korytarzową i nie daję nam swobody ruchu z pewnymi wyjątkami, jednak tutaj tego elementu brakuję, przez co trzeba się zatrzymać. No i tu tkwi problem, bo jak mówi na początku sama Faith, tu chodzi o poczucie flow. Niestety gra wielokrotnie nam to uniemożliwia. Dice powinno się uczyć od Segi. Kiedy się grało w ich platformówki, np. Sonic'a to aż czuło się tsunami flow. Jest to jednak najmniejszy zarzut jaki kieruję do tej produkcji.


Lecę, bo chcę!

Mieliście kiedyś wrażenie, że to co robicie nie zależy od waszych umiejętności, a od szczęścia? Tutaj poczujecie to, aż do bólu. Oczywiście to nie kwestia losu itp., a tego jak system odczyta położenie naszego awatara. Jeśli manewr jaki wykonaliśmy zrobimy na 100% dobrze to wylądujemy na nogach bez żadnych dodatkowych sygnałów dźwiękowych i wizualnych. Jeżeli jednak pójdzie gorzej, to złapiemy się rękami o krawędź, a trzecia wersja cóż, upadek na ziemię.

Wydawało się, że gdy jest jedna trasa to pewne manewry wykonują się automatycznie i nie sprawiają problemów. Niestety tak nie jest. Wyobraźmy sobie, że trzymamy się krawędzi i musimy się tylko odwrócić i doskoczyć do nieco wyższej platformy. Z jakiegoś nieznanego powodu gra na pięć prób zalicza tylko jedną. Skłonny jestem jeszcze przyznać rację, że to wina grającego, bo nie wcisnął w odpowiednim tempie komendy jak np. Lb + Pb + Lb, która odpowiada za skoki między ścianami znajdującymi się po obu stronach awatara.


Stój, bo strzelam!       

W samej rozgrywce nie zabraknie nam walki. W ciągu całej kampanii spotkamy kilka typów przeciwników, z czego co niektórzy różnią się od siebie tylko kosmetycznie. Na początku spotkamy "niebieskich", to nikt inny jak policja. Kolejni to ludzie z agencji ochroniarskich. Ci jegomoście co prawda posiadają karabiny szturmowe, niestety nie zadają one większych obrażeń od spluw policji. Groźniejsi są snajperzy, a najgroźniejsi agenci przeszkoleni w projekcie "Ikar", ponieważ dysponują tym samym wachlarzem możliwości co główna bohaterka. Przeciwnicy nie stanowią dla nas szczególnego zagrożenia, a jedynie są męczącą przeszkodą, którą trzeba pokonać (opcjonalnie pominąć, ale nie zawsze się da). Pomysł nawet dobry i całkowicie uzasadniony, bo byłoby dziwne gdyby nie było przeciwników.

Jedna rzecz mnie naprawdę zdziwiła. Przez całą kampanie jesteśmy zalewani falami policji i im podobnymi służbami, czemu więc totalitarna władza zamiast nich nie wyszkoliła armii antysprinterów?

Ja tu wrócę!   

Na sam koniec warto wspomnieć, że w czasie zabawy spotkamy tylko dwóch bossów. Nie należy się spodziewać poziomu jak w Lords of the Fallen. Walka jest dość prosta, wystarczy Rt + Y co spowoduje odebranie przeciwnikowi broni i tyle.

Czy gra jest warta zagrania? Szczerze? Jeśli nie macie nic lepszego, to jak najbardziej. Zalecam krótkie sesje, które być może wywołają flow, a nie rage. No i żeby zakończyć pozytywnym akcentem, gra naprawdę bardzo dobrze się zestarzała i wciąż wygląda olśniewająco, a muzyka w niej to prawdziwe dzieło sztuki.

    


Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie