• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Retro recenzja Gliniarz z Beverly Hills z 1984 r

Ostatnio coś nie mało tych propozycji filmów na życzenie. Nie to żebym się skarżył, czy coś… Wracamy do barwnych lat 80-tych, w których kolorowe neony i szybkie fury robiły swoje.

Kiedy jeszcze było normalnie, czyli nigdy, oglądało się aktorów, którzy musieli zabłysnąć umiejętnościami, a reżyser pokazał co to znaczy tworzyć wielkie kino. Do kin trafia Gliniarz z Beverly Hills w 1984 r. Jeszcze młody Eddie Murphy dostaje swoją druga wielką rolę. Zagra on tytułowego gliniarza.


Początkowo widziano Sylvester Stallone jako protagonistę, ale ostatecznie trafił tam Eddie. Po kultowych 48 godzinach ponownie staje się stróżem prawa tym razem jednak będzie pełnoprawnym policjantem, a przepraszam detektywem.

Martina Bresta, który reżyserował ta produkcje miał nosa i stworzył najbardziej ikoniczną produkcję tamtej dekady. Od samego początku postawiono na wartka akcję, aby widz nie miał czasu się nudzić. W otwierającej scenie Axela Foley’ego (Eddie Murphy) wciela się w tajniaka. Warto już tutaj się zatrzymać, bo jest przedsmak tego jak za pomocą pewności siebie, a mówiąc wprost bezczelności da się pokazać z kim się ma do czynienia.

Przechodząc dalej, cała ta komedia opiera się na dorwaniu zabójców przyjaciela Axela. Nie jest to jakiś błyskotliwy motyw. Podchodzić należy do niego z rezerwą i warto pozwolić rozwinąć dalszym wydarzeniom. Jak nazwać to co tam pokazano?


Zderzeniem, tak jest to pokazanie dwóch światów Detroit i Beverly Hills. Surowość i tropikalny klimat, ogień i woda, a także roszczeniowość made in US. Jak zapewne pamiętacie scenę z 48 godzin w barze, w której Reggie Hammond wykazał się zimną krwią i rozstawiał wszystkich po kątach? Tutaj wyeksploatowano to na ile jest to możliwe.

Nie znaczy jednak, że zabrakło czegoś więcej. Axela działa na granicy prawa i bez wyrzutów sumienia wykorzystuje wszelkie zasady jakimi kieruje się lokalna policja. Pokazuje to na każdym kroku wyprzedzając ich o kilka kroków. Były to momenty kiedy Murphy błyszczał. Nich za przykład weźmie odwrócenie uwagi śledzących go glin za pomocą kolacji zamówionej w hotelu, a następnie… Wsadził banany do rury wydechowej. Prawdziwy geniusz! Jednak dziś to byłoby z nieznanych mi powodów kontrowersyjne. Mój humor jest tak czarny, że aż zbiera bawełnę.

Nie były to jego jedyne asy w rękawie. Axel wykazuje się wielokrotnie bystrym umysłem i szybkością działania. Błyskawiczne orientowanie się w sytuacji pozwalało stworzyć niepowtarzalne sceny przepełnione intensywną akcją nie bodącą pokazem jedynie umiejętności kaskaderów. Myli się jednak ten, kto widzi w Gliniarzu z Beverly Hills tylko klasyczne kino z ubiegłego stulecia.


Inteligentne i zarazem cięte odzywki bohaterów, a miejscami uzasadniona brutalność podkreślała co się tam tak naprawdę kryje. Ugrzeczniony thriller zamaskowany licznymi skeczami wytykającymi potknięcia służb porządkowych. Warto wspomnieć też o kolejnych istotnych elementach bez których film ten nie zaszedłby tak daleko. Montaż Huga Friedhofera i muzyka Harolda Faltermeyera w tym motyw „Axel F” – budowały unikalny atmosferę, która do dziś jest rozpoznawalna na całym świecie.

Żeby nie było aż tak poważnie jeszcze wspomnę o samym humorze. Jest subtelny, żeby nie powiedzieć lekki, a do tego nie żałuje sarkazmu. Warto zwrócić uwagę na komentarz jaki w sobie zawiera ta produkcja. Bez większych hamulców punktuje sytuacje w US w tamtych latach.

Czy warto obejrzeć Gliniarz z Beverly Hills? Cięty dowcip i charakterny protagonista to turbo kombo, które jest gwarantem udanego seansu. Plus pokazanie w pełniej krasie kultowych lat 80-tych jest uzupełnieniem, nie! To kropka nad „i”. Ocena końcowa 90%.

1. Jak spostrzegacie wykorzystywanie jednego motywu muzycznego jako głównego tła w całym filmie?
2. Komedia powinna zawierać ocenę społeczną, a może tylko bawić widownię?
3. Czy dziś Gliniarz z Beverly Hills osiągnął taką samą popularność?

Sponsorem naszego programu, tfu recenzji była Crouschynca. Tradycyjnie zachęcam do odwiedzenia jej bloga. Zachęcam również do napisania w komentarzach kolejnych propozycji. Nie żebym zachęcał, czy coś…
Share:

Recenzja retro Ratchet & Clank 3 (PS2) (Wednesday edition)

 Skaczemy i strzelamy, a może na odwrót? No nieważne liczy się w końcu dobra zabawa, której nigdy nie jest za wiele! Żeby tylko było jeszcze coś do zrobienia…


Zagramy sobie dziś w Ratchet & Clank 3  wydanym na PS2. Miała to być najlepsza odsłona serii dająca pełne doznania itp., itd. Osobiście nie mogę się z tym zgodzić, bo gra jest niemiłosiernie powtarzalna.


Początkowo przewija się lekki humor i wszelkie parodie z celebrytami, którym wchodzi się dupę. Ktoś za bardzo lubi tanie komedie, a jeśli komuś było mało mamy motyw z niesłusznym przepisywaniem czyjś zasług innym. Wpisz wymaluj klisza jak się patrzy.

Nie zabraknie też wielkiego herosa Kapitana Qwarka mogę go śmiało zakwalifikować jako ciężki przypadek narcyza. Jasne, że taka konwencja ma sens w końcu nic tutaj nie jest na poważnie. Zważając, że większa część kampanii ma niski próg wejścia sprawia, że jest to całkiem spójne. Podobnie jest z głównym celem, czyli powstrzymaniem dr Nefariousa, który między jednym rechotem, a drugim oświadcza, że wybrał przeznaczenie dla całego świata.

O dziwo on i jego lokaj to najzabawniejsi bohaterowie tej gry, a liczne wstawki z ich udziałem są po prostu bezcenne. Nie zabrało też całkiem fajnych postaci drugoplanowych, co mają swoje 5 minut w całej fabule. Jak jednak wygląda sama rozgrywka? No i tutaj zaczynają się schody. Po pierwsze trzeba się przyzwyczaić do nieco innej klawiszologii i pracy kamery. Jest to dość niewygodne i mogące początkowo sprawiać kłopot, ale da się przyzwyczaić.


Sam gameplay jest mocno powtarzalny. Chodzi się po małych poziomach, które swoją drogą dobrze wykorzystują powierzchnie, gdzie Ratchet radośnie eliminuje przeciwników w hurtowych liczbach. Wraz kolejnymi etapami pokazują się coraz to inni wrogowie, a przez co nie będzie się gracz nudził w pierwszej połowie Ratchet & Clank 3.
 
W ramach urozmaicenia dodano dość spory arsenał, który rozwija się automatycznie. Czyli im więcej się korzysta z danej giwery tym szybciej otrzymuje się jej ulepszoną wersję pozwalającą siać większy chaos, a niektóre zabaweczki potrafią być naprawdę OP. Warto wspomnieć o etapach w których to Clank przejmuje stery. Są one o wiele lepiej dopieszczone i dzięki nowatorskim, a może lepiej powiedzieć oryginalnym rozważaniom przechodzi się z większą chęcią niż te główne.

Latając tak, od planety do planety można w końcu zaliczyć wtopę i zacząć od punktu kontrolnego lub się gdzieś zaciąć. Pomimo możliwości zapisu w dowolnym momencie z poziomu menu, savy tak zrobione nie istnieją. Gra oferuje wyłącznie swoje autopunkty, co oznacza wielokrotne powtarzanie pewnych obszarów. W tym miejscu zaznaczę, że przeciwnicy się odnawiają co sprowadza się do młócki, a posiadaną amunicję należy uzupełnić. Dobrze, że chociaż kasa uzupełnia się szybciej niż się ją wydaje.


Co jakiś czas przyjdzie się zmierzyć z bossami, którzy są głownie gąbkami na pociski, choć są też i wyjątki zapewniające ciekawe doświadczenie. Zastanawia mnie co kierowało devami, jak robili zadania kilku etapowe, które rozgrywały się na małych arenach bądź pół otwartych lokacjach. Nie wnosiły one za wiele do tej produkcji, a wałkowanie non stop trybu hordy nie było pro zabawą, żeby nim, aż tak spamować.

Nim przejdę do samego finału słów kilka o mini grach. W ramach przerwy od dużych „wyzwań” dodano pięcio epizodyczną platformówkę. Jako Kapitan trzeba ją przejść, aby dowiedzieć się istotnych fabularnie rzeczy. Powiem szczerze, że było to o wiele lepsze niż cała reszta. Zwłaszcza od końcówki kampanii w której trzeba dość często żonglować bronią, aby realnie mieć szansę, aby przetrwać. Zważając, że przełączanie się między przeciwnikami jest dość toporne sprawia, że trzeba trochę się wykazać.

Natomiast sam finał jest dość bombowy, że się tak wyrażę z tego też powodu, że będzie to mini maraton z bossami. Niby nie był jakoś ekstremalnie trudny, ale wreszcie można było się naprawdę pogimnastykować w trakcie.


Podsumowując czy warta zagrać Ratchet & Clank 3?  Nie, nie i jeszcze raz nie!!! Gra ma swoje zalety, ale przez swoją powtarzalność (czyli 50% gry) staje się odrażająca i prze się na przód tylko po to, aby ją odbębnić i mieć za sobą. Ocena końcowa 5.5/10.

1. Czym kierujecie się przy wyborze gry?
2. Przeglądacie rankingi, czy może sprawdzacie gameplay?
3. Ile super hitów okazały się pomyłką? 
Share:

Retro Halloween recenzja Hardware z 1990 r

Grozy to czas, niech strachy i licha wyjdą z leśnych kniei, bo czas się bać!

Zasiadłem do Hardware z 1990 r. bez oczekiwań. Niech mnie zaskoczy tym co ma do zaoferowania. Powiem wam szczerze jest na czym oko zawiesić. Nie chodzi tu nawet o sceny dla dorosłych jakie tam miały miejsce. Sądziłem, że z Boogie Night temat się skończył, ale pikanterii jak widać nie mogło zabraknąć. Do tego jeszcze wrócę.


Podobnie jak w Cyborgu ziemia jest po apokalipsie. Richard Stanley w swoim obrazie nie wspomina ani słowem o samym uniwersum. Praktycznie większość filmu rozgrywa się w jednej lokacji, a ściślej rzecz biorąc mieszkaniu.

Produkcja ta nie jest też niczym większym niż kinem klasy B. Jednak było to trochę krzywdzące, bo jednak czuć było posmak teatralny i nawet ciekawą wizję w finalnych częściach filmu. Jednak o czym jest sam Hardware?

Hardware to horror, który pokazuje zderzenie elit z plebsem. Ludzi jest za dużo i trzeba się pozbyć zbytecznego balastu. Natomiast nowy jeździec apokalipsy ma być rozwiązaniem. No dobrze, nie ma sensu ubierać to w górnolotne słówka. Jeden z głównych bohaterów Moses Baxter (Dylan McDermott) przynosi swej ukochanej Jill (Stacey Travis) głowę cyborga M.A.R.K. 13. Maszyna ta miała tylko jeden cel, zabijać ludzi.


Najzabawniejsza była autonaprawa tej maszyny i pobieranie energii z dowolnego źródła. Wspominam o tym, bo z jakiegoś powodu starano się nadać spójności i logikę wszystkiemu co pokazywano na ekranie. Jak się okażę bestia ma też słaby punkt i też skończyła zgodnie z tym co powiedzieli w filmie.

Jak natomiast straszył ten tytuł? Jak dla mnie wcale nie był w tym względzie szczególnie wybitny. Nie chodzi o słabe efekty specjalne te były naprawdę porządne, ale scenariusz był przewidywalny. Na swój sposób nawet same postacie podpowiadały co się za chwilę stanie. Poszczególne wydarzenia pokazywały jasno kto jest kim i czym się kieruje. Jednowymiarowość bohaterów już sama w sobie naprowadzała na potencjalne warianty wydarzeń.     

Jak już tak to rozkładam fabułę. Oglądając z uwagą poszczególne momenty kiedy jest prezentowany apartament Rudej staje się jasne, co nastąpi. Nie są to słowa krytyki w żadnym wypadku, wprost przeciwnie.


Groza w Hardware opiera się w głównej mierze na gore wykonane klasycznymi metodami, które już przechodziły w tamtym czasie do lamusa. Wykorzystanie mechatronicznego robota jakim był M.A.R.K. 13 dały temu czemuś niepowtarzalny styl. Miałem wrażenie obcowania z rzeczywistą sztuczną inteligencją, a nie byle złomem.

Niektóre sceny nie były do końca zrozumiałe, lecz nie będę tym razem doszukiwał się błędów w fabule, bo o dziwo i tak wszystko trzymało się na zadowalającym poziomie. Warto jeszcze wspomnieć o prowadzącym stacje radiową. Redaktor był wyjątkowo sarkastycznym komentatorem tego co się działo w tamtym świecie. Był to komentarz jasno mówiący: ludzkość przegrała.

W scenach, których gołąbeczki są razem jest czytany cytat z biblii o apokalipsie. Odnosi się on do ciężarnych kobiet i o tym co ma nastać. Wątek cielesności, rozmnażania się był równoległym tematem, który cały czas się krył w półmroku.


Przed podsumowaniem dodam garść ciekawostek. Film został oparty na komiksie Shok! autorstwa Steve’a MacManusa. Natomiast w nomada, którego widzi się na samym początku wcielał się Carl McCoy wokalista bandu Fields of the Nephilim. Interesującym zabiegiem było wykorzystanie czerwonego światła jako przewodniej barwy. Miało to nadać klimatu, niby tanie, a jakie skuteczne w odbiorze.

Czy warto obejrzeć Hardwere? Sądzę, że tak. Jest to kino będące świadome swoich możliwości. Nie oznacza braku dodania jakiegoś przesłania. W filmie jest ukryta wiadomość o przedmiotowym traktowaniu społeczeństwa. Mogło to umknąć jak się nie  słuchało narratora z radia. Wybrzmiało to na początku, a następnie ponowie w środku. Jednak sens ukazał się w pełnej krasie na samym końcu. Ocena 85%

1. Czy kino klasy B może być platformą do ambitnych tematów?
2. Ile powinno się pokazywać scen dla dorosłych w takich produkcjach?
3. Czy Horror może być czymś więcej niż pokazem przemocy?

Pomysłodawcą na ten materiał był mr Andrzej W. Jak zwykle zapraszam wszystkich do zajrzenia na jego blog.  

