• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Życzenia z okazji Bożego Narodzenia



Z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia życzę Wam, aby były one przepełnione radością i pokojem, którego teraz tak bardzo nam potrzeba. Niech ten wyjątkowy czas spędzony w obecności bliskich osób, przyniesie chwile wytchnienia od codziennych spraw i trosk.



Share:

Recenzja filmu Kosmiczny Mecz Nowa Era

Cofnę się do przeszłości, gdzie jako dziecko oglądałem Kosmiczny Mecz. Kino dla dzieci dawało radę na tamten czas, a teraz po kilku ładnych latach powraca. Prawdziwa Nowa Era.

Kultowy film doczekał się kontynuacji, a przynajmniej tak promowano to przed premierą. Sporo ciemnych chmur się zebrało i oburzono się co to właściwe jest. Formalnie rzecz biorąc jedna wielka reklama ich serwisu HBO MAX. 

Nie zmienia to faktu, że Kosmiczny mecz: Nowa era  to jest całkiem niezły sequel. Jednak, żeby nie było za różowo zwrócę uwagę, że nie nadaję się w pełni dla maluchów. Ok, nie ma tam scen +18 i nawet Lola jest ugrzeczniona, ale nie w tym rzecz. 

W filmie byłem bombardowany nawiązaniami do znanych dobrze produkcji. Z perspektywy dorosłego widza dobrze się bawiłem. Nie raz, nie dwa wskazywałem niczym Leonardo de Caprio z mema na ekran, gdy zauważyłem coś znajomego, a co nie zauważy młodszy widz. 

Nowej erze wytyka się, że jest skokiem na kasę i kiepskim odtworzeniem pierwowzoru. Zgadzam się, bo praktycznie brakuję tego co najważniejsze, czyli więcej tego samego. Przydałby się ponownie złol, który będzie chciał zgarnąć animki, a jedynym ratunkiem będzie, a jakże mecz koszykarski. 

Na upartego wszystko tam się znajduje, a raczej dopchnięto kolanem. Antagonista co miał zrobić już dokonał, a sam wątek ratowania jest już raczej formalnością, a niż palącą koniecznością. 

Fabuła skupia się bardziej na relacjach rodzinnych i nie zgadniecie... Wszystko to się nie klei, no kto by się spodziewał. Jedynie czego mi brakowało  to powtarzania non stop chłopcze. Szybko przeniesiono wydarzenia do świata reklam braci Warner. 

Tam maglowano wielką przemianę tatulka. W założeniu to pewnie prezentuje się super, ale jakoś trudno tego dokonać skora syn jest odseparowany. Natomiast towarzyszem jest uszaty. Praktyczniej było skupić się na licznych parodiach znanych scen z innych filmów. 

Uważam, że zgrabnie wykorzystano fragmenty innych produkcji i ponownie to podkreślę zareklamowały/ zachęciły do obejrzenia tych tytułów. Kolejne zarzuty do brak charakterności aminków i ich wygląd. Bugs i spółka niczym nie odchodzili od tego co pamiętam. Dalej zabawni i energiczni. Animacje w jakich ich pokazywano początkowo są inne. 

Nie ziębi mnie to, nie grzeje tak to powiem. Nie oczekiwałem, że niczym Cuphead będą rysować starą techniką. Z kolei odświeżone wersje, które są z nami od czasu remastera Króla Lwa, czy Detektywa Pikachu są jak najbardziej akceptowalne. Rozumiem nostalgię itp. trzeba jednak iść z duchem czasu. 

W całym tym bałaganie nie zabrakło też złego algorytmu, a raczej sztucznej inteligencji. Narcyz z sporymi możliwościami. Nie był jakoś szczególnie charyzmatyczny od taki koleś do odstrzału, a że to film +7 do odplakotowania. 

Podobało mi się za to wszelkie wykorzystania mechanik z gier, prawdopodobnie uznano, że będzie to lepsze niż postawienia na sentyment do klasyki. Koniec, końców dzieciaki nie powinny się nudzić i wytrzymać przy seansie.  

Podsumowując Kosmiczny Mecz Nowa Era to dobry film. Oczywiście jest skokiem na kasę, bo raz jest wielka reklamą, a dwa całkiem odszedł od założeń pierwszej części. Dobrze, że choć ma pozytywne zakończenie. Ocena 6.5/10  


Share:

Recenzja filmu Black Adam

W dniu 16 grudnia 2022 na serwisie HBO Max miał premierę film Black Adam. Opinie na temat tej produkcji są mocno podzielone i nawet kroi się afera finansowa związana z raportem firmy Pr-owej będącej własnością The Rocka, który jest odtwórcą głównej roli.

Zacznę od tego, co można obiektywnie uznać za słabe w porównaniu z innymi działami tego typu. Niezaprzeczalnie jest to CGI, które co prawda nie jest tragiczne, lecz nie nadaje się jak na dzisiejsze standardy. Szczerze, jak dla mnie są to jedyny mankament jaki można odnotować, bo cała reszta jest naprawdę dobrze zrobiona.


Skoro już była największa wada pora na zaletę. Podejście Adama to walki ze złem przypadło mi wielce do gustu. Jego brak cackania się i bawienie w ideologiczne pitolenie o sądach i procesach. Kiedy można to można, ma się rozumieć. Jednak w przypadku najemników okupujących miasto od ponad dwudziestu lat nie ma wątpliwości o winie.

Mniejsza z tym, bo zacznie się dyskusje, co wolno i komu. Zwrot, pociągnijmy ten wątek, bo wszak pojawiają się amerykańscy „bohaterowie” z swoimi „uprawnieniami” na ubezwłasnowolnienie kogo chcą pod pretekstem bezpieczeństwa ludzi z miasta Kahndaq. Fragmenty kiedy Adrianna Tomaz (Sarah Shahi) wygarnęła im co o nich myśli były bezcenne. Nie ma co ukrywać, czy to w filmie, czy rzeczywistości zawsze zjawia się taka banda bufonów z skretyniałym szefostwem, uważających się za bogów. Szczęśliwie dostali lanie i bardzo dobrze.

Skoro już co nieco zostało powiedziane teraz o roście filmu. Podobnie jak w Shazamie rozgrywa się wojna między czarodziejami, a piekielnymi demonami. Początki sięgają, aż do starożytności, gdzie pokazuje się pierwszy czempion. Następnie leci standardowa historia pełna dramaturgii, wzniosłego pierdololo, chciałem napisać przemawiania, a na poświeceniu kończąc.


Mimo, że zabrzmiało to banalnie i prostolinijnie wszystko ma ręce i nogi. Ekipa odpowiadająca za Black Adama wiedziała co robi! Zafundowała wartką akcję, gdzie protagonista mógł bez skrępowania i oporów siać chaos i zniszczenie, a nie eeee, miało być rozgramiać piekielne pomioty i ratować damy w opałach.

Forma filmu jest nieco inna niż zazwyczaj z tego też powodu, że próbuje być poważna i zarazem zabawna. Ten mix widoczny jest na początku jak i później. W pierwszym starciu na wolnym powietrzu pokazano, że zwolnione tempo może nadać całkiem inny wydźwięk poszczególnym ujęciom. Oczywiście dalej tego też nie zabraknie, a następnie mieszać to z dramatycznymi realiami współczesnych czasów i bardzo dalekiej przeszłości.

Nie uważam, że ten groch z kapusta jest zły. Wprost przeciwnie jest smaczny i lekko strawny. Pozwala zachować pewien balans między elementami poszczególnych aktów filmu. Nawet Amon Tomaz (Bodhi Sabongui) nie był kulą u nogi lub dzieciakiem do uratowania. Skoro już o nim mowa to cały czas miałem wrażenie jakbym widział Johna i Terminatora T-800. Nawet zaliczyli lekcję o tym jak powinien się odzywać itp. Z grupy pobocznych bohaterów warto wyróżnić Dr. Fate (Pierce Brosnan) i Adrianna Tomaz, a co do całej reszty z Hawkman (Aldis Hodge) na czele można wrzucić do kategorii tło dla właściwych postaci. Od biedy skrzydlaty Carter Hall coś tam pokazywał jak to być nabuzowanym byczkiem uważającym się za nie wiadomo kogo.


Oczywiście starano się uzasadnić swoje działania, ale jak dla mnie hasła: mamy akta Black Adama, bo takie dane sprzed pięciu tyś lat można znaleźć na Wikipedii są po prostu śmieszne. Pomijając już samą radę czarodziejów to wykazano totalny brak zrozumienia działań głównego bohatera. Chłop zrobił to co było konieczne, a „danie mu możliwości” przymusowego ochłonięcia było na dłuższą metę wskazane.

Oglądając Black Adama miało się wrażenie powrotu do przeszłości, oczywiście nie byłoby tam, aż tak „kolorowo”. Koniec, końców akcja rozgrywała się na bliskim wschodzie, a więc ta różnorodność była całkiem uzasadniona. Czyli jak się chcę to można i nie robi się czegoś na siłę. Przyznaje nie weryfikowałem zgodności poszczególnych ludzi z materiami źródłowymi, bo i tak nie ma większego znaczenia, bo jak dziś jest każdy widzi.

Odmiana jaką zafundowali widzom ludzie z WB jest naprawdę miłą odskocznią, o której wielokrotnie pisałem. Sam Rock, który idealnie wpasował swoją kreacją nie musiał nikogo udawać, a być jedynie sobą i robić swoje groźne miny, co zresztą zawsze mu wychodzi.


Wartałoby wspomnieć co nieco, o samym antagoniście. No więc koleś jest i na tym można zakończyć. Praktycznie przez cały film jedyne co robi to paraduje to tu, to tam i wysyła kogoś na tamtą stronę pokazując jaki to jest groźny. Jak już tak piszę to wspomnę, o jednej rzeczy jaka mnie zastanawia. Skąd w ludziach przekonanie, że ulegając żądaniom wariata z pukawką w łapie ocali się kogokolwiek? Ten fenomen wałkują i wałkują, a jakoś nie mogą przestawać dodawać do filmów.

Podsumowując, czy warto obejrzeć Black Adama? Jeśli sądzicie, że to jest złe kino obejrzycie dowolną część Wonder Woman. Natomiast omawiana produkcja może poszczycić się całkiem porządną jakością, której próżno poszukiwać u konkurencji, chyba, że u Batmana. Ocena końcowa 8/10.
Share:

Recenzja retro Burnout Revenge (Xbox Classic)

Szybkie i bezwzględne wyścigi. Żadnych zasad jedyne co trzeba wiedzieć, że silniejszy rządzi, a słaby ginie. Witajcie na igrzyskach śmierci… w samochodowej edycji.

Produkcja wygląda jak skrzyżowanie Mario Kart i Carmagedon, której nadano kategorie wiekowa +12. Natomiast grafika, co tu dużo mówić wciąż daję radę mimo swoich lat. Jak to bywa w tego typu grach wyścigowych samochody są wciąż olśniewające. Świadczy to tylko o tym, że ta koncepcja wizualna jest już dość stara.


Ciekawie też podeszli do samej rozgrywki! Fundamentem jej jest chaos. Brzmi to dość dziwnie, ale wyobraźcie sobie tylko, że oglądacie deatch match tylko zamiast mieć karabiny i biegać po jakieś bazie jeździcie autami.

Burnout Revenge oferuje zarówno tryb single jak i multi. Z oczywistych powodów tego drugiego nie będę wstanie włączyć #retro. Natomiast tryb dla jednego gracza jest zabawny, wciągający jak i oklepany. Czemu ma się syndrom jeszcze jednego wyścigu? Z dość prostego powodu nie są to typowe konkurencje. W sumie same zdobycie pierwszego miejsca jest tylko jednym z kilku celów jakie czekają do wykonania.

Zacznę od tego co zwróciło szczególnie moją uwagę. W trakcie robienia rund po mieście można grać naprawdę nieczysto. Wprost zalecane jest kreatywne wykorzystanie sytuacji, aby skasować samochód oponenta. Zaczynając od zepchnięcia go na nadjeżdżający wóz z naprzeciwka, a kończąc wyskokiem z jednego z skrótów. Dowolność jest całkiem spora, ale nie oczekujecie aż za nadto.


W kolejnych zawodach rozwinięto dalej tę podstawową mechanikę i trzeba już typowo eliminować konkurencję, nie po to, aby być na mecie w białej skarpecie, ale jako cel sam w sobie. Wydarzenie to ma swoje widełki od których będzie zależało jaki medal się dostanie. Podobnie jak w innych pod trybach.

Przed ostatnim wyzwaniem, które typowo się na tym koncentruje polega na zrobieniu kraksy na ulicy i wysadzeniu się w powietrze. Wypada ono nagorzej ze wszystkich dostępnych. Początkowo chodziło o samo jednorazowe zderzenie, co było stosunkowo szybkie i jeszcze dawało jakieś pole do popisu. Potem weszły kolejne kryteria wpływające na ocenę. Zaczynając od wiatru na rampie zmieniający tor lotu, a potem dochodzi mini ewencik z regulacją szybkości z jaką będzie jechało auto.

Na dłuższą metę to strasznie męczące jak powodzenie q zależy od początkowej szybkości samochodu. Wydarzenia, o których napisałem nie są jednak aż tak proste. Żeby nie było za łatwo dodano pewne utrudnienia w postaci większych aut lub wykonujących manewr skręcający. Powiem wam szczerze, że wszystko co omawiają w poszczególnych pod trybach jak najbardziej działa. Nie ma co jednak się nimi przejmować, bo są one raczej formalnością, a niż rzeczywistym problemem. Jeśli się coś naprawdę stanie to z winy własnej.


Natomiast ostatnia konkurencja to, a jakże wy ścig w którym co trzydzieści sekund ostatni zawodnik zostaje wyeliminowany. Z jednej strony dołożono w tym całą esencję z rozgrywki, a z drugiej można było dostać niezłej kurwicy. Mimo czasu jaki miał teoretycznie pozwolić wrócić na trasę było to bardziej fikcja, a niż realna opcja. Zegarek nie czekał, aż zacznie się jechać. Wszystko leciało huzia na Józia. Rezultatem tego było rozpoczęcie całości od samego początku. Jedynym momentem kiedy ewentualnie dało się przetrwać to zajmowanie pozycji lidera.

W samej grze widać spory nacisk na pvp i nie chodzi o ten battle royal, a możliwość mszczenia się na sztucznej inteligencji za chwilowe wywalenie z toru. Jak się człowiek pośpieszy i odegra szybko zobaczy się komunikat: instant revenge

Jest też dość klasyczna jazda na czas, co jest nawet spoko, bo wymaga nauki toru. Na pierwszych poziomach upodobano sobie robienie karambolów, co jest jakąś pomyłką. Natomiast póki co jazda, która wymaga non stop rozbijania rondowmowych aut pokazuje się dość rzadko, a szkoda, bo to jest o wiele lepsze. Gra nawet ma ciekawe gram prix, czyli to co powinno być najczęstsze a jest tego stosunkowo mało.


Twórcy próbują ciągle bez skutecznie podbijać dopaminę po przez liczne nagrody w postaci statuetek (pucharki), nowych aut, których nie można korzystać kiedy się chce, a kiedy są akurat dostępne. Dalej powtarza się recykling tras. Niekiedy są też pokazywane od drugiej strony czyli od mety do startu.

Za złote medale można z sporym wyprzedzeniem odblokowywać kolejne poziomy lub eventy z poprzednich pod mapek. Wszystko to o czym pisałem do pewnego me momentu jest całkiem przyjemne w odbiorze. W połowie jednak wszystko się zmienia, ale tak bardziej teoretycznie. Ów twist polega na tym, że jedynie trzeba wbijać rangi na tych samych aktywnościach i aktywnościach. Po kilku takich godzinach „zabawy” jeździło się non stop na pełnym gazie. Gdyby zamiast tego skrócili liczbę poziomów o chociaż trzy to mógłbym pochwalić tą produkcję.

Podsumowując Burnout Revengeto niezły tytuł jeśli miała max sześć lv. Zamiast tego jest ich dziesięć i jedyne co trzeba robić to wykonywać ciągle to samo na tych samych trasach. Jaki to ma sens? Trudno powiedzieć, ale jedno jest pewne. Szkoda kasy na takiego przeciętniaka. Ocena końcowa 4/10 z czego lwią część oceny daje za grafikę i nawet dobre mechaniki.



Share:

Recenzja serialu Luther sezon 1

Było nieco dowcipnie i kryminalnie to teraz będzie na poważnie. Skończyły się radosne i zakręcone, gdzie nigdzie akcje! Przyszedł czas na historie dla dużych chłopców.

Luther, czy też komisarz Luther (Idris Elba) to główny bohater serialu sensacyjnego o tym samym tytule. Fabuła od samego początku rzuca widza na głęboką wodę nie dając mu ani chwili wytchnienia. Sama historię też można podzielić na kilka wątków. Zaczynając od tej głównej ciągnącej się przez wszystkie sezony, a skończywszy na tych będącymi jedynie tematami poszczególnych odcinków.


Nie zabraknie też zwykłych zapychaczy, ale wszystko zależne od tego jak na to się patrzy. Protagonista nie jest typem grzecznego i służbowego policjanta, który nie będzie umiał ubrudzić sobie rąk. Jednocześnie nie jest kimś pozbawionym skrupułów i idącym po trupach do celu.

Dość szybko, bo już na dzień dobry zbierają się nad nim burzowe chmury. Wątek skorumpowanego gliny będzie ciągnął się za nim jak smród po gaciach przez wszystkie pięć sezonów. Nie będzie jednak sam, bo pomoc przyjdzie z najmniej oczekiwanej strony. Idźmy po kolei, bo to będzie dość istotne. Uwaga na mini spoilery.

Pierwsza sprawa dotyczy morderstwa rodziców niejakiej Alice Morgan (Ruth Wilson). O ile sama zbrodnia jest nudna jak flaki z olejem to już sposób i motyw to całkiem inna liga. Zaplanowana i wykonano bez żadnego błędu, ba najmniejszego śladu mogącego naprowadzić na ślad mordercy.


Jedynym dziwnym tropem jest zmasakrowany pies, a ujmując rzecz dokładniej jego szczęka. Szybko zorientowano się co i jak tam się wydarzyło. Luther nie miał jak udowodnić, że to Morgan zrobiła. Sama scena w której Alice Morgan przeobraża się, czy raczej zrzuca maskę było genialne. Bez ogródek zdradzę, że jest to najlepiej napisana bohaterka w tej całej plejadzie jaka się przewija w serialu.

Wraz z kolejnymi odcinkami widać jak się zmieniają relacje miedzy nimi. Zabrzmi to szalenie, ale naprawdę można było jej kibicować. Zaczęto robić z tego coś w rodzaju zakazanego uczucia lub związku będącego na pograniczu czegoś takiego. Same rozmowy były niczym ciekawa szermierka słowna. Bardzo dobrze napisano tych bohaterów i wyraźnie wyróżniają się na tle reszty. Przy czym nawet ludzie, którzy będą jedynie gdzieś na drugim planie lub śmigną epizodycznie utrzymują wysoki poziom.

Kolejnym ważnym aspektem w serialu jest narracja. Tą bawiono się z wielką chęcią, a przez to zostawiono wiele pola dla wyobraźni. Dość częstym patentem było sugerowanie widzowi co ma się wydarzyć. Manipulowano odbiorcami tak, aby nagle ich zaskoczyć nieoczekiwanym zwrotem akcji. Wykorzystywano do tego ujęcia miejące wyraźnie coś zasugerować, a co było jedynie zmyłką. Genialne w swojej prostacie. W sezonie pierwszym występują trzy istotne momenty. Były nimi przebudzenie się mordercy dzieci, którego się poznaje w startowym odcinku jak i tym jak skończył.


Nie będę, aż tak bezwzględny i nie ujawnię tego jak skończył, ale dodam, że dostał to na co służył. Natomiast najistotniejszy jest piąty odcinek, który każe zapytać kto jest prawdziwym potworem? Ci co są zepsuci z natury, czy hipokryci miejący się za obrońców sprawiedliwości? Skoro o tym mowa.

Jak wspomniałem, pisałem, mówiłem od samiutkiego początku góra pragnie dorwać się do przysłowiowej dupy Luthera. Podłość ludzka jest przerażająca. W tym wypadku widać było to na przykładzie Martina Schenka (Dermot Crowley). Idealna szuja podciągająca wszystkie fakty, dowody i przekręcająca wydarzenia tak, aby pasowała pod jego teorie. W takich momentach jednak można liczyć na przyjaciół i seryjną morderczynie z ostrym dowcipem.

Ostatnim elementem tej układanki jest wątek z byłą żoną. Będzie to pokazanie frustracji i ludzkiej stronny Luthera. Ten blok serialu był najbardziej obyczajowy i pokazujący jak łatwo można osądzić kogoś tylko dlatego, że jest facetem. Koniec końców wszystko się wyjaśnia, ale nie wiele to zmienia.

Podsumowujmy czy warto obejrzeć serial Luther? Owszem, tak jest to dojrzała dorosła historia. Nikt nie bawi się w półśrodki i co ma być pokazane tam będzie. Przyjęto ciekawą narrację, która trzyma widza przed telewizorem, aż do samego końca. Zagadki są rozwiązywane w sposób logiczny, ale bez większych nacisków jak w przypadku Sherlocka. Poważny i gęsty klimat dodaje smaku. Ocena końcowa 9/10.
Share:

Recenzja pierwszego sezonu Sherlock

Patrzcie tworzą serial, a właściwie zrobili Pierścienie Władzy! Czysty Tolkien wszystko tak jak w książce napisano, a nie chwila to tylko kiepski fan fiction. Jak w takim razie powinien wyglądać poprawnie wykonany? Zobaczmy.

Serial Sherlock z 2010 r., to dzieło na którym powinni się wzorować wszelcy twórcy „wolnomyśliciele”, którzy zamiast nagrać ciekawy materiał wideo tworzą coś co woła o pomstę do nieba. W omawianej produkcji nie starano się zrobić koła od nowa, a zachować esencję tego co najważniejsze i zaadaptować do współczesnych czasów. Widać to na każdym kroku i o dziwo dowcipne sugestie, że Holmes i Watson są gejami przeszły. Dziś to nie byłby dowcip, a fakt i jeden z nich przymusowo był czarny lub cokolwiek w tym stylu.


Produkcja serialu Sherlock przenosi się z XIX w. do czasów obecnych, ale najważniejsze fakty z życia bohaterów zachowano. Oczywiście w pewnym sensie, czyli Doktor John nie wrócił z Indii, a z Afganistanu. Początek bardzo dobrze zapożycza wydarzenia z Studium w szkarłacie. Jest to moim zadaniem mrugnięciem oka do fanów twórczości sir Doyle'a.

Nie można jednak zignorować istotnej zmiany w zachowaniu Sherlocka granego przez Benedict Cumberbatch. Jego kreacja tego bohatera charakteryzowała się o wiele większą energetycznością jak i humorem. Pomimo zmian charakteru względem oryginału to nie sposób było polubić młodego Holmesa.

Metody jego działania wprowadzały swojego rodzaju nieład, chaos niemalże. Przez takie zachowanie tempo poszczególnych odcinków pędziły przed siebie nie pozwalając ani przez chwilę się nudzić, czy nawet pomyśleć, o przełączaniu na coś innego. Wszelkie zagadki i sposób ich rozwiązania są od początku do końca logicznie rozwikłane. Nie urzeknie się tam głupotek lub naciągnięć. Sami twórcy też nie łamią narzuconych sobie zasad, no prawie. Dzięki temu pierwszy sezon bogaty jest zarówno w formie jak i treść.


Pozostali bohaterowie też zostali zmodyfikowani, co w niczym nie przeszkadza w końcu jest to tylko luźna interpretacja twórczości sir Doyle'a. Sam inspektor Lestrade (Rupert Graves) ukazany jest jako przyjaciel Holmesa i co, jak co, ale wprowadza sporo dowcipnych momentów w poszczególnych odcinkach.

Sporo czasu też poświęcono pani Hudson (Una Stubbs). Gdybym nie wiedział, że występuje w książkach pomyślałbym, że dodano ją dla jaj. Jest ona najzabawniejszą postacią nadający satyryczny wydźwięk za każdym razem jak tylko się pokazywała.

Mycroft Holmes (Mark Gatiss) nie wolno o nim zapomnieć. Nie dlatego, że jest starszym bratem naszego ulubionego socjopaty, ale że jest niezwykłym człowiekiem, który zachowuje się tak jakby zawsze miał kołek w dupie. Swoją droga wyciąga on najgorsze cechy brata. Gdy są obaj można powiedzieć, że ich arogancja przejmuje pierwsze skrzypce.


Pań też nie zabrakło i oprócz pani Hudson mamy Sierżant Sally Donovan (Vinette Robinson) i Molly Hooper (Louise Brealey). W tym tekście skupię się na pani Sierżant z tego też powodu, że od samego początku mąci i kombinuje. Wykreowano ją jako taki vice czarny charakter, który szeptał Watsonowi złe rzeczy do ucha na temat jego współlokatora. W dalszych sezonach nawet się bardziej rozkręci. Pytanie brzmi, czy była to tylko złośliwość, czy już rasizm? W odwrotnej kombinacji odpowiedź byłaby jednoznaczna. Praktycznie prócz swojej nienawiści i uprzedzeń nic nie dodaje do tej całości. 


Ostatnim wartościową osobowością może być nikt inny jak tylko profesor Moriarty. Wybranie Andrew Scott do tej roli uznam za mieszaną. Z jednej strony czuć było, że rozumie w kogo się wciela i robi to naprawdę błyskotliwie, ale jego głos i ta nadmierna agresja trochę to psują. Zamiast mieć groźnego geniusza zbrodni ukazuje się myszka agresorka. Szkoda, bo to naprawdę zmarnowany potencjał.

W pierwszym sezonie, który jest moim zdaniem najlepszy składa się z trzech spraw. Na dzień dobry zaczęto od wysokiego C, gdzie głównym tematem były tajemnicze morderstwa. Nawiązania były oczywiste. Zachowano jedynie wybór pigułki jaką miała połknąć ofiara. Cała reszta to całkowicie inna historia. Następnie mamy zazębiające się historie z triadę chińską. Tutaj muszę jednak zwrócić uwagę na drobne potkniecie. Podkreślano wielokrotnie jak to oni są potężni i mają agentów na całym świecie.

W takim momencie pytam się Ja, czemu ich szefowa dziękuję tajemniczemu komuś za pomoc w dostaniu się do Anglii? Jedyny taki moment kiedy nie ma to większego sensu. Jedyne wyjaśnienie to chęć zrobienia lepszego wejścia głównemu antagoniście.


Sam koniec to już prawdziwa jazda bez trzymanki. Wspomniany już wielokrotnie profesorek pokazał się dość szybko. Powiedziałbym, że za wcześnie. Mógłby dawać o sobie znać i co jakiś czas podsuwać sugestie o tym, że o to on John Moriarty kryje się w cieniu i pociąga za sznurki. Finał trzeciego ostatniego epizodu wynagradza wszystko z nawiązką i zachęca do niezwłocznego obejrzenia następnej części niezwykłych przygód Holmesa.

Podsumujmy czy warto obejrzeć Sherlocka? Nie ma na czym się zastanawiać to przedni serial, który ma bogatą treść i ciekawą formę. Wizualizacje jakie dokonuje Holmes, aż po jego wszelkie cięte uwagi sprawiają, że nie jest on płytka postacią. Sam Watson też jest rewelacyjny. Zawsze ma swoje zdanie i nigdy nie zawaha się powiedzieć co sądzi, lecz Sherlock nie koniecznie musi to zauważyć.

Share:

Recenzja anime Kizumonogatari Część 3: Reiketsu-hen

 Jestem świeżo po obejrzeniu Kizumonogatari Part 3: Reiketsu-hen. Z góry ostrzegam, że będzie w sporo spoilerów. Dlatego Ci co nie oglądali niech to zrobią, a następnie przeczytają to co mam do powiedzenia.

Ostania część Kizumonogatari nie jest bombą nie jest nawet dobra. Teraz pewnie noże otwierają się w kieszeniach fanów (śmiech). Spokojnie z górę już uprzedzę i pewne fakty. Film ten jest zbyt nieszablonowy, aby go tak zaszufladkować.


Z jednej strony czułem, że obcowałem z czymś niezwykłym. Budowa napięcia i wiele wywrotowych sytuacji, które zmieniały pogląd na sytuacje. Wyskakiwały one w najmniej spodziewanych momentach. Od pożarcie Guillotinecutter przez Kiss – Shot, aż po odkrycie prawdy co do jej zamiarów.

Wiedząc co się stanie z pseudo wampirem jak nazywa ją protagonista w następnych sezonach domyślałem się już biegu wydarzeń. Mimo to jak zobaczyłem zakończenie, które unieszczęśliwi wszystkich byłem zaskoczony.

Poleciały napisy i powinienem powiedzieć do siebie przeżycie jak ich mało, ale czegoś mi zabrakło. Jak to nazwać?, trudno powiedzieć. Możliwe, że to hipokryzja ludzkiego istnienia. Czy zadaliście sobie pytanie: czemu wampir jako rodzaj bytu ma się poświęcić i umrzeć śmiercią głodową, a człowiek mordujący na skale przemysłową tak zwane „zwierzęta” już nie?

Motywacje Koyomi – kun były jak najbardziej szlachetne. Kierował się naturalnym insektem ochrony pobratymców, czy też członków stada jakim są ludzie. Jednak jedna rzecz jest dość ważna wielkie oppai Kiss – Shot mogły w tym przeszkodzić!


Czas! Przerwa! Nim wrócę do dalszych filozoficzno podobnych wywodów słów kilka o dyskryminacji nagiego ciała. Jak dobrze wiecie sceny gore pokazywane są na tej serii na porządku dziennym. Natomiast wszelkie wątki erotyczne / pornograficzne cenzurowane. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że wydawca, czy inny zarząd uważa to za bardziej obrzydliwe niż palenie żywcem, liczne amputacje, dekapitacje, czy rozrywanie na tysiąc i jeden sposobów.

Generalnie mogliby pokazać, że mają jaja i trochę zaszaleć, a nie podchodzić do tego jak w pierwszym lepszym ecchi. Odsuwając to jednak na bok najbardziej zastanawia mnie, czemu Koyomi – kun nie związał się Hanekawa „Mobilną przekąską” Tsubasa to ta z warkoczami.

Nie przeczę, że jest trochę jak yandere. Posiada liczne oblicza i ma dość dziwny punkt widzenia na świat. Bycie pożartym w imię przyjaźni jest ok., ale macanie cycków przekracza jej wyobrażenie zboczenia. Najwyraźniej nie brała na seria możliwości śmierci… Chociaż jak dowiedziała się prawdy musiał brać to pod uwagę.


Nie raz można zauważyć niepokojący uśmiech na jej twarzy. Jej buźka mówi wtedy wyraźnie, że normalna to ona do końca nie jest. Mimo mocno humorystycznej otoczki nie mogłem się pozbyć wrażenia, że zostanie z nią samemu nie byłby bezpieczne.

Po reklamie, wróćmy wydarzeń na boisku. Ukazanie się gammy szarości i egoizmu Koyomi – kun. Zrozumieć wampira, nie kobietę żyjącą pięćset lat jest naprawdę trudno. Mimo faktu, że spłycali niekiedy jej osobowość ukazując ją pod względem charakteru jako dziecko. Ona chciała odejść i miała do tego prawo. Lecz nawet to jej odebrano.

Oshino Meme niczym pan Lusterko dołożył tu swoje trzy grosze. Ech, trudno go rozgryźć z jednej strony wydaje się rzeczywistym strażnikiem równowagi, a z drugiej strony to cwany diabełek. Trudno się zdecydować do czego mu bliżej, ale dopiero w ostatniej części Kizumonogatari ukazuje się w pełnej krasie.


Samo zakończenie pełne smutku i przeprosin Koyomi – kun są ciut śliskie. Spływają po widzu jak woda, po kaczce i niewiele zostawiają, a mimo to ubranie jest mokre. Czy należy doszukiwać się tu głębszej prawdy? Cholera wie…

Podsumowując Kizumonogatari Part 3: Reiketsu-hen to anime, które zostanie z większością z was na długo, a teraz pora na kolejny sezon. Pora na mnie bey, bey.

P.S. Tekst leżał w przysłowiowej szufladzie ponad rok więc nie pamiętam już co tam było w anime xD

Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie