Moi mili kolejny rok prawie nam minął. Mamy wyjątkowy świąteczny okres. Dlatego życzę wam samych sukcesów, aby każde combo wchodziło i żeby życie wam dobry gier nie żałowało i co to tam tyle chcecie :P
-
Recenzje
Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo
-
Manga i anime
Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj
-
Filmy i seriale
Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć
-
Publicystyka
Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem
Call of Duty czy dawniej był lepszy, a może gorszy?
Obiecałem
napisać tekst o CoD’dzie i oto jest. Przedstawię swój, a jakże subtelny pogląd,
czy Wezwanie do Służby staje się coraz lepsze, a może gorsze?
Przeszedłem parę części
dobierając je losowo, aby uniknąć tradycyjnego oceniania danej części przez
pryzmat poprzedniej. Dobierałem je randomowo przeskakując raz do przodu, a innym
razem do tyłu o te kilka lat. Przestudiowałem sobie to co napisałem i doszedłem
do ciekawych wniosków! Najgorsze odsłony to nie te co wychodziły po Black Ops 2!
Sytuacja jest o dziwo
odwrotna wszystkie starsze części jak Cod2 czy taki MW2 okazały się
znacznie obniżać poziom. Natomiast znienawidzony Ghost lub Infinite Warfare robiły coś zgoła
innego. W tym momencie należy zrobić pauzę i zastanowić się w czym rzecz.
Dlaczego tłumy ludzi głoszą z pełnym przekonaniem, że kiedyś CoD był lepszy, a setting II wojny
jedynym właściwym.
Widzę dwa zasadnicze
powody! Pierwszy to zderzenie z czymś zachwycającym i niepowtarzalnym. Drugą rzeczą jest chęć posiadanie ciągle tego samego w coraz to nowszej odsłonie. Wspomnieć też
muszę o nawet ważniejszej rzeczy niż te, o których pisałem powyżej. Nostalgii!
Tak jest, człowiek ma tendencję do idealizowania tego co zrobiło na nim
największe wrażenie i zapominania o błędach, niedociągnięciach czy kiepskich
rozwiązaniach w rozgrywce.
Żeby daleko nie szukać
przykładu ludzie z Blizza powiedzieli kiedyś: wy naprawdę nie chcecie WoW classic. No i co z tego wyszło? Wylano
na nich wiadro pomyj. Kiedy klienci dostali to co chcieli stało się coś
niesamowitego! Liczne raporty o „błędach”, a nie czekajcie to weterani
zapomnieli, że w ich raju też nie było, aż tak wspaniale.
Teraz przejdźmy z
powrotem do naszej służby. Mamy tu podobny problem, ale jest on znacznie
głębszy. Część graczy kocha i ubóstwia dobrze znane rozwiązania, a druga grupa
mówi czas na zmiany. Stojąc tak między młotem, a kowadłem powstały potworki jak
World at War. Odbiłem się od tej
produkcji jak piłeczka kauczukowa. Możliwe, że po prostu po spędzeniu kilku
tygodni z CoD’em czułem się ”przejedzony”. Ale zobaczyłem tam wszystko to co
najgorsze.
Mowa tu oczywiście o
miałkiej fabule i jeszcze gorszej rozgrywce. Nie umiałem się zmusić do
przejścia kampanii. O dziwo poprawę można zauważyć od momentu powstania Black
Ops 1.
Co prawda nie ma recki z tej części, ale możecie mi wierzyć, że
grałem. Dalej jest już prawie tylko lepiej.
Często pisałem, że
solidnie jednakowoż tylko w odsłonach wydanych po 2010 r. dawałem ocenę 8+.
Jest w sumie pewna ironia, że te gorsze części miały dodawane nowości w postaci
egzoszkieletów, side questy, a nawet możliwość podejmowania decyzji które mogły
wpłynąć na zakończenie.
Generalnie nie jest
tak, że coś jest czarne lub białe, a są jeszcze pośrednie odcienie szarości,
których nikt nie chce zauważyć. Pędzący za stadem ludzie wyłączają myślenie. Wspomagają
to też media, które będą bagatelizować nowości i starania twórców. Głosząc jak
mantrę hasło kiedyś to było lepiej. A co takiego było? Fale klonów zalewające
nam cały ekran parcie na przód w sposób bezsensowny. W MW4 podkreślałem brak rekcji Si na to co robię i przez co widać, że
mamy tylko wydmuszkę.
Natomiast CoD 2 maskował swoje liczne błędy z
kolizją itp. wysokimi jak na owe czasy wymaganiami. Co zrobiono później lepiej
w słynnych gniotach? Dano motywację do grania, pamiętne chwile i robiono coś
wbrew części ludzi, którzy tylko chcieli ciągle tego samego. Poprawiono
rozgrywkę, broń w końcu miała odrzut i samo przeładowanie działo lepiej. Wbrew
pozorom są to naprawdę ważne elementy.
Ghost
urozmaicił formułę wstawiając znakomite wstawki filmowe w których czułem się
jak komandos (śmiech). Można wymieniać tego więcej. Ale czy nie lepiej samemu
zagrać i się przekonać?
Podsumowując
Call of Duty wypada jako solidna lub przeciętna
seria, która ma gdzie nigdzie jakieś przebłyski. Dla radykalnych fanów
wszystkie części przed 2010 będą bardzo dobre, a z nowszych tylko Black Ops 1 i 2. Natomiast dla
kogoś kto podszedł do tej marki znacznie później sytuacja pokazuje się zgoła
inaczej. Ani razu nie wspominam o grafice po to jest kwestia narzędzi jakie
mogły poszczególne studia użyć w danym okresie czasowym.
Z tego też powodu nie
wchodzi to w kryterium oceny. Sama rozgrywka i kampania to już co innego. Half-Life
z 1998 r. bije większość współczesnych FPS pod względem Si, a o genialnych
starych grach fabularnych nie będę wspominał. Więc nikt nie mówi, że mechaniki
są gorsze lub niedopracowane z powodu wieku.
Jak widać mit obalony
stare nie jest zawsze jare, a nowe to gniot. Starajcie się sami przeanalizować
to co macie, a nie tylko sugerujcie cudzymi opiniami, bo to że ktoś jest
redaktorem w jakimś serwisie nie czyni go wszech wiedzącym.
Recenzja Quanzhi Gaoshou
Który
to mamy miesiąc? Co? Już grudzień, ale ten czas mija. Koniec roku za pasem, a
ostatnio piszę prawie ciągle o anime. Dzięki Onee – chan zmieniałaś ten blog z
gier na „chińskie bajki”.
Skoro jesteśmy przy
temacie „bajek” to trafiłem w ostatnim czasie na dość ciekawą serie Quanzhi Gaoshou. Od samego początku
przypadła mi do gustu. Dorośli bohaterowie, a do tego nerdy grające w MMORPG.
Wiedziałem, że to coś dla mnie. Jednak kluczowym elementem był język. Zamiast
tradycyjnego japońskiego usłyszałem chiński.
Kto by się spodziewał,
że coś takiego może odegrać sporą role w odbiorze produkcji. Różnice między
klasycznymi wersjami, a tych bazujących na manhau
są widoczne, a przynajmniej w tej o której piszę. Przede wszystkim liczba
animacji komputerowych jest od zatrzęsienia. W pierwszych odcinakach bardzo
kuło to w oczy z powodu swojej kiepskiej jakości. Szczęśliwie same modele
postaci i sposoby ich ruchu nie odbiegały od standardu do jakiego już się
zdążyłem przyzwyczaić.
Wygląd bohaterów
powinien przypaść większości do gustu, bo co tu ukrywać nie zabrakło w Quanzhi
Gaoshou kawaii dziewczyn, które mają to co mama w genach dała. Panie też
swoje dostaną więc parytety są mniej więcej zachowane. Przejdźmy teraz do
zachowań postaci, czy się różnią od tych ze głównego nurtu? W moim odczuciu
niektóre z nich podchodzą w całkiem inny sposób do znanych schematów, które są
mi i wam dobrze znane.
Przez cały pierwszy
sezon miałem wrażenie, że jest to hmm, zachodni serial który jest stylizowany
na anime. Możliwe, że to nowe jak dla mnie podejście i sam język wprowadził
taki, a nie inny klimat. Trochę się powtarzam, bo chciałem się najbardziej
podzielić wrażeniami z różnic między Japońskim, a Chińskim anime.
A teraz to co
najważniejsze fabuła jest bardzo, ale to bardzo dobra. Pokazuję życie
esportowca, a ujmując rzecz bliżej relację i podejście ich do gry jako sportu.
W przypadku bohaterów QG skupia się to na samym konkurowaniu w biciu rekordów
na poszczególnych instancjach i bossach.
Drugim ważnym wątkiem
jaki jest poruszany to zazdrość i zawisłość jednostek, które mają sporą siłę
oddziaływania na społeczność danej gry. Dużo z tych rzeczy sam widziałem we
własnej karierze gracza MMO. Poszczególni GM to typowi gracze skupiający się na
mecie. Dla tych co się nie orientują to wyjaśnię w dużym skrócie, chodzi o
najlepsze buildy dla każdej z klas plus opanowanie mechanik do perfekcji.
Wszystko dla speed runów i rekordów ;p A właśnie jeśli grywaliście w jakiś
sieciowy rpg to na pewno poczujecie się jak w domu oglądając to anime.
Najbardziej jednak
intryguje protagonista, który bez wątpienia jest pro zawodnikiem. Xiu Ye jest dość ciekawą postacią. Z jednej
strony bardzo dobry lider, a z drugiej hmm, marzyciel i no trudno to nazwać.
Powiedziałbym, że jest jak starszy brat. Trudno go nie polubić i szybko zdobywa
laski niby od niechcenia i przypadkiem, ale jak wiadomo cicha woda w brzegi
rwie.
Na sam koniec dodam, że
ostatnią istotną zaletą jest to że bohaterowie nie są zamknięci w jakimś pseudo
growym świecie, a funkcjonują normalnie. Pozwala to na skupieniu się na tym co
istotne, a nie na pierdołach. Choć z drugiej strony Log Horaizon nie wypada tak
źle.
Ocena
dla pierwszego sezonu „chińskiej bajki” może być tylko jedna 7/10.
Napiszcie w
komentarzach jakie są wasze ulubione produkcję z kraju środka. Może się trafi
coś ciekawego :D
Wielki powrót, czy kiepski reboot Gothic?
Wielki hit, po prostu wiadomość roku Gothic wraca jako remake! W sumie to dobra wiadomość, bo będzie ładniejszy i mniej drewniany. Choć ta toporność miała swój urok.
Jeśli macie na swoim
koncie steam jakąś część z tej serii lub Risena
to dostaniecie dostęp do dema gry, a raczej jak określili twórcy prototypu.
Celem tej akcji jest zorientowanie się,
co by chcieli gracze, a także tego czy podoba się im ta koncepcja. Teaser ma wystarczyć na ok. godzinne
czasu. A wiecie, co?
Mnie
starczył na dłużej!!!
Podzielę się z wami
swoimi wstępnymi wrażeniami z tego co nam dali. Zostałem zaskoczony od samego
początku. W sposób dwojaki z jednej strony główne cele i wydarzenia się zgadzają.
Sytuacja zaczyna się zmieniać przy analizie szczegółów, a jest ich sporo.
Pierwsza zasadnicza
zmiana. Kim do jasnej ciasnej jest ten kolo udający Bezia? Gada sporo, a jeśli
było tego mało zachowuję się jak taki chojrak, który dochodzi do drużyny jako
piąte koło u wozu. Ewentualnie traktować go można nieco łagodniej i uznać, że to
taki amerykański stereotypowy protagonista, który próbuję być cool, lecz mu to
nie wychodzi.
Po pierwszej
ważniejszej scenie trafiamy do opuszczonej twierdzy, a nie wróć to żadnej
twierdzy do świątyni hmm, tylko skąd się tam wzięła? Przecież w oryginale tam
jej nie było! No i te piękne drzewa i rzeka. Że co?! Kurde blaszka. Jak widać
im dalej las i tak dalej. Nic się nie zgadza. Po pierwszym starciu trafiamy na
Diega, który wreszcie robi to co trzeba, czyli omawia nam, gdzie jesteśmy itp.
Później mam kilka zadań pobocznych w celu zdobycia broni. Tak jest, zamiast po
prostu iść na przełęcz po kilof, to już na dzień dobry staję się chłopcem na
posyłki. (Facepalm)
Pierwsze i jedyne
miejsce, które rozpoznają starzy i nowi fani oryginału jest zejście do kolonii,
gdzie widać Stary Obóz. Cała reszta terenu, który został udostępniony to wolna
twórczość ludzi odpowiadających za remake. Istotną wiadomością jest fakt, że Piranha Bytes odgrywa jedynie rolę
konsultanta.
A co zostawiono jeszcze
z oryginału? Otwieranie skrzynek, a ujmując rzecz dokładnie podnoszenie
pokrywy, bo mini gra z wytrychem została usunięta. Podejrzewam, że nie chcieli
odstraszyć niedzielnych graczy. No mniejsza, wchodzenie na skały dalej jest
takie samo i tyle w sumie tu Gothica w nowym Gothicu.
W samym prototypie
dokonano tak radykalnych zmian, że reamkiem nie można tego nazwać.
Powiedziałbym, że jest to taka Arcania tylko zrobiona lepiej. Czuć tu motywy i
inspirację. W moim odczuciu jednak jest to reboot, a nie robiona gra od nowa
tyle, że polepszająca starą formułę. Jestem jeszcze stanie zrozumieć system
walki rodem z The Honor lub Kingdom Come Deliverance.
Toporne niewygodne
wymagające zmiany przyzwyczajeń to jest jak najbardziej na plus. Ale radykalne
zmiany terenu i dodawanie nieistniejących w danym obszarze lokacji woła o pomstę do
nieba. Inną dość nieciekawą zmianą jest brak możliwości wyciągnięcia potworów
pojedynczo z stada. Jedna z lepszych jak dla mnie taktyk poszła się rąbać.
Sam silnik graficzny
wypada zadowalająco, bo przypomina ten z Gothic 3, nie jest równie paskudny,
ale podąża tą samą drogą. Modele Npc nie robią dobrego wrażenia, gdyby Diego
się nie przedstawił to bym go w ogóle nie poznał. W sumie on też zmienił się
nie do poznawania. Brakowało jego ciężkiego pancerza cienia, a zamiast tego
nosił jakieś fatałaszki. Nadali mu też inną osobowość, co nie wróży dobrze na
przyszłość.
Jedyne z nielicznych rzeczy, które zmieniły się na plus to możliwość wykonywania zadań na kilka sposobów, a do tego będą mieć
one konsekwencje w przyszłości. Przynajmniej tak nam to przedstawiono. Jak będzie
naprawdę to dopiero się dowiemy za dwa lata.
W moim odczuciu może
być to dobry reboot serii, ale za to kiepski remake. Koncepcja nie idzie
właściwą ścieżką. Widać, że krąży gdzieś tam przy tych najważniejszych wątkach
bez których nie mogliby nazwać tej gry Gothic. Ci z was co się teraz
zainteresowali tą produkcją polecam zagrać w oryginał. A tym co już to zrobili czekać, aż po premierze pokażą się
promocję na ten tytuł, bo u swych fundamentów to wciąż nasz drewniany
Gothic.
Recenzja Halo: Reach
Niedawno
wróciła do mnie konsola Xbox 360 z serwisu Advance RS. Zapytacie, ale od kiedy ty masz xklocka, ono od jakiegoś czasu tylko jakoś
czasu brakło na przetestowanie.
Zanim
przejdę do samej recki, opowiem mała historyjkę. W roku bieżącym kupiłem sobie
kolejny sprzęcik do kolekcji. Była to jedna z tych „oryginalnie brudnych”, co
poprzedni właściciele nie czyścili od nowości. Dałem do „szorowania” do
innego punktu nazwę przemilczę. Po jakimś czasie miesiąc podejrzę lub dwa
zasiadam w końcu, aby ograć Halo: Reach.
Czekała
mnie niespodzianka konsola, która działa przestała być w pełni sprawna. Oddałem
więc do innego serwisu o którym wspominam na samej górze. Udało im się
zreperować Xbox 360 czego dowodem ten oto tekst. Ostanie zdanie polecam
serdecznie wszystkim Advance RS dobra firma, ale nie śpieszą
się tam. Hmm, zapewne z powodu dokładności i solidności.
Tematem
recenzji będzie wspomniana w akapicie powyżej Halo: Reach. Moje pierwsze zderzenie z tą serią. Zdaję sobie sprawę,
że jest to prequel wydany po ostatniej przygodzie Master Chiefa. W sumie dla mnie dobrze, bo będę miał nieco lepszy
ogląd całościowy fabuły.
Akcja
się zaczyna na planecie Reach atakowanej przez Przymierzę, które ubzdurało sobie, że należy wybić ludzkość co do
nogi. Wcieliłem się w członka oddziałów specjalnych Spartan pseudonim Sześć. Pod kontem fabularny mamy
uboższą wersję Mass Effecta. Jeśli
komuś było tego mało zastosowano tu jeden z częściej wymienianych przez zemnie patentów, co jakiś czas, a jakże,
ginie jeden z towarzyszy. Nie muszę wspominać, że nie dali szansy związać się
emocjonalnie z kimkolwiek?
No
właśnie, a szkoda. Na szczęście w tym pełnym patosu tytule można odnaleźć coś
ciekawego dla siebie i nawet zacząć delikatnie współczuć mieszkańcom planety.
Mimo wyraźnego nacisku na dramat to się go nie odczuwa. Zwyczajnie czułem się
jak przy każdym jednym FPS. Pancerze głównych bohaterów nie podnosiły tego
wrażenia, no bo wiecie (te kolory).
To co
było wyraźnie lepsze to rozgrywka, która jak czytałem jest przekrojem The Best of Halo, czyli mogłem tu
zobaczyć najważniejsze nowości jakie pojawiły się na „łamach” poprzednich
części. Genialnymi ich nazwać nie mogę dla tego powiem krótko, solidne. Zapyta
się ktoś, ale co tam było? Arenówki i to okraszone tym co najlepsze szybka
akcja, dość dobre Si i wybór broni całkiem przyzwoity.
Skoro
wspominam o sztucznej inteligencji to miała pewne babole. Jednym z ciekawszych
niedociągnięć był skrypt odpowiadający za podążanie za protagonistą. Boty
potrafiły się zatrzymywać na sporych odległościach i teleportować się jak tylko
się odwróciłem. Na szczecie to były tylko drobne niedociągnięcia.
Jeśli
komuś było mało apteczek to rozlokowano co jakiś czas, aby dało się przywrócić
stabilny stan naszego Spartanina. Sam pasek, a raczej paski życia dzieli się na
dwa. Punkty Hp częściowo same się regenerują lecz reszta na szczęście nie. Co
motywuję do opracowywania na bieżąco taktyki działania.
W
całej grze najgorzej wypada model jazdy samochodami to jedno z gorszych
doświadczeń jakie miałem w tym roku. W sumie można ten wątek skończyć uzasadniając
brakiem lub niedbalstwem twórców. Niestety tak nie jest, bo inne pojazdy jak
chociaż myśliwce kosmiczne nie cierpiały
ten problem może dlatego, że latały?
Najmocniejszą
stroną Halo: Reach była ścieżka audio
która zachwycała od samego początku do końca. Muzyka symfoniczna robiła swoje i
to bardzo. Taki balans to rzadkość o czym zawsze warto wspominać. Jeśli było
wam mało dźwięk przestrzenny sporo daje do klimatu. Dla tego radzę grać z
słuchawkami.
HR zestarzało się
naprawdę dobrze przez co nie kaleczyło oczu. Ragnole były „oryginalne” widać,
że nikt ze znajomością bezwładności ludzkiego ciała pracował przy tym. W sumie
nawet i lepiej, bo było się z czego pośmiać.
Na
koniec ostatni zarzut przeciwko tej produkcji. Samo zakończenie jest naprawdę
rozczarowujące. Zostać zmuszony do kolejnej obronny i walka z falami Przymierza
było bardzo, ale to bardzo nużące. Gdy dodacie do tego ostatnią walkę za
sterami działa przeciwlotniczego to ręce wam opadną. Ktoś ewidentnie nie miał
pomysłu co zrobić na san koniec.
Czy warto zagrać w Halo: Reach? Spędziłem z tą produkcją parę
naprawdę przyjemnych godzin. Gra pokazała, że ma czym się pochwalić, ale nie
zachwycić swoją niepowtarzalnością. Obecnie możecie zagrać w HR na steam, ale
jeśli masz okazję ograć na Xbox 360 to lepiej zainwestować w grę towar, a nie usługę.
Ocena końcowa 7/10.
A wy
od której części zaczęliście ogrywać serie Halo? Też od jakiegoś prequela, a
może reedycji na PC?
Komentujcie, udostępniajcie itp. :P
Recenzja Pół Wieku Poezji Później
Hen dawno temu był sobie złoty smok. Zadebiutował sobie w jakże „udanym” serialu Wiedźmin w Telewizji Polskiej. Zapomnieć o nim bardzo byśmy chcieli, lecz warto wspomnieć o serialu, bo wreszcie w pod strzechy wpadła produkcja warta mojej i waszej uwagi.
Pół
Wieku Poezji Później stworzony przez fanów dla fanów jak
twierdzi reżyser Jakub Nurzyński,
którzy odpowiada za tą produkcję. Powiem na dzień dobry, że mamy tu naprawdę
dobry tytuł, który spokojnie może być puszczany w kinach.
Najpierw skupię się na
plusach, a potem dodam jakie to niedociągnięcia zauważyłem. Jeśli okażą się, że
są to zamierzone zabiegi to mnie poprawcie. Fabuła opowiada historie ostatniego
wiedźmina Lamberta (Mariusz Drężek).
Geralda tu nie zobaczycie, bo akcja odbywa się po wydarzeniach z Pani Jeziora. Seria gier wideo jakie
wyszły od Red’ów nie jest brana pod uwagę, co nie oznacza, że niema nawiązań.
![]() |
| https://antyweb.pl/pol-wieku-poezji-pozniej-alzurs-legacy-premiera-dzisiaj-o-1830/ |
W całym filmie mamy dwa
główne wątki. Wiedźmin będzie szukał zemsty, a Triss Merigold (Magdalena Różańska) będzie ścigać renegadkę (Kamila Kamińska). Rozwój wydarzeń jest
naprawdę równomierny, a że trochę posiedzicie przed monitorami to zapewniam was
nudzić się nie będziecie. W czasie całej wędrówki naszych dzielnych bohaterów w
tym syna Jaskra (Zbigniew Zamachowski)
dzielny Julian (Marcin Bubółka).
Poszczególne
miejscówki, lokacja jak kto woli są naprawdę bajeczne. Już sama Baszta Mórz
robi wrażenie. Mnie jednak co innego rzuciło się w oczy, a była to tablica
ogłoszeń kropka w kropkę taka sama jak w trzeciej części przygód Białego Wilka. Inne miejsca jak wioski,
czy poszczególne chaty też są niczego sobie. Całość była okraszona niezwykłą
muzyką nagraną przez Liz Katrin i Marcina Cyronka wzorowana była wyraźnie
na tej co skomponował zespół Percival. Jak
już się inspirować to od najlepszych i czuć, czy też słychać od samego
początku, aż do końca.
![]() |
| https://www.facebook.com/witcherfanfilm/photos/a.1772710972739791/1772711212739767/?type=1&theater |
Pół Wieku Poezji Później został stworzony za pieniądze jakie
przekazali fani na serwisach crowdfundingowych. Warto pamiętać o tym i dla tego
oceniam w inny sposób (łagodniejszy). No dobrze, jak poradzili sobie sami
aktorzy? Jeśli chodzi o sceny rozmów, kłótni itp. to wszystko jest jak
najbardziej w porządku. Słucha się tego dobrze i widać, że każdy wie co ma zrobić.
Sytuacja zmienia się dopiero przy walkach tam już mamy inną opowieść.
Trudno mi wytypować
najlepszego aktora, ale najgorszego już nie, łysy zabójca przemawiał jakby
nigdy nie miał styczności z aktorstwem. Miny i pozy robił właściwe, ale jak
się odezwał to, aż „uszy krwawiły”. Podejrzewam, że wzięto go w ramach
zastępstwa. W sumie wszystko to i tak małe piwo, bo nie odgrywał ważnej funkcji
w filmie, a jedynie od czasu do czasu się pokazywał i robił sieczkę, a wraz z
nimi groźne spojrzenia.
![]() |
| https://www.antyradio.pl/Film/News/Pol-Wieku-Poezji-Pozniej-czyli-fanowski-Wiedzmin-z-pelnym-zwiastunem-i-ostateczna-data-premiery-33425 |
Wtrącenia zwane
potocznie easter eggami też tu zawitały nie zabrakło słynnej fraszki, czy
nawiązań do Władcy Pierścieni i samych gier o czym pisałem wyżej. Czy były one
potrzebne? Tak średnio, miłe, acz niekonieczne wtrącenia które łechtały tych co
kojarzą skąd one pochodzą. Ostatnimi plusami o których wspomnę są efekty specjalne,
które jak muzyka ładnie uzupełniły co ważniejsze momenty. Chyle czoła przed osobą
/ osobami, którym chciało się tak męczyć przy ich wykonaniu. Jak widać chcieć
to móc, prawda Telewizjo Polska?
Przejdę teraz do tych
elementów, które leżą i kwiczą. Walka i logika, tego tu zabrakło. Wszystkie chorografię
jakie zostały zaprojektowane wołały o pomstę do nieba. Pal sześć walkę
najemników, ale wiedźmini ruszali się jakby im kto kołek w rzyć wsadził.
Rozumiem, że jest to film non profit, ale jednak obraz ten kaleczył.
![]() |
| https://gwint24.pl/pol-wieku-poezji-pozniej-alzurs-legacy-nowy-trailer |
Innych niedociągnięć
jak na tej klasy filmu nie widziałem. Gorąco polecam obejrzenie każdemu
miłośnikowi twórczości Sapkowskiego tę jakże cudowną produkcję.
Na
koniec miało być dziś podsumowanie projektu Call of Duty, ale premiera mega
fanowskiej produkcji była wczoraj i uznałem, że jest to ważniejsze.
Podzielcie
się swoim wrażeniami w komentarzach może coś ciekawego się dowiem o Pół Wieku Poezji
Później.
Retro recenzja Wario Land: Super Mario Land 3
Retro
gry stare brzydkie, ale z niepowtarzalnymi pomysłami i dla tego je kochamy. Ale,
czy są pod względem gameplay, aż tak dobre? Może to tylko nostalgia? Pora na
test i raz na zawsze rozwiążmy ten problem.
Moim królikiem
doświadczalnym była jakże kultowa produkcja Wario Land wydana na GameBoy Classic w 1993 r. Dla lepszych doświadczeń z tym tytułem zaopatrzyłem
się w GB Advance SP. Pierwsze
wrażenia mogłem zaliczyć jak najbardziej na plus. Fizyka działa perfekcyjnie.
Dzięki czemu wszelkie manewry dawały pewną satysfakcję w czasie ich
wykonywania.
Jednak to zwróciło moją
uwagę jest odwrócenie konwencji od klasycznej formy z Marianem w roli głównej.
Tutaj niema strachliwego hydraulika, który musi naskakiwać, ale mamy tu wielkiego kloca,
który bierze z bara każdego kto się napatoczy. Co mniej groźni przeciwnicy
wprost odbijają się od jego brzucha.
No skoro wspominam o
obijaniu przecinków, to może warto przejrzeć się kojonej sporej różnicy w
podejściu do przemian jakie przechodzi Wario. Posiada on tylko dwie główne
formy, a nie trzy. Nadrobiono to po przez różne nakrycia głowy, które dają mu
nowe moce. Od odrzutowej czapki umożliwiające krótkie szybowanie do smoczo
podobnego czegoś co daję miotacz ognia.
Poziom trudności to
największa wada Wario Land i to nie
dlatego, że jest za trudna wprost przeciwnie! Jest łatwo i tylko z nieuwagi
można, gdzieś na chwilę utknąć. Na szczęście punkty zapisu są co jakiś czas
więc nic nie stoi na przeszkodzie, aby z nich skorzystać. Na plus zaliczyć
można projekty poszczególnych poziomów, która zawsze mają jakiś pomysł na
siebie.
Nie mogę powiedzieć, że
się nudziłem, bo odnajdywanie kluczy pozwalające się dostać do ukrytych miejsc
dawało mi sporo radochy. Inną dość niespotykaną jak dla mnie rzeczą były
przejścia wymagające wykorzystania monety. Nie uruchamiały się one samoczynnie,
a wymagały od ode mnie odpowiedniej kombinacji klawiszy i krzyżaka. Za
pierwszym razem sądziłem, że to jakiś błąd. W sumie nawet jest to zabawne z
perspektywy czasu.
Warto również zebrać jak najwięcej kasy, bo
dzięki temu można spełnić wielkie marzenie naszego Wariusia. Zależnie od tego ile wam się uda zebrać gotówki takie
dostaniecie zakończenie. W sumie cała esencja WL 1 jest umieszczona w chciwości protagonisty, który myśli jedynie
o sobie. Celem końcowym nie będzie, żadna księżniczka, a kasa i Wario się z tym nie ukrywa. On
doskonale wie co chce i wie jak to dostać.
Grafika, na początku
niepotrzebnie dodałem słowo brzydka. Zważając na jakie zostało zaprojektowane
urządzenie jest naprawdę niczego sobie, a modele poszczególnych mobów można
było wrzucić do nowych tytułów. Co do muzyki jakoś to brzmienie mnie nie ujęło
i nie skłoniło do tego, aby słuchać dłużej niż jest to konieczne. Przyzwyczajenie się do
pełnoprawnych podkładów muzycznych robi swoje jak widać, czy też słychać.
Czy
warto sięgnąć po Mario / Wario Land? Sądzę, że niema żadnych przeciwwskazań.
Próg wejścia jest stosunkowy niski więc się nie odbijecie od gry. Na początku
zapytałem czy stare gry są ok. ze względu na rozgrywkę. Sądzę, że tak, bo to co
zrobili twórcy jest ponad czasowe i jedynie wizualnie coś się zmieniło.
Pozostawię grę bez
jednej konkretnej oceny z tego też powodu, że jest to debiut retro kącika na
blogu.
Chcielibyście
więcej materiałów z dawanych dobrych czasów? Napiszcie jakie was zainteresowały
tytuły. Chętnie się czegoś od was dowiem. ;D