Share:

Retro Halloween recenzja Koszmar z ulicy Wiązów z 1984 r. (Wednesday edition)

Horror film skupiający się na grozie charakteryzujący się scenami przepełnionymi gore, jump scare'rami, czy wykorzystującymi światło, dźwięk lub efekty socjalne, aby wywołać pożądany efekt przerażenia u widza. Tyle w teorii…

W ramach tegorocznego Halloween pojawi się na początek Koszmar z ulicy Wiązów z 1984 r. Nie będę ukrywał dawno się tak nie uśmiałem. Nie ma tam oczywiście nic do śmiechu, ale przestraszyć również nie było czego.


Od czego tu zacząć? No tak, od podstawowych braków. Od samego początku seansu nie było żadnego klimatu. Barwy, liczne sceny w otoczce filmu przygodowego, a nawet młodzieżowego. Nie było w tym napięcia lęku przed tym co jeszcze nie jest nazwane, a czyha w cieniu.

Teraz nie jestem pewny co wpierw na grill wrzucić, bo jest tego wszystkiego pod dostatkiem. Już wiem, pierwsza scena z Freddym. Zamiast wielkiego wejścia bestii pojawił się dziwoląg z śmiesznie długimi łapami. Przerażających ciachnięć, robali wychodzących z jego ciała nie zabrakło. Wprost przeciwnie wszystkiego było w pełnej obfitości.  

Wraz z rozwojem wydarzeń robiło się coraz ciekawiej. Metody dręczenia były dość przewidywalne. Pokazano naprawdę zręcznie przerysowaną i zarazem nierealną przemoc. Tylko ponownie czemu nie dodano odpowiedniej otoczki, aby nadać swojego rodzaju realizmu? Jak ma to przerazić jak w byle współczesnym kinie robi się gorsze rzeczy?


Praktycznie obdarli wszystkie te wydarzenia z tego co je definiowało. Zostawili resztki, a raczej podawali zaledwie wersje koncepcyjną, a w szczytowym momencie wersje alfa. Ujmując rzecz dokładnie jest to szkielet, ale do stanu surowego daleko. Natomiast tutaj starają się wcisnąć tą kpinę jako gotowy produkt.  

Sposób w jaki zabijał Freddy robiło wrażenie. Nie zrozumcie mnie źle. Efekty specjalne były dopracowane w kulminacyjnych momentach. Lecz nie przerażały, były to pokazy solidności i braku zrozumienia przerażania. Żeby ktoś nie wytykał, że wszystko było w sielankowej oprawie są i nocne koszmary, gdzie teoretycznie wszystko się zgadza. No prawie, bo i tam były ujęcia za mocno doświetlone, a przez to lęk znikał szybciej niż się pojawiał.

W Cobrze w samym finale jest właśnie stara kotłowania, czy była straszna? Nie? A szkoda, bo to samo dali tutaj i dziwnym trafem już miała być. Następnie logika świata, na początek co może zrobić straszny demon? Teleportować się, przechodzić przez obiekty i zabijać we śnie. Oglądając przez półtora godziny zauważyłem spore nieścisłości w tej kwestii.


W jednym z trzech morderstw doszło do zabójstwa jak ofiara była przytomna. Można uznać to za przypadek, albo jakieś pominięcie. Jednak przez cały czas tłumaczono na liczne sposoby jak to działa. Nawet po tym jednym przypadku walili tymi zasadami tak, jakby widz był równie trzeźwy jak matka protagonistki.

Kulminacją absurdów był Freddy prawie sam w domu. Skoro mógł wykonywać wszelkie magiczne sztuczki, co robił w większym lub mniejszym stopniu to czemu wyłączono to na sam koniec? Dałoby się jeszcze jakoś zrozumieć jakby zakończenie nie było tak skopane i przewracało do góry nogami wszystko co do tej pory twórcy pokazali.

Teraz o logice pozostałych bohaterów. Jak wygląda najczęstsze miejsce zbrodni? Trup i rany postrzałowe, albo klasyczne kosa pod żebro. Nie może zabraknąć bałaganu i krwi dla lepszej estetyki. Jednak litry krwi na łózko, podłodze ścianie i suficie to już niecodzienny widok. Czyżby morderca wycisnął ofiarę jak szmatę i zachlapał wszystko? Najwyraźniej w tamtym mieście tak robią skoro nie zwrócili na to uwagi.


Następnie Nancy Thompson (Heather Langenkamp) odkrywa zasady świata koszmaru. Wszystko jasne i klarowne, ale… Jak rozmawia z oskarżonym o pierwszą zbrodnię Rod Lane’em (Jsu Garcia) kompletnie mu nie wierzy. Rozmowa jest powalająca. Naprawdę trzeba tego posłuchać, aby uwierzyć jakie to jest denne. Jednak potem kto inny wchodzi w rolę idioty. Takich perełek jest jak na pęczki. Jakbym dostawał za każdą taką bzdurę złotówkę to byłbym bogaty.

Dopiero włączając muzykę, aby lepiej się pisało dotarło do mnie czego tam jeszcze nie było. Dźwięku, który sygnalizował, ostrzegał lub wprowadzał w błąd. Kompletnie nic, coś jednak być musiało, ale nie odegrało żadnej większej roli.

Natomiast jak wypadł sam Robert Englund jako Krueger? Nie mogę odmówić mu odpowiednich umiejętności. Był żywiołowy, pełen ekspresji psychopatą, który emanuje złem i szaleństwem. Zmarnowany potencjał przez niekompetentnych twórców.

Czy warto obejrzeć Koszmar z ulicy Wiązów? Oczywiście, jest to naprawdę rozluźniająca czarna komedia, a może lepiej parodia horroru. Straszny film pod tym względem był naprawdę przedni, ale to jest mistrzostwo. Ocena końcowa 70%

1. Kiedy musi paść trup, aby film nie okazał się nudny?
2. Wolicie końską dawkę gore, a może coś bardziej subtelnego?
3. Jaki jest waszym zdaniem podręcznikowy przykład udanego horroru? 
Share:

Retro recenzja Boogie Nights z 1997 r.

Proszę państwa tym razem w ramach recenzji na życzenie będzie omawiany dramat Boogie Nights. Z propozycją wyszła Karolina z Carolyna's world. Klasycznie zachęcam do zajrzenia na jej blog.

Dramat jest czymś po co nie sięgam chętnie. Wystarczy włączyć telewizje i jest tego, aż nadto. Tutaj jednak będzie to historia młodego chłopaka, który został wciągnięty w branżę filmów dla dorosłych.


Boogie Nights z 1997 r. nie jest po prostu kolejną produkcją mającą jedynie przestrzec przed szkodliwością pornografii. Zostały tutaj przestawione losy prawdziwego człowieka Johna Holmesa. Jednak nie jest to jego biografia w stricte tego słowa znaczeniu. Jest to jedynie inspiracja, aby nadać wiarygodniejszej formy.

Powiem co mnie zaskoczyło od samego początku i nie były do pikantne sceny. Uwagę przykuła gwiazdorska obsada. Każdy szanujący się kinomaniak wyłapie wszystkich lub przynajmniej większość i zacznie wymieniać ich najlepsze role. Omówieniem jak komu poszło będzie później.

Fabuła kręciła się początkowo wyłącznie wokół młodego siedemnastoletniego Eddie Adamsa później znanego jako Dirk Diggler. Zostaje wciągnięty w świat kina z powodów swojego wielkiego „talentu”. Wraz z nim zaczyna się poznawać ten zakazany zakątek ameryki. Co jednak najbardziej mnie zaskoczyło, gdy zaczęto prezentować arkana cielesności?


Wcielający się w reżysera Burt Reynolds tłumaczy swoją wizję i pragnienia. W jego marzeniach jest wyreżyserowanie filmu, który jest czymś więcej niż pornolem do masturbacji. Pragnął zawrzeć tam coś co utrzyma uwagę ludzi do samego końca. Przyznaje jest to coś szokującego i zaskakującego jednoczenie. Nie bez powodu mówi się: a po co komu fabuła w pornosie?

Jak się to ma do całości? Otóż całkiem nieźle, bo stworzył coś więcej niż obraz oddający barwne lata 70 i 80-te. Jako, że był bardzo ambitnym reżyserem starej daty, a do tego zajął się swoimi aktorami. Pomimo, że stali się oni tylko czasową sensacja, to i tak wpłynął na ich przyszłe życie. Przez cały seans dało się obserwować przemiany jakie w nich zachodziły i w co się wplątali.

Niezaprzeczalnie poszli w skrajnie różne kierunki. Natomiast cień przeszłości ciągnął się za nimi do samego końca. Zabrzmiało to złowieszczo i tak też jest. Obraz stworzony przez Paul Thomas Anderson to jedno z bardziej przemyślnych dzieł o jakich mam okazję pisać. Cały czas krąży tutaj aura dramatu, ale na czym dokładnie polega w tym przypadku?


Było to sięgnięcie po łatwe pieniądze i szybki upadek na dno, w którym się zaczęło. Ironią jest fakt samego wątku porno. Miał przyciągnąć widownie do kin. Nawet bez tego niczym by się to nie różniło od tego co się działo w Hollywood. Alkohol, narkotyki i wykorzystanie pozycji społecznej było czymś na porządku dziennym. 

Istotny jest okres kiedy rozgrywa się akcja. Do końca lat 70-tych tworzenie filmów było poza zasięgiem przeciętnego człowieka. Natomiast następna dekada zostanie zapamiętana jako początek kina amatorskiego dzięki kasetom VHS.

Wielkie zmiany uderzyły z sporą siłą przywołując wszystkich na skraj przepaści. W tym momencie zaczynała się część właściwa. Równocześnie zacznę przybliżać jak poszło niektórym odtwórcą ról. Mark Wahlberg zagrał rewelacyjnie rolę Eddiego. Pokazał jego burzliwą drogę od nastolatka, którego nic nie czeka, aż do gwiazdy filmów dla dorosłych. Przygotowanie do tej roli wymagało od niego schudnięcia 30 kg. Jego kreacja roli oddawała idealnie każdą jedną emocję i tą bezradność kiedy zrozumiał, że to koniec.


Jednak kolejną osobą, która jest Buck Swope (Don Cheadle), którego znacie roli agenta federalnego z filmu Gliniarz. Na tle pozostałych członków obsady musiał pokazać człowieka w sytuacji na pograniczu. Udało się mu pokazać kogoś żyjącego w dwóch światach. Przez takie miks to on był takim klasycznym bohaterem dramatu, który robi coś wbrew sobie, aby utrzymać się na powierzchni.  

Następnie warto co nieco napisać o Julianne Moore jako Amber Waves. Jej rola to też pokaz warsztatu aktorskiego. Z jeden strony jej bohaterka funkcjonuje jako gwiazda porno, a drugiej walczy o prawo do widzenia z dzieckiem. Małym zajmował się jej były i wykorzystywał fakt czym się zajmuje zawodowo do tego, aby jak najbardziej utrudnić kontakt. Oddanie takiej postaci niejednoznacznej to nie lada wyczyn. Najczęściej sceny z jej udziałem to był pokaz aktora dramatycznego przepełnionego wątpliwościami, ale i pełne troski. Nie była kryształowa i sięgała po narkotyki. Równocześnie robiła za "matkę" dla najmłodszej części tej załogi.

Ciekawostka jest ta postać została odwzorowana na znanej aktorce porno Veronice Hart. Jak jesteście ciekawi jak wypada jako aktorka to przyjrzyjcie się uważnie pani sędzinie jak się pokaże przed kamerą. Na koniec nie mogę nie wspomnieć o barwnej oprawie. Playlista jaka leciała to były same szlagiery z tamtych lat. Można nawet się doszukać odwołania do Gorączki sobotniej nocy. Fragmenty Boogie Nights nagrany w klubie to niemalże istna kalka tamtej produkcji. Pokuszono się nawet na mały pokaz umiejętności tanecznych, w którym dało się zobaczyć John Travolta w jego kultowej pozie. 


Czy warto obejrzeć Boogie Nights? Nie przeczę jest to dzieło wielowątkowe z dobrze rozłożonymi akcentami. Zaczynając od przedstawiania wszystkich bohaterów na przyjęciu, a kończąc na ponowne połączenie ich na koniec. Pikantne sceny zostały ograniczone do minimum koniecznego, a brutalniejsze są ocenzurowane. Jednak jak ktoś mdleje na widok krwi niech minie jedno lub dwa ujęcia na końcu filmu.

Jest to trudny w ocenie film. Raz porusza ciężkie tematy, a dwa trwa ponad dwie godziny. Radzę zostawić sobie obejrzenie tego na weekend. Następnie gęsty klimat, który nie przemówi do wszystkich i ostatecznie sporo z was zrezygnuje z tego typu kina. Jeśli jednak dacie szansę to zobaczycie coś co na długo zostanie z wami. 
Ocena końcowa 87%

1.Czy dramatem można nazwać film, który ma zakończanie z pozytywnym wydźwiękiem?
2. Jaki macie stosunek do porno?
3. Dalej będziecie w komentarzach prosić o filmy dwu godzinne? 
Share:

Recenzja anime Ore dake Level Up na Ken Season 2: Arise from the Shadow (Wednesday edition)

W tą środę wbrew temu co by się wydawało nie pokaże się druga część recenzji Death Stranding. Miała być to niespodzianka i tak też będzie. Na warsztat lecie jedno lepszych anime tego roku Solo Leveling sezon 2.

Pierwsze dwa odcinki to mocne wejście w drugi sezon Solo Leveling. Twórcy się nie patyczkują i wrzucają głównego protagonistę do czerwonej bramy. Dla przypomnienia jest to instancja na wyższym poziomie trudności.


Oprócz tego w wielkim skrócie wspomniano o wydarzeniach z pierwszej części. Dla tych co nie mieli okazję się zapoznać zapraszam to tej recenzji Klik. Wracając do fabuły. Tempo wciąż jest bardzo szybkie i praktycznie nie tracą czas na wszelkiego rodzaju wypełniacze. Główny czas antenowy skupia się na Jin-Woo Sung.

Walki, które są najwyższym priorytetem w tym anime wykonano wyśmienicie. Nie poszli animatorzy na skróty i wszelkie momenty zaprezentowane tak, aby widzowie czuli co oglądają. Całość potęguje jak zwykle dobra gra aktorska i przekonywujące wrzaski będące nieodłączną częścią takich serii.

Walka z pierwszym istotnym przeciwnikiem była pokazem przemyślnej taktyki z wykorzystaniem nowej karty atutowej, która zmieniała układ sił na polu walki. Z koeli w świecie rzeczywistym pojawił się znaczący przeciwnik klasy S. Jednak uprzedzając pewne fakty dodano go tylko dla hecy. Na swoje pięć minut będzie musiał poczekać.  


W trzecim odcinku rozłożono akcenty na kilka wątków. Ten najważniejszy dalej skupia się na rozwoju protagonisty. Natomiast pozostałe przedstawiają wątki obyczajowe. Nazwałbym to próba wypełniania tej historii i oderwaniem od potyczek jakie się rozgrywają przez większość seansu.

Kolejne odcinki czwarty i piąty przeszły na nieco wolniejsze tempo. Wbrew opiniom jakie są necie. Solo Leveling nie skupia się wyłącznie na walce. Akcja jaka się rozgrywa poza lochami skupia się w większości na pokazaniu działań topowych gildii. Nieco bardziej intymnym, czy też prywatnym życiu, czy odnalezienie leku dla matki Jin-Woo Sung.

Autor manhwy, która została adaptowana zadbał, o równowagę i pospiesznie wrzucił na ruszt to co tygryski lubią najbardziej. Kolejny loch z dużą dawką przemocy. Jednak trzeba zwrócić uwagę, że od czwartego odcinka zaczęto wstawiać bardziej stateczne sceny z mniejszą lub praktycznie żadną animacją Tym samym wracamy na stare tory jeśli chodzi o podział przedstawienia wydarzeń.


Finał kolejnego rajdu to co tu dużo mówić majstersztyk. Pokazówka możliwości w pełnej klasie. Musze jednak wrzucić łyżkę dziegciu i zwrócić uwagę na oszczędzaniu kasy przy animacji armii orków stojących w głównej sali. Na plus z kolei wspomnę, o całkiem niezłym modelu tych potworów. Zamiast klasycznych świnio podobnych mobów dali coś bardziej konkretnego.

Powoli zaczynają się ćwierć finały i widać spory przeskok w wydarzeniach. Rozgałęziania fabuły dalej ciągną ten sam układ pierwsza to dalsze podnoszenie poziomów protagonisty. Następnie wchodzą największe gildie, które stanowią autonomiczne władzę. W pewnym stopniu, ma się rozumieć. Nie zabrakło jeszcze bardziej dram rodzinnych z Jin-Ho Yoo (to ten bogaty i ambitny młodziak).

Każdy z tych wątków wyróżnia się mniejszym lub większym pomysłem na siebie. Praktycznie podstawy wszystkich tych tematów zrobiono porządnie i nie można się doczepić jakiś niespójności logicznych. Wprowadzono nową waifu, która jest po prostu pocieszna i tyle w jej temacie. Natomiast jest coś co wymagałoby poprawki w zakończeniu odcinka ósmego. Widać tam momenty, w których łączono poszczególne sekwencje. Dzieje się to zaledwie kilka razy, ale jest to i tak odczuwalne. W tym samym epizodzie powstał element łączący wszystko jedną klamrą.


W dziewiątym i dziesiątym odcinku dokonuje się wiele istotnych wydarzeń zmierzających już do końca tego sezonu. Warto odnieść się do krytykowanej przez wielu widzów sceny z Jin-Woo Sung. Okazanie łez zostało potratowane jako przerost formy nad treść pozbawionej jakiejś solidnej podstawy. Jest to oczywistą bzdurą, bo każdy kto musiał przejść przez to samo też by się tak zachował.

Inną sprawą jest jego dalsze  podejście, w którym nie wyrusza ze wszystkimi na wyspę Jeju. Pokazano motywacje i powody, ale osoby, które przeżyły sporą traumę potrafiły stanąć na wysokości zadania.

Ciekawą sprawą jest popełnienie pierwszych błędów w logice fabularnej. Protagonista jak i prezes poczuli fale magicznej mocy z sali sparingowej. Natomiast wielkiej fali z wyspy już nikt. Następnie moc naszego milusińskiego wzrośnie ponownie na końcu ostatniego odcinka, a w czasie pojedynku towarzyskiego cacka się liderem japońskiej gildii. Nie będę wchodził w szczegóły, bo zepsuło by to wam seans.


W finałowym starciu jest jedna symboliczna scena odwołująca się do zasad z sesji sparingowej. A mowa była, że przegra ten kto da się chwycić za nadgarstek. W tamtym epizodzie było popisywanie się i złapanie za palce. Tylko jak miałby to powtórzyć protagonista jak przeciwnik atakuje z otwartej łapy? Rozumiem przesłanie, ale identyczne ułożenie „dłoni” bossa byłby bardziej wyrazisty.

Następnie komunikacja między zespołami. W jaskini w najgłębszej części nie mieli problemu z łącznością przez większość czasu. Ci co byli na zewnątrz tym bardziej nie powinni mieć problemu, a jednak jak poszczególni członkowie "tracili zasięg". To spoko, nie ma problemu, logiczne, prawda?

Kolejna sprawa to plan Japończyków, którzy ewidentnie robią tu za rezerwowych antagonistów. Dziwnym trafem ich konszachty się spełniają. Tylko w ten wzór wrzucono nie tych co trzeba. A tym samym, czy nie jest to swojego rodzaju wskazanie prawdziwego złola tego sezonu? Kolejna rzecz czemu na wyspę nasz mocarz przybywa tak późno? Przecież „czujki” zostały rozłożone już dawno. Czemu dopiero zareagował jak jego mieli skończyć swój „występ” jego rodacy?


Czy warto obejrzeć Ore dake Level Up na Ken Season 2: Arise from the Shadow? Dla fanów shonenów jest to bez wątpienia pozycja obowiązkowa. Nie można jednak pominąć pewnych faktów, które nieco obniżają ranking tej produkcji. W całościowej ocenie daje 91%

1. Jak oceniacie anime, w którym protagonista ma zawsze miażdżącą przewagę?
2. Preferujecie serie od zera do bohatera, czy koksa na dzień dobry?
3. Czy drobne potknięcia fabularne mają dla was większe znaczenie, czy jesteście wstanie je przeboleć? 

Share:

Retro recenzja Gwiezdne wojny: część IV – Nowa nadzieja z 1977 r.

Witam, w tą piękna sobotę w kolejnej recenzji na życzenie. Lou Fontaine zaproponowała Gwiezdne wojny: część IV – Nowa nadzieja na kolejny post. Powrót do odległej galaktyki będzie na pewno sentymentalną podróżą. Tradycyjnie zachęcam abyście zajrzeli na jeden z jej blogów. Jest tego sporo do wyboru i każdy znajdzie jakiś dla siebie.

Zająłem wysokie wzgórza i mam doskonały widok na to co się stanie. Gwiezdne wojny: część IV – Nowa nadzieja miała premierę w 1977 r. i okazała się wielkim sukcesem. Sam reżyser nie wierzył w to i George Lucas wybrał się na wakacje kiedy miała mieć premiera.


Jak jednak zestarzał się ten klasyk? Nie najgorzej, jeśli mogę tak się wyrazić. Praktycznie ogląda się to jak jeden wielki klip zmontowany za pomocą Movie Maker z starego Win7. Teraz bardziej rzeczowo. Fabuła jest dość naiwna i bazuje na jednym wzorze. Za każdym razem jak ma się stać coś istotnego dokonuje się „szczęśliwy” zbieg okoliczności dzięki, któremu wszystko układa się idealnie.

Najmniej spoilerowym przykładem jest zakup R2-D2 i C-3PO. Luke nie wybrał od razu niebieskiego R2. Co się wtedy stało? Pierwsza sztuka nagle ulega awarii i zastępuje go dobrze znany egzemplarz. No niesamowite! Kto by się spodziewał? Wydarzenia tego typu ciągną przez cały film.

Jak się wróciło po latach do starej trylogii to wciąż  ta zadziwia. Widzowie, którzy oglądali ten tytuł po raz pierwszy dostali pewne wskazówki, co do wydarzeń. Wszystko po to, aby nie być zdezorientowanym, chronologią fabularną. Warto zwrócić uwagę na niedoszlifowane dialogi, czy sposób narracji. Takie braki mogły wynikać z faktu celowania w kino klasy B. 


Docelowo Star Wars planowane były przez Lucasa jako odskocznia od bardziej ambitnych projektów. Widać to było na każdym kroku. Nie starano się wprowadzić szczególnie głębokiej fabuły mającej jakoś chwycić publiczność w kinie. Bardziej było to zlepek rożnych motywów znanych z innych produkcji. W rozmowie Jabby z Hanem Solo dało się niemalże zobaczyć pewnego Dona, który daje ostatnia szanse na wyjście z kłopotów.

Tym jednak się bym, aż tak nie przejmował, bo efekty specjalne wyraźnie się zestarzały i mimo swojej spójności widać na nich grubą warstwę kurzu. Sklejanie i łącznie różnych obrazów, modeli itp. były dość kujące w oczy. Ale jednocześnie miało jakiś urok z tamtych czasów. Natomiast stroje statystów w barze to już wołały o pomstę do nieba. Pół biedy gdyby chodziło tylko o stroje przypominające kostiumy z teatru dla dzieci. Nieruchome oczy i twarze najbardziej zwracały na siebie uwagę.

Jest coś co wybiło się ponad tym wszystkimi rzeczami. Ścieżka dźwiękowa z całą pewnością była ponad czasowa. Skomponowano ją w najdrobniejszych szczegółach. Dopełnia każdą sceną i sprawia, że staje się epicka. Muzyka sporo może zmienić. Podobnie jest z efektami dźwiękowymi. Nawet teraz jesteście wstanie usłyszeć odgłosy bitew w kosmosie między Imperium, a buntownikami. Podobnie ma sprawa z walką na świetlane miecze. Każdy doskonale je pamięta.


Czy warto obejrzeć Gwiezdne wojny: część IV – Nowa nadzieja? Czy muszę odpowiadać na to pytanie? Oczywiście, że tak. Jest to dzieło, które zapoczątkowało jedno z najbardziej znanych uniwersów bez, których nie powstały liczne książki, gry, czy komiksy. Ocena końcowa 100%

Jeszcze na koniec drobny komentarz. W omawianej części wyraźnie zaczął się budować romans między Luke i Leia. Z perspektywy czasu wygląda to bardzo niepokojąco. Jak ktoś nie wie, o co chodzi to niech tak zostanie.

Mała ciekawska na koniec. Dubbingujący Dark Vedera James Earl Jones nie został wymieniony w napisach końcowych. No i Vader nigdy nie poddziadział: Jestem twoim ojcem. Wiem to nie w tej części. Nie mogłem się powstrzymać.

1.Gwiezdne Wojny, czy Star Trek?
2. Czy wybralibyście Ciemną stronę mocy?
3. Ile easter eggów znalazło się w tekście? 
Opcjonalnie można je wymienić.

Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie