• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Dragon Ball Figher Z, czyli stare, ale jare (Recenzja Xbox One S)

Wielki powrót do dzieciństwa, a raczej sentymentalna podróż do czasu beztroski i starych klasycznych anime. Tym razem trzeba dokonać pewnej zmiany i sięgnąć po grę.

Będzie to pierwszy tytuł z gatunku dobrze znanego jako bijatyki, który omówię w tym roku. Dragon Ball Figher Z ograłem na poczciwym Xbox One S. Co prawda dało się to zrobić na Series X, ale jakoś postawiłem na oryginalną platformę.


Zacznę od rzeczy, jaka mnie oburzyła na dzień dobry. Nim zdążyłem zacząć grać zaoferowano przymusową reklamę swojego abonamentu Game Raka Passa. Jeszcze jeden raz można byłoby wybaczyć, ale to się działo za każdym razem. MS szybko stara się zebrać ujemne punkty.

Sytuacja znacznie się poprawia, po wejściu do lobby, gdzie czeka szereg atrakcji. Jeśli czujesz/jecie się na siłach można zabrać się za "mortalową" wieżę lub turniej mocy. O tym jednak napisze na końcu, bo to, co mnie przede wszystkim interesowało to kampania fabularna.

Okazuje się dość szybko, że nie jedna, a aż trzy story mod będzie do przybycia. Żeby nie zdradzać szczegółów zarysuje jedynie ogólne informacje. No dobrze, trochę się odniosę do pewnych wydarzeń. Postaram się jednak nie popsuć nikomu zabawy.


Od czego tu zacząć, a tak od początku... To, co może spodobać się starszym fanom tej franczyzy to powrót starych znajomych. Nie mówię tu o Goku i paczce, a antagonistach. Paradoksalnie zobaczenie starej gwardii było naprawdę sentymentalne.

Największym szokiem była zmiana języka na japoński. Musicie wiedzieć pewną rzecz. Gdy anime to było transmitowane w telewizji. Tak kiedyś oglądało się w Tv, a nie streaming jak dziś. Wracając do rzeczy. Smocze kule miały francuski dubbing, a potem już zmienili, ale to już inna historia.

Wszystkie kapanie łączy kilka faktów. Świat opanowały tajemnicze fale, które osłabiły najśliczniejszych wojowników. Dziwnym trafem armia czerwonej wstęgi ma coś z tym wspólnego jak i androidy. Pierwsze dwie kampanie się pokrywają fabularnie i wyjaśniają sporo niewiadomych.


Nie będzie to wielkim uszczerbkiem na „zdrowiu” jak zdradzę, czym jest tajemnicza dusza dzięki, której nasi milusińscy mogą walczyć. Uwaga, echem tu chodzi o nas. Tak dobrze czytasz o nas, czyli graczy. Jak już przy tym jestem wraz z rozwojem poszczególnych zawodników rośnie więź między duszkiem nazwijmy go Wojtkiem a danym wojem. Wiąże się to również z przełamaniem czwartej ściany kiedy się bezpośrednio zwracają do gracza.

Pierwsza trasa to praktycznie łatwa przebieżka mająca jedynie zapoznać z panującymi mechanikami. Nawet jak się człowiek nie stara to i tak się wygrywa. Każda walka opiera się na starciu dwóch drożyn, które składają się z trzech zawodników.

Dla hecy dodano informacje, w których ostrzegają, aby nie łączyć postaci, które za sobą nie przepadają. Jest to tylko dla jaj wstawione, bo naprawdę w żaden sposób nie wpływa na fabułę. To co bardziej może zainteresować to przebieg poszczególnych pojedynków. Wymagane jest eliminacja wrogiego zespołu.


O dziwo nie będzie to solo walka, a cała praca zespołowa. Takie żonglowanie bohaterami pozwala stworzyć naprawdę ciekawe kombinacje. Warto również zwrócić uwagę na cooldown. Nie ma tak dobrze, aby pożonglować według swojego widzimisię.

Wraz ze skuteczniejszym kręceniem combo nabija się specjalny pasek umożliwiający wykonywania ataków specjalnych.

Tak można streścić pierwsze dwie kampanie. Dopiero ostatni pokazuje w pełni działające Si. Srogie lanie dla nowicjuszy gwarantowane. Swoją drogą nie wspomniałem, o bonusach. Kiedy przemieszcza się po mapie w systemie taurowym można ugrać coś ekstra. 


Turowe poruszanie się w tej grze nie polega na naprzemiennych posunięciach w obu stron konfliktu. Wymóg jest taki, aby przejść do finalnego bossa w określonej liczbie ruchów. Przemieszczając się i walcząc leweluje się swoich zawodników jak i zdobywa pasywne umiejętności. Te natomiast trzeba wrzucać do slotów, aby móc ich użyć. Twórcy lubią przypominać o tym, żeby zmieniać składy, jakimi się gra.

O ile po przejściu 2/3 tej przygody, patrząc już całościowo. Nawet się na to nie zwracało większej uwagi. Po co się tym interesować, skoro nic człowieka nawet nie motywuje do takich działań. Na szczęście, albo i nie w ostatnim etapie wszystko się zmienia. Jak się dostanie bęcki to chęć i zainteresowanie wraca w 5 minut.

Teraz trochę wrażeń z samej rozgrywki, czy też zawodników. W większości wypadków gra się całkiem przyjemnie nie miałem większych zaostrzeń. Jeśli miałbym wskazać kto mi nie podszedł to wskazałbym na Cell.


Po każdej rundzie i jednocześnie lekcji, bo tak jest opracowana pierwsza kampania nawet się wciągnąłem. Dość dobrze devowie zachęcają do eksperymentowanie i zapoznania się tajnikami gry. Przez brak większego progu wejścia szybko ogarnąłem swój dream team.

Sielanka jednak się skończyła w momencie kiedy trzeba już wszystko ogarnąć na poważnie z uszczuploną drużyną. Tak jak pisałem już wcześniej zaczyna się robić rotacje w zespole. Dopiero na końcu mechanika regeneracji wychodzi na pierwszy plan.

Bardzo się męczyłem na końcu. Odklepując po raz enty kolejny wariant tej samej historii nie miałem większej motywacji. A na horyzoncie majaczyły już Gears of War 3. Więc nie zrozumcie mnie źle. Szlifowanie skilla nie było częścią mojego planu wobec Dragon Bal Fighter Z.


Nim skończę parę zdań o dodatkowych trybach. Dostępna jest już wieża, w ramach której trzeba stoczyć szereg pojedynków bez ani jednej przegranej. Jeśli komuś było mało to tutaj pojawiają się kolejni herosi do przetestowania. Korporacje nie były sobą jakby nie dodali pary dodatkowych zawodników za ukrytą płatną ścianą. Poklikałem trochę, ale jest to tylko ciąg dalszy tego co dobrze znałem.

Podobnie spraw się ma z turniejami mocy. Możliwe jakby dodali jakieś modyfikatory to, kto wie? Mógłbym się skusić na jeszcze parę rund, a tak z wielką chęcią odstawiłem to na półkę.

Podsumowuje Dragon Ball Faither Z w taki sposób. Produkt solidny. O całkiem dobrej optymalizacji. Wad ma nie wiele, ale potrenować trzeba, bo klikanie na palę nie jest właściwą drogą.

Najdziwniej wypada system zapisu. Pamiętajcie jak się zrobiło save to lepiej dać wyjście do menu niż zaczęcie mapy od początku. Szkoda na to nerwów i czasu, a zwłaszcza wtedy jak się pracuje. Ocena końcowa 7/10, gra jest po prostu dobra. Jeśli jednak ktoś preferuje taką rozgrywkę to może dodać punkt lub dwa. Animacje to cud malina, a klatkaż dostateczny, aby rozwinąć skrzydła.






Share:

Ostre psy, czyli jat to listonosz Pat stał się ostrym gliniarzem

Oglądasz sobie komedie taką lekką i przyjemną, a przynajmniej wynika tak z początku seansu. Lecz to co zobaczy się później już się nie od patrzy.

Pomyślałem sobie, a może obejrzeć brytyjską komedię. Coś z sarkazmem i ostrym dowcipem, a także okraszone absurdalnym montażem. Przez przypadek trafiłem na Ostre psy z 2007 r. Początkowo myślałem, a co tam, będzie to jakieś pokręcone i zabawne.


Szybko okazało się jak bardzo dałem się nabrać. Idąc jednak tradycyjnie zacznę od samego początku. Główny bohater singiel, pracoholik i służbista, ale nie w złym znaczeniu. No prawie, bo co nieco przesadza.

Sam początek to szybkie przedstawienie jego możliwości i szybkie przejście do właściwego miejsca akcji. Zanim jednak przejdę do tego warto zwrócić uwagę na to jak kontrastują dowcipy z trzeźwym spojrzeniem protagonisty.

Warto to zapamiętać, bo na tym będzie się opierać dalsza część filmu. Od chwili kiedy sierżant Nicholas Angelich trafia do spokojnego miasta wyłapuje pewien dysonans jakiś problem wiszący w powietrzu.


Przez dość długi czas reżyser bawi się z widzem dając znać lub coś sugerując. Przede wszystkim stara się stworzyć odpowiednią atmosferę. Do tego próbuje się narzucić jakiś motyw, który odpowiednio nastawi do tego, czego można się spodziewać.

Liczne momenty jak wizyta u staruszka co strzygł cudzy żywopłot zapoczątkowało coś znacznie większego. Bardzo chętnie nakreśliłbym co dokładnie się stało, lecz byłoby to zbrodnia przeciw ludzkości. Dopiero jak tajemnica miasta zaczyna wychodzić na wierzch wszystko nabiera rumieńców.

Teatralny akcent, jaki zbrodnia przebrała nie pomagał w tym żadnym razie. Prawdę mówiąc, powiedziałbym, że zostałem zszokowany tym co zrobili z tym filmem. Przeobrazili go w parodię kryminału i westernu. Zaznaczę jeszcze jeden, a znaczący fakt. Stopień brutalności bywa naprawdę spory, a więc na seans rodzinny ta produkcja za bardzo się nie nadaje.


Zatrzymam się przy stwierdzeniu to czarna komedia. Bo to co idzie dalej już zakrawa na coś zupełnie jeszcze innego. Trudno określić to jednoznacznie. Zapewniam warto zapoznać się takim jednym wielkim absurdem.

Największą zaletą Ostrych psów to plejada naprawdę zakręconych postaci. Niczym Morderstwie w Orient Ekspresie nic nie jest tym za co się wydaje. Jeśli komuś było mało miasteczko rodem z listonosza Pata jeszcze bardziej to potęguje. Po każdej minucie zadawałem sobie pytanie, co jeszcze dodadzą?

Zaskakiwali raz, po razie i to było naprawdę piękne. Wszystko to się kotłuje i miesza, aby rozsadzić na samym końcu. Finał jest kwintesencją zapożyczającą sobie z westernów. Wróć, będzie lepiej będzie powiedzieć różnorakich motywów.



Podsumowujmy jak wypadają Ostre psy? Parodia kina akcji, komedii obyczajowych z widoczną nutką gore. Brytyjski dowcip bardzo silny, a do tego ta pełna nieszablonowość. Liczne nawiązania to naprawdę przemyślany scenariusz. Polecam ten film dla każdego dorosłego fana kina. Ocena końcowa 10/10. Pierwsza dyszka w tym roku :D






Share:

Fullmetal Alchemist The Revenge of Scar (recenzja live action)

Są filmy wysokobudżetowe i niezależne. Warto przyjrzeć się produkcją, które znajdują się pomiędzy. Czy są one dobre, a może ujdą w tłoku to okaże się w trakcie oglądania.

Dziś przygotowałem dla was coś całkiem świeżego. Będzie to adaptacja anime Full Metal Alchemist. Pierwszy raz miałem okazję zetknąć się z wersją live action. Praktycznie nie wiedziałem czego mogę spodziewać się po takim filmie.


Napisze od razu, że się nie zawiodłem. Było całkiem dobrze jak na taki projekt. Zdaje sobie sprawę doskonale jak trudno przełożyć te skrajnie różniące się od siebie media. Choćby aktorzy się troili nie będą w stanie wykonać tych min jak i innych charakterystycznych zachowań.

Mimo tego naprawdę się przyłożyli do swojej pracy. Na każdej scenie widać było doskonałą znajomość materiału źródłowego. Zważając na to kiedy miał premierę film (2022 r.) to robi wrażenie.

Po potworkach jakie wychodzą w ostatnich latach takie podejście zasługuje na szacunek. Lecz nie mogę powiedzieć: Fullmetal Alchemist The Revenge of Scar to niedościgniony ideał. W głównej mierze problem leż w scenografii i efektach specjalnych.


Tutaj jest naprawdę źle, o ile w plenerach jest jeszcze dobrze to już tam, gdzie panuje CGI widać to jak na dłoni. Wszystko przypomina graficznie czasy pierwszych gier na siódmej generacji. Pies to jeszcze trącał. Kolejną bolączką była praca kamery i tego jak to trąciło plastikiem. Jakby za zrobienie tego filmu odpowiadali jacyś fani to było całkiem nieźle. A tak jest jak jest, czyli źle.

Skupię się teraz na zaletach i ogólnie przebiegu wydarzeń w Fullmetal Alchemist The Revenge of Scar. Przede wszystkim tytuł ten nie trąci nudą, a zarazem nie wypchali, go nadmiarem akcji, która miałaby odwrócić widza od bolączek.

Można śmiało pochwalić za naprawdę wierne oddanie poszczególnych bohaterów. Powiem więcej niektórzy byli wierną kalką jeden do jednego. Nie tylko chodzi o ich zachowanie, czy oddanie ich motywacji to dosłownie idealne oddanie samej esencji oryginału.


Teraz nieco szerzej, bo za dużo tutaj ogólników. Zacznę od tego, że warto znać anime, aby się nie pogubić kto jest kim. Fabuła filmu rozgrywa się już hen daleko, a nie od początku przez to można nie zrozumieć, o co tu chodzi. Wątek kamienia filozoficznego pojawia się w sumie pod koniec jak już wszystkie karty są niemalże na stole. 

Natomiast ci z was co znają mange lub anime od razu będą wiedzieć co i jak. Jeśli coś mogło zaskoczyć to charakteryzacja. Mamy tutaj pewne przedziały ligowe. Przykładowo ojciec protagonistów jest naprawdę wiernie otworzony.

Zdarza się jednak i tacy, którzy są na granicy akceptowalności. Słynny mnich mściciel był właśnie swoistym przykładem. Ubiór i tatuaże spoko, ale czemu dali takiego chuderlaka? Mógł być bardziej przepakowany, ale na to można przymknąć oko.


Kolejnym tematem, jaki mnie intrygował to wspomniana gra aktorska. Kto ogląda anime ten wie jak oni się tam zachowują. No cóż, tam gdzie się dało to wyciągnięto co najlepsze. Przykładem tego niech będzie relacje między braćmi. Widać było jak bardzo są ze sobą zżyci i na co są gotowi. Normalnie 10/10 za scenę finałową!

Wspomniano też o słynnej wojnie, w której brali udział państwowi alchemicy. Stąd zresztą sam pod tytuł zemsta Blizny. Ukazano ból i wyrzuty sumienia, jakie pozostały po tamtych wydarzeniach. Co istotne sposób, jaki to zrobili. Nie zagrali jak w klasycznym dramacie wojennym. Postarali się, aby oddać jak najlepiej styl z anime.

Podsumowujmy Fullmetal Alchemist The Revenge of Scar. Jeśli jest się zaznajomiony z anime lub poprzednią częścią można sięgnąć po ten film. Nikt nie trudzi się na tłumaczenie kto jest kim. Odgórnie zakłada się, że widz będzie to wiedział. Część rzeczy różni się, ale i tak jak na dzisiejsze standardy wiernie się trzymano źródeł. Boleje tylko nad wszelkimi elementami CGI.  


Czy mogę polecić ten tytuł? Koniec, końców jest na zadowalającym poziomie. Pamiętając z grubsza fabułę i wygląd bohaterów pierwszy i drugoplanowych nie miałem problemu, aby się zorientować kto jest kim. O, tutaj jako jedyny wyjątek przedstawiono poszczególne osoby głośno i wyraźnie. Ocena w miarę sprawiedliwa, ale wciąż subiektywna to 7/10.
Share:

Suzume no Tojimari, hit czy kit?

Zamknijcie oczy i usłyszcie głosy tych, co tu mieszkali, a dziurka na klucz sama się pokaże.

Wreszcie obejrzałem Suzume no Tojimari, oj jak ja długo czekałem na ten dzień. Najnowsze dzieło Makoto Shinkai – sama olśniewa jak zawsze. Zmiotło z powierzchni ziemi, metaforycznie ma się rozmieć.


Od samego początku autor puszcza oczko do widza. Aby wyłapać wszystkie smaczki warto zapoznać się ze poprzednimi jego filmami. Zapewniam was naprawdę warto to zrobić. Naprawdę nie spodziewałem się jak wiele tego tam będzie.

Równocześnie widać spore zmiany, jakie zaszły od czasu Tenki no Ko, które z kolei można było nazwać Twoje imię 2.0 W Suzume no Tojimari postawiono na coś całkiem nowego. Motyw wędrówki, w której trzeba odnaleźć siebie.

Postaw krok, a następnie drugi nim się obejrzysz będziesz już za progiem drzwi. Co tam się kryje? Kogo się tam spotka? Oglądając ten film miałem wrażenie, że każe się nad tym zastanowić. Główna bohaterka Iwato Suzume wyrusza w niezwykłą podróż nie tylko po to, aby zrozumieć siebie, ale co ważniejsze, aby uratować świat.


Tym razem dla miłej odmiany nie będzie to USA. No i znowu się rozpisałem ciut nie na temat. Zacznijmy więc od te, co wyszło, a jest tego całkiem sporo. Po pierwsze nowa formuła, która nieco różni się od tego co do tej pory widziałem. Jak już miałbym się pokusić to powiedziałbym, że mamy tu powrót do 5 cm na sekundę (Byōsoku 5 Centimeter).

Nawet charakterystyczne ujęcie mogłem wyłapać. Znaki rozpoznawcze jak zawsze na plus. Dzięki dodaniu znajomych rzeczy z twórczości Makoto Shinkai – sama szybciej poczułem się jak u siebie. Wygodnie zasiadłem przed wyświetlaczem i dałem się wciągnąć tej przygodzie.

Lecz jak się zacznie przyglądać szczegółom sporo jest nowości. W czasie tej wyprawy z południa aż prawie na samo Hokkaido Suzumme spotka wielu bohaterów. Każda z tych indywidualności ma coś do powiedzenia. Nic się tam nie marnuje, wzbogaca zawartość, o coś niepowtarzalnego.


W jednym przypadku zobaczyłem postać do złudzenia podobną do pewnej dobrze mi znanej osoby. Jeśli to czytasz to pozdrawiam serdecznie (śmiech). Trochę to naiwne, ale rośnie serce jak widziałem tę falę dobroci od obcych ludzi, którzy okazali protagonistom życzliwość.

Liczba mnoga nie była przypadkiem. W historiach wychodzących spod ręki Makoto Shinkai – sama nie może zabraknąć kogoś jeszcze, bo do tanga trzeba dwojga. Wątek miłosny też tu będzie, ale nie wystawiony na pierwszy plan. Tym razem jest odsunięty gdzieś dalej. Czy to dobrze? W pewnym sensie można tak stwierdzić. Przez taką decyzję główny wątek mógł lepiej się zaprezentować.

Skoro już przy tym jestem. Elementy nadprzyrodzone, czyli magia, bogowie itp. mogę na spokojnie odhaczyć z listy. Bóstwa odegrały tu o wiele większą rolę niż zazwyczaj, a do tego szybko dały o sobie znać. Przez większość czasu przybrały postać Daijin, który przybrał formę kota. Potem jednak zaczyna się pewne zaplątanie.


Chodzi o to, że główne wyzwania, jakim milusińscy musieli stawić czoła to jeden i ten sam przeciwnik. Element walki z nim początkowo intrygował. Bogata animacja pomagała przy tym jeszcze bardziej. Nie żałowali na to ani jednego jena.

Jednak dalej nie było, aż tak różowo i w tym momencie wchodzi Iwato Tamaki. Nie ma tu zbieżności nazwisk. Do tego zestawu jeszcze warto dodać, że owa dama jest ciotką protagonistki. Pierwszy raz spotykam się, aby ktoś inny pokazał się z rodzinny.

Mimo bycia opiekunką prawną to spokojnie mogłaby dostać tytuł matki roku. Wprowadza ona sporo energii i jeszcze więcej emocji. Nie mogę się oprzeć i nie dodać: niezbędnych w tej historii. Jej wszelkie uwagi po prostu były bezcenne. Co jeszcze wiąże nasze drogie panie to miłość, a raczej jej brak w ich życiu. Chodzi w skrócie o partnera życiowego.


Jedna nie widzi kogo ma koło siebie, a druga wprost przeciwnie. Warto zabrać lupę, aby nie pominąć tych drobnych chwil, w których to widać. Bo jest tego trochę, a łatwo pominąć. W pewnym momencie jak już uderzono prosto z mostu złapałem się za głowę mówiąc: kiedy do tego doszło? Nie róbcie tego samego błędu i patrzcie uważnie.

Teraz o jednej, acz ważnym braku, a mowa to o piosenkach. Jest ich stanowczo za mało. Brak tu kawałków, które będzie odsłuchiwać długo po tym jak skończy się seans. Na tym jednym się zawiodłem.

Szczęśliwie finał był genialny jak zwykle i pozamiatał wszystkie niedociągnięcia z powierzani. Nie będę owijać w bawełnę i gorąco rekomenduje tę produkcję. Jest tu wszystko, za co pokochałem powszednie filmy spod ręki mistrza. Ocena może być tylko jedna.... Otwarta xD
Share:

O jednym kocie co mistrzowskim chciał być (anime Dekiru Neko wa Kyou mo Yuuutsu)

Jak powiedzieć coś, co nie można, lecz jest prawdą ciut wstydliwą? Jak ujawnić fakt braku umiejętność gotowania? Po co mnie pytacie sami zobaczcie.

Koniec pierwszego miesiąca tego roku wymaga uczeniem spokojnym anime. Dekiru Neko wa Kyou mo Yuuutsu z całą pewnością do tego się zalicza. Z jednej ustronny mamy tu całkiem niezłą produkcję, gdzie jest sporo akcji. Równocześnie nic tam nie ma.


Ta sprzeczność polega na braku jakiś konkretnych zwrotu wydarzeń. Na upartego wstawiono niekiedy dość zaskakujące wątki. Skoro powstał taki wstęp dodam, że zabierałem się prawie rok z tą serią. Wyobraźcie sobie zacząłem oglądać przed operacją, a skończyłem dopiero teraz.

Wracając do rzeczy, początkowo anime jest przeładowane CGI. Jasne wszystko dziś jest dziełem komputera, ale to już widać wybitnie czym było. Sporo też stosowano ująć mających udawać długą ogniskową.


W dłużej perspektywie było to dość powtarzalny zabieg i często wykorzystywany, a o recyklingu ujęć nie wspominając. Cała reszta fabuły przybrała formę sitcomu, bo poszczególne sytuacja rozgrywają się najczęściej w domu i pracy Fukuzawa Saku.

Humor spełniał dużą tu role, jak na to nie patrzeć w głównej mierze się na nim opiera ta produkcja. Cytując klasyka źródłem komedii jest dramat. Nie jest tu inaczej, bo mimo pewnej sielankowej atmosfery dzieje się coś niepokojącego.


Nie chodzi tu nawet o wykonanie, a same relacje, jakie panują w domu Saku – chan. Musicie coś, wiedzieć, bo to ważne ona ma mistrzowskiego kota. Teraz trzeba to rozszerzyć, czym takowy neko jest? Otóż piekielnie inteligentnym zwierzakiem, które osiąga rozmiary ludzkie, a do tego potrafi gotować, prać i sprzątać itp.

Wszelkie dowcipy to nic innego jak humor sytuacyjny, Dość standardowy, lecz tym razem nie żenujący. To co zwróciło moją uwagę było pokazanie nierówności, jaka tam panuje. Wiadomo, że ma to być przerysowane i wyolbrzymione. Jednakowoż jak przypomnicie sobie na czym polegały pierwsze bajki to zrozumiecie, w czym rzecz.


Przymykając jednak na to oko i dając się porwać można naprawdę dobrze się bawić. Relacje między Saku, a Yukichi zmieniały się. Tak bym napisał tradycyjnie. Tutaj raczej są pewne wyróżniki tego, co naprawdę się tam kryje. Nasza roztargniona protagonistka całym sercem jest za swoim kotem. Jednak on był stereotypowym przykładem interesownej wersji kota.

Ci z was co mają takiego pupila w domu wyłapią charakterystyczne sygnały, jakie daję ogonem. Jeśli ich nie wyłapiecie to na spokojnie da się ogarnąć poprzez bardziej znane zachowania. Powiedziałbym jeszcze jak sprytnie dano pstryczka w nos korporacyjnej kulturze pracy. Siedzenie od rana do późnej nocy, a do tego przymusowe popijawy majce na celu integrować pracowników. Rezultatem tego był taki... Bałagan, a raczej śmietnik w mieszkaniu samodzielnie żyjącej Saku – chan.

Podsumowujmy Dekiru Neko wa Kyou mo Yuuutsu to anime, które zachwyca naprawdę dopracowanymi projektami graficznymi. Jednocześnie nie ma co zapominać o tym, że dodano co nieco tandety 3d. Fabuła się nie pląta, ale nie wyjaśniono wszystkich wątków. Yukichi origins to bardziej mętlik, a niż jakieś rozwinięcie. Lepiej było już sobie to darować mimo faktu, że było punkt fundamentalny. Ocena końcowa 7.5/10
Share:

Boso przez Azeroth, Odcinek 4: Syndrom hazardzisty

Wow jest jak zagadka, cały czas trzeba się zastanawiać nad tym jaka jest prawidłowa odpowiedź, bo to co się widzi nie musi być oczywiste na pierwszy rzut oka.


Kolejny dzień kolejne rajdy. Jeszcze niekiedy zaglądam na instancje Hc, ale powiem szczerze tylko po to, aby zdobyć brakujące transmogi. No ok, idąc dalej i coraz bardziej wgryzając się w end game zauważyłem pewne rzeczy.

Blizz starając się uprościć zabawę pod kątem organizacyjnym, czyli poprzez zebranie party totalnie udupił kwestię integracyjną. Na liczniki mam już 146 godzin i 448 item lv. Póki co nie było realnej potrzeby angażowania się i dołączenia do jakiejś gildii.

Jednak dodam prawie, bo miałem chwilę słabości jak te parę dni temu, aby dostać się na jakiś raid czekałem od 40 do nawet półtorej godzinny. Zrobiłem dla hecy mały test, a mianowicie napisałem na ogólnym chacie, czy ktoś mnie przyjmie. Niby nic, tylko spam, jaki tam się wyświetla sprawia, że wyłapanie czegoś graniczy z cudem.


Początkowo nikt się nie odezwał tak jak się spodziewałem. Ku mojemu zaskoczeniu dostałem na priv propozycje. Myślę sobie dobry początek, może jednak opłaca się skusić. Zwłaszcza jak znowu w kolejce lfr (looking for raid) sporo zejdzie sporo czasu. Zdaje sobie sprawę z drugiej opcji, szukania pt, lecz tam nie było lepiej.

Szybko się przekonałem, że mimo braków w gildiach dalej nic się zmieniło i bycie tej grupie to strata czasu. Utwierdziło mnie to zwłaszcza komunikat w kalendarzu, gdzie tu cytuje wymagana znajomość strategii. Ok, wiadomo nikt nie chce tracić swojego czasu. Jednak z drugiej strony jak się wie, co i jak, a także item lv dobry to można iść równie dobrze z randomami. Kiedy tobie pasuje, a nie im, co tu ukrywać łaski nie robią.

Równolegle byłem zaskoczony jak grupa przypadkowych ludzi zagrała podstawowy rajd i nie dawała początkowo rady, ale lider wytłumaczył co i jak, a następnie wszystko się powiodło. Czyli co? Tworzymy nowy legion, który będzie rozumiał, o co tu chodzi?


Teraz nieco o mechanikach. System rozdawania dropu jest tak samo kiepski jak go zapamiętałem. Ludzi od chu*a, a nagród tyle co nic. Wychodzi na to, że wielokrotnie człowiek będzie się musiał obejść smakiem. Przez coś takiego można się zniechęcić lub dostać syndromu hazardzisty, który liczy na kolejną rundę, a może teraz coś pójdzie?

Jednak przemyślana to jakoś i załagodzono tą bolączkę. Po pierwsze, jest szansa na te parę itemów w ciągu tygodnia. Istotniejszy jednak jest system podbijania statystyk, o którym pisałem w poprzednim wpisie. No i nie zabrakło dobrze znanego skarbca aspektów.

Kolejną opcją są rajdy legacy. Dopiero niedawno na nie się wybrałem. Pierwszy był Ulduar pomyślnie nie poszła walka z bossem. Równolegle zaliczyło mi zadania, jakie miałem tam do wykonania, a przez to wyszedłem na plus.


Przechodząc nieco dalej weszło też sporo aktualizacji, które są naprawdę przydatne. Healerów i tanków jest jak na lekarstwo. Z drugiej strony nikt nie chce się pchać na te funkcje, bo odpowiedzialność większa, a szansa na drop to dalej 20%. Teraz jest możliwość dziesięć razy dziennie wybrać się na instancje z bootami. Dzięki temu można nauczyć nowych funkcji. Mogą one symulować normalną grupę lub podążać za graczem.

Kolejna ciekawą nowością jest odbicie miasta Gilneas. Miałem to szczęście, że trafiłem na większą grupę ludzi, którzy się też tam wybrali. Widząc jak tłumy ludzi grają obok siebie, a nie razem sprawiło wrażenie prawdziwej bitwy. Nie obraziłbym się jakby to bardziej rozszerzyli o dodatkowe aktywności i jakiś ciąg dalszy. Dobra zabawa, a skończyła się stanowczo za szybko. Podobnie sprawa miała się z Ewenem w powrocie do archiwów.

Dodano jeszcze parę nowości. Dziwi mnie brak oznaczenie w samej grze tak, aby gracze mogli dodrzeć do nich w miarę szyszko. O ile jeszcze do Gilneas dodali npc przy portali do Burzo grodu tak do reszty już nie. Ich zdaniem ludzie będą sami szukają, bo im szkoda wstawić jakiś oznaczenie, gdzie to znaleźć.


Na koniec małe przemyślenia dotyczące zarabiania w grze. Na co idzie gold, który dość hojnie jest rozdawany? W domu aukcyjnym na broń i pancerz się go nie wyda, bo to, co oferują można zdobyć na instancjach. Jeśli jednak coś wartego uwagi się pokaże to po pierwsze za drogie, a po drugie i tak nie jest to max set. Póki co nie wgłębiłem się w ten temat na tyle głęboko, aby coś konkretnego stwierdzić. A może wy mnie uświadomicie, na co ludzie gromadzą to złoto?

Tak minęły mi kolejne godzinny w War of Warcraft. Raz lepiej, a raz gorzej, ale zawsze do przodu. Póki co balans jest na plus i coś czuje, że przedłożę dalej subskrypcje.

Share:

Boso przez Azeroth, Odcinek 3: Jeszcze jedna tura

Na dobry początek w ten weekend pokażą się dwa odcinki Boso przez Azeroth! Czemu tak, a nie inaczej? Bo raz dużo się działo od ostatniego wpisu, a dwa nie skończyłem ogrywać Dragon Ball Fighter Z. Co sprowadza do konkluzji: grał za dużo w War of Warcraft (tak było nie zmyślam).

Startowym tematem będzie subskrypcja. Jak się mówi o pieniądzach to od razu napięcie rośnie. Dla wielu ten finansowy element jest przeszkodą nie do przeskoczenia jeśli chodzi, czy zagrać w Wow. Równolegle mamy jakże wspaniałą alternatywę F2p, czyli wał jak ta Polska długa i szeroka. Oczywiście da się tam grać za darmo, ale płaci się czasem. W mojej opinii czas jest ważniejszy niż te 50 zł na miesiąc.


Blizzard w swojej sztandarowej produkcji przynajmniej nie udaje, że nie chce kasy za usługę, której jest właścicielem. Sam się przekonałem, że wiedząc, co można tam robić plus śledząc plany rozwoju na dany rok można naprawdę dobrze się bawić. Lecz nie będę się tu rozpisywał o wyższości jednego płatniczego modelu nad drugim.

Pragnę bardziej zwrócić waszą uwagę jak ta wielka korporacja robi ludzi w „interes”. Mianowicie mamy wspomnianą subskrypcję i czas cyfrowy. Wbrew pozorom jedno i drugie nie jest tym samym. Opcja pierwsza podpina się soją kartę debetowa pod konto i będą pobierane automatycznie pieniądze. Z kolej w drugiej odgórnie płaci się za ten miesiąc lub dwa. Co je łączy? Można w dowolnym momencie zrezygnować i odzyskać kasę za kolejne 30 dni, których się nie wykorzystała.

Aktualizacja
Po złożeniu rezygnacji ma się zaledwie 3 dni na doszukania opcji odzyskania pieniędzy. Blizzard o tym nie informuje ani nie daje opcji, aby tam przejść.


Różnica w skrajnych wariantach to ok. 20 zł na miesiąc, a w skali roku ok. 240 zł. Podaje mniej więcej taką kwotę, bo Blizz pobiera w euro opłaty. Wiec jeśli się ktoś zdecyduje na półroczną lub roczną opłatę może co nieco zaoszczędzić. Równolegle mamy możliwość w dowolnym monecie pożegnać i zabrać swoje pieniądze.

W takiej sytuacji można zadać pytanie, jak im się opłaca? Mam na to dwa teorie. Po pierwsze z góry dają zawyżoną cenę, czyli abonament nie jest nawet wart tych pięciu dyszek, a druga możliwe, że bardziej prawdopodobna gracz płacący jeden z dłuższych abonamentów nie zrezygnuje, bo wiedział doskonale, na co się porywa.


Teraz wracamy do tego co tygrysy lubią najbardziej, czyli samej gry. Już dawno nie miałem tak, że MMO mnie wciągnęło. Od razu uprzedzam to nie jest to słynne uzależnienie, a zachwyt w stopniu umiarkowanym. Wreszcie mam MMORPG które jest rozwijane w sposób regularny, a nie raz na ruski rok.

Nareszcie się przełamałem i zacząłem chodzić na rajdy. Fury of Storm było chrztem bojowym. Z jednej strony było to ekscytujące. A z drugiej okazało się być na poziomie boss train z Gw2, w którym często brałem udział.


Idąc dalej zajrzałem w kolejnym dniu na następne rajdy. Czy było fajnie i jasne, a to dzięki  addonowi DBM (Deadly Boss Mods) jest naprawdę pomocny. Wszelkie ostrzeżenia o tym, że trzeba się odsunąć lub uważać na zmieniające się warunki to coś bezcennego. Gorzej jak się ogranicza do napisania o nazwy ataku, a ja nie wiem, co to dokładnie ma być.

Po trzech rundach udało mi się zdobyć topór na 450 ilvl Z jednej strony fajnie, bo to pierwszy drop, a zarazem rozczarowanie, bo nie jest to jednoręczna broń. I sprzedać też się nie da, ale jak chcę założyć ostrzega przed blokadą na sprzedaż. Inną sprawą jest fakt, że jest dość łatwo. Zlekceważyłem przez to bossa i zaliczyłem zgon. 

Odkryłem w końcu (brawo ja), że wszelkie zdania są warte robienie nie tylko z reputacją Upgrade itemów wymaga różnych „żetonów”, które się właśnie dostaje z q. Więc róbcie, a będzie wam dane. Wyciągnąłem na tym 3 item lvl. Dodatkowym bonusem było odblokowanie skarbca aspektów i dostałem maczugę. Miałem też inne opcje, ale akurat takiej broni potrzebowałem, aby uzupełnić wyposażenie.

Dalszy ciąg tego co zrobiłem pokaże się w niedziele! 
Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie