• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Recenzja Sniper Elite III: Afrika (PC)

Natura rozkwita, grill się rozpala, a tutaj wypadł wyjazd do Afryki, co za czasy...

Sniper Elite III: Afrika powrót do serii, w której się robi jedno. Strzela Niemcom w jajca. Brzmi to jak jakiś przykry żart, ale niech żuci ten kamieniem kto nie zrobił tego mając taką okazję w którejś z gier z tej serii.


Pierwsze wrażenia są takie, zmiana settingu jak najbardziej na plus. Porzucenie Europy na rzecz tropików było jak najbardziej wskazane. Dodało to pewnego urozmaicenia po przedniej kampanii i kryciu się w zrujnowanych budynkach. Ruiny, obozy i te spore niemalże niczym otwarte lokacje.

Kolejną zmianą jaka bardzo była dla mnie dostrzegalna, a raczej słyszalna to dźwięk towarzyszący przy rentgenie. Chodzi o udany strzał w którym widać jaki organ, kość itp. się trafiło. Brzmiał on dziwnie przestrzenie jakby ktoś dosłownie wydawał go w sposób bardzo nieudolny.

Następnie co wywołuje zażenowanie to reakcja Npc. Stojący tuż obok siebie żołnierze nie reagują w żaden sposób na cichą eliminacje. Inaczej się ma sprawa jak będzie to snajperka. Wtedy to, panie wiedzą wroga w odległości kilku kilometrów. Żadne przeszkody, krzaki i mgły nie przeszkodzą w zlokalizowaniu celu.


Podoba mi się też logika tej gry względem cichego chodzenia. Można iść kucając, a nawet się czołgać. Jednak nie w każdym momencie dają się położyć na ziemię. Jednak jak się zrobi krok do tyłu to już swobodnie dają rozłożyć plackiem, następnie udać się tam gdzie wcześniej rzekomo się nie dało. Logiczne prawda?

Sniper Elite III oferuje dużo poziomów trudności. Wybrałem Sniper, bo wydawał się być czymś w rodzaju normala. Zgadnijcie co? O ile wszelkie podpowiedzi typu podświetlane obiekty na takim samochodzie są rzeczywiście wyłączone, tak już komunikaty i gadający protagonista cały czas trzymają za rękę, aby człowiek się nie zaciął choćby na chwilę.

Jak o wskazówkach mowa oprócz monologów wewnętrznych dochodzą notki ostrzegające o poszczególnych przeciwnikach. Na dokładkę dołożono kogo się spodziewać i jak sobie z nimi radzić. Nadmienię o pewnym fakcie. W ramach już gadającego snipera zabrakło mi jednej rzeczy. O ile powiedział o pierwszych pobocznych aktywnościach tak już opcjonalnych, opcjonalnych ani razu nie wzmiankował. Brak informacji o tym sprawiło odjęcia braku wykonania 100% misji.


Wracając do tematu. SE3 próbuje nadać pewnego realizmu produkcji i każe uwzględniać pewne elementy jak na przykład: oddech tak, aby ręce się nie ruszały zbyt gwałtownie. Innym było oznaczenie ważnych rzeczy na mapie. Tutaj też idą powiadomienia, aby tam zaglądać. Tylko po co to robić, jak wszystko jest oznaczone gwiazdami widocznymi w polu widzenia. Nadmienić należy, że klawiszologia jest dość niewygodna i warto wszystko ustawić według własnych upodobań.

Eksterminując kolejne lokacje wyłapałem szybko schemat działania Si. Jak już wiadomo pojedynczy strzał z snajperki lub karabinu ściąga wszystkich. Natomiast oddalenie się na bezpieczną odległość sprawia, że jest już bezpiecznie. W takiej formie działania jedynie używanie krótkiej broni ma prawo bytu. Sytuacje da się zmienić, ale nie jest jakoś znacznie lepsza.

W Sniper Elite III da się strzelać na ponad 200 m, co daje całkowita bezkarność. Problem polega na tym, że nie trzeba niczym się przejmować i tylko czekać na odpowiedni moment. W takim wypadku wraca się do bardziej niewygodnego, ale satysfakcjonującego sposobu gry. Pomimo robienia zwiadu przed atakiem wielu przeciwników potrafi się tak skutecznie schować. Źle to ująłem są oni rozstawieni w taki sposób, aby mogli zaskoczyć z niespodziewanego miejsca.


Wykorzystując dobre miejsce do kampanienia ustrzeliłem 3 z 4 Niemców. Zastanawiałem się, gdzie ten czwarty? Okazało się, że zrobił spore kółko i podszedł od tyłu. Bardzo sprytnie, lecz nic to nie dało. Wielokrotnie wykorzystywałem kamerę tak, aby wyjrzeć w niedostępne miejsce. Drobne wykorzystanie tego co oferuje produkcja na swoją korzyść plus granaty, które okazały się wyjątkowo skuteczne. Zaliczyłem w związku z tym pewną niespodziankę. Jeden z owych ładunków trafił w cel misji, którego nie zważyłem. Wybuchów było tyle, że zastanawiałem się co ja odwaliłem.

Podobną sytuacje zaliczyłem z neutralizacją wroga na maksymalną odległość z której dało się celować. Trafiałem w jakąś bombę, bo widoczne z daleka „fajerwerki” były całkiem udane. Przy tej okazji zapytam was co trafialiście częściej? Głowę, czy nerki? Usilnie staram się jak w Sniper Elite V2 trafić w jaja tak dla beki, a tu figa. Jednak z nieznanych powodów wspomniane nerki idą jak szalone.

Przed rozpoczęciem misji należy zebrać drużynę, broń znaczy się. Jak to w tej serii bywa wyposażenie jest różnorodne, a do tego można je dostosować do swoich potrzeb. Szkopuł w tym, że trzeba to odblokować robiąc postępy w grze, czy to przychodzenie misji.


Pogadajmy teraz o ulepszeniach… Czy dostaje się je od tak robiąc misje? Tak i nie, ale o co kaman? Na każdej mapie jest Npc, który posiada interesująca gracza modyfikacje. Trzeba go odnaleźć i załatwić. Nie jest to w żadnym momencie sygnalizowane warto się tym zainteresować, aby czegoś nie pominąć.

Misja z ratowaniem informatora nauczyła mnie jednego. Skrypty jakie tutaj dodano są naciągane. Wrogowie mają „rozbudowane” zaprogramowane reakcje, ale to jest pic na wodę. Przy odpowiednim ustawianiu się koszenie ich hurtowo jest czymś tak naturalnym, że aż oczywistym. Czemu? Z dość prostego powodu kompletnie olewają stertę ciał na jaką trafiają. Zabrakło mi tutaj jakiejś próby wypłoszenia gracza z nory.

Równocześnie dzieje coś innego. Strategia ta mimo swej skuteczności nie gwarantuje wyjścia bez szwanku. Nie chodzi tu o odsłonięcie się, ale o zaliczenie obrzeżeń od grantu, który nie może zranić jak się jest zasłonięty ścianą w sumie grubym murem. Lecz tutaj niespodzianka jakimś cudem system uznał to za udany atak.  


Jeszcze parę słów o aktywnościach pobocznych. Devowie dali dość sporą swobodę przechodzenia misji. Nie można też ukrywać faktu, że lubią narzucić swoją wizję idealnego przejścia. Porównać można to do passa pokazującego jak jechać w ścigałkach. Takie coś bardzo się gryzie, a do tego jest każące dla tych, którzy widzą inne rozwiązanie. Dobrze, że choć nie krytykują za takie improwizacje.

Gra jest naprawdę krótka, a do tego od szóstej misji zmienia się odczuwalnie koncepcja rozgrywki. Lokacje zaprojektowana tak, aby gracz mógł mieć jeszcze większe możliwości zachowania całkowitej mobilności. Używanie snajperki stało się przez to o wiele mniej karane. Na mapach dodano sporo dodatkowych dróg, które w zmyślny sposób można wykorzystywać, aby flankować przecinków od dowolnej strony.

Oprócz zalet zaobserwowałem kolejne błędy. Npc uwielbiało strzelać przez osłonę, ba taki szwab z swoją Mp40 potrafił trafiać niczym snajper z dużej odległości, dobry skubaniec. Prawdziwych snajperów też nie brakuje, ale nie są oni problemem samym w sobie. Zwróciłbym uwagę na sposób jaki system zalicza zadawane obrażenia. W trybie skupienia czarno na białym oznaczany jest punkt, w który został trafiony cel. Wielokrotnie trzeba powtórzyć akcję, aby zostało to zaliczone jako udany atak.


Odpowiedzią jest często, gęsto i z dość sporego kalibru. W takich momentach prosiłoby się, aby osłona została w jakiś sposób uszkodzona. Bo dziwie to wygląda jak wszystko jest całe, a dostaje się komunikat koniec gry lub jakieś obrażenia. Brakuje też systemu zniszczeń otoczenia.

Siódma misja, prawie koniec wszystko idzie zgodnie z narracją misji. Tylko niech mi ktoś powie skąd do jasnej cholery, gdzie chowała się ta armia? Na samym początku misji wyciąłem wszystkich w pień, a tu nagle z dosłownej pustki wszyscy wyskakują. Na to i inne pytania raczej się nigdy nie dostane odpowiedzi. Lecz jak na to nie patrzeć psuje to pewną imersję. Pomijać bycia jednoosobową armią. Do tego wszystkiego niepotrzebnie przedłuża się cała misja. Oprócz celów opcjonalnych w kółko trzeba latać po mapie i wykonywać gówna cele, które wyraźnie dodano, aby kampania była ciut dłuższa

Ostanie dwie misje to prawdziwy koncert. Tylko dyrygent nie był w najlepszej formie i wszystko się tak jakby posypało. O ile widok wrogów w bazie nie robi żadnego wrażenia. W sumie dość logiczne to jak po raz któryś wychodzą z jakiejś nicości, bo jest jeszcze jeden cel do odhaczenie zaczyna być to śmieszne.


Sądziłem, że poprzednie zadania zaczęły się zmieniać w stosunku do tych pierwszych. Myliłem się, dopiero tutaj widać jak na dłoni tą metamorfozę, w której snajperka odegrała całkowicie pierwsze skrzypce. Do tej jakże pięknej całości dorzucono maniakalne strzelanie przez obiekty i brak chęci podążania za celem. Warto jednak zaznaczyć, że nowy błąd pojawił się na samym finale.

Fabuła póki co przypomina coś ala Metro 2033 skojarzenie to przychodzi na myśl z powodu monologów protagonisty między misjami. Streszcza sytuacje i omawia co tam będzie do zrobienia. Po pierwszych godzinach nie ma nic szczególnego do zaoferowania. Kropka nad i było żałosny pokaz pisania scenariusza. Banalne teksty: ty i ja jesteśmy tacy sami. Albo, znaczy się plus wejście antagonisty w stylu Szklanej Pułapki kto oglądał zrozumie co nie tam nie trzymało w finale kupy.

Szkoda tylko tego jak gra się zablokowała na pierwszym przerywniku. Warto nadmienić o jednym błędzie. Przenikanie obiektów jest w tej produkcji tak częste i gęste, że aż boli. Podobnie spraw się ma z zawieszaniem systemu. Dopiero przejście grafiki na wysokie coś pomaga. Podobna sytuacja była z SEV2 tam należało grać na średnich.


Ciąg dalszy problemów gra dalej potrafi się zawiesić na początku sesji. Zabawne jest to, że po przejściu na tryb okienka, aby wyłapać co się przeciążyło to wszystko działa w najlepszym porządku. Problem ten nigdy nie pojawił natomiast już w kolejnych godzinach. Na szczęście później już działała bez jakichkolwiek problemów.

P.S. Naprawić by mogli chociaż wieszanie się całego systemu. Pół biedy jakby wrzucało do pulpitu, ale to wymagało resetu PC.

Podsumowując, czy warto zagrać w Sniper Elite III? Jeśli się szuka pozornego wyzwania na parę wieczorów to można. Poziom średni to w sumie bardziej prosty tylko z mniejszymi podpowiedziami wizualnymi. Nie uchroniło to jednak mnie przed paplającym protagonistą, który traktuje gracza jak idiotę i dosłownie wszystko podpowiada. Ocena końcowa 6.5/10

Share:

Recenzja Space Marine (Lenovo Go)

W ostaniem czasie wpadł mi nie lada sprzęt. Lenovo Legion GO mobilny Pc/konsola. Czemu nie przetestować pomyślałem skoro nadarzyła się okazja. Na początek coś "spokojnego"... 


Pierwsza myśl jeśli ktoś sądził że Gears od War było krwawe to jeszcze nie widział Space Marine. Od samego początku gra wrzuca człowieka na głęboką wodę. Z mocną giwerą i ostrą brzytwą, a na ustach okrzykiem za Imperatora.

System to skrzyżowanie Dooma i slashera. Twórcy wyraźnie sugerują, że walka wręcz jest tą domyślną, bo dzięki niej regeneruję się życie. Czyżby w reboocie Doom o którym wspominałem zastosowali taką samą mechanikę?

Wraz z przejściem do dalszych misji gra ujawnia kolejne sekrety typu bonus do ataku w postaci furii, czy nowe zabawki do wypróbowania. Jedynie układ spluwa i miecz nie ma żadnych limitów. Wybór innej broni wiąże się klasycznie posiadaniem magazynków, a więc niema obawy nie będzie za łatwo. 


Fabularnie zaś początek skupia się na walce z orkami, które prezentują się naprawdę znakomicie. Poprawcie mnie, ale oni są w frakcji chaosu. Wiem, wiem powinienem sprawdzić. Sęk w tym, że ich zachowanie nasuwa tą myśl zanim jeszcze ta się pojawi.

Wizualnie Space Marine to wciąż topka. Gdzie nigdzie coś da się dostrzec ząb czasu. Mimo to chętnie ogląda się to przedstawianie z bogatą dekoracją. Po trupach do celu to powiedzenie świetnie oddaje czym jest SM. Budowa świata to połączenie korytarzuwek z czymś na kształt aren. Przez pełne wykorzystanie przestrzenne lokacji nigdy do końca nie wiadomo z której strony zaatakują.

Paradoksalnie zamiast się tym denerwować to jeszcze jest radocha. Arsenał stały i tymczasowy jest na tyle różnorodny, że chce się go uczyć jak najlepiej wykorzystać w określonych sytuacjach. 


Wrogowie nie dają czasu na zastanowienie się co w danej chwili zrobić. Trzeba działać instynktownie, czy wystarczy miecz, a może wpadnie mini boss i trzeba odpalić furię, aby odstawić radosną masakrę.

Warto jeszcze wspomnieć o licznie ustawionych skrzynkach z różną amunicją. Zapewnia cały czas dostęp do prawie pełnych magazynków i przez to nie ma chwili kiedy trzeba zastanowić się, czy nie zmarnowało się za dużo zasobów. Jedyne co przykuło moją uwagę było właśnie nie pełne uzupełnienie. Jaki to miało cel?

Mimo dużej dawki akcji Lenovo Go wcale się nie dławił. Wszelkie animacje i inne efekty specjalne przechodziły bez jakiegoś zająknięcia. Na jednym posiadaniu na pełnej wydajności minęło mi ok. 2 godziny. Ręce bardziej się męczą, a niż sama konsola/Pc.


Wreszcie mogę z czystym sumieniem polecić, produkcję, w której można kręcić takie combo jak się patrzy. Ewentualnie paść szybko na twarz, miało być na ryj. Po nabraniu już pewnego nazwijmy zacząłem umiejętnie żonglować coraz to nowszymi zabawkami naprawdę da się wyciągnąć w wir zabawy. Finiszery dają sporą satysfakcje, choć nie są zawsze zalecane.

Orkowie często i gęsto atakują wszystkie na hurra i można więcej stracić niż zyskać. Wracając do wykończeń – są genialne, nie! Są dziełem geniuszu. Momenty kiedy dokonuje się tej artystycznej makabry jest tak umiejętnie zorganizowane, że ma się wrażenie rzeczywistego działania zamiast głupawej animacji, w której krew leci z podłogi, a następnie przez głowę. Czy gdzie tam sobie projektant wymyślił.

Npc ulegają destrukcji i widać jak modele przeskakują na inne, mogli by to przejścia dopieścić. Jednak wciąż lepiej niż w współczesnych tytułach, które oszczędzają na tym. Walką, walką, ale jakaś fabuła jest. W sporym skrócie idź i podbijaj w imię Imperatora. Byłoby to jednak ciut niesprawiedliwe, bo poszczególne postacie też coś mają do powiedzenia. Od ślepego trzymania się odgórnych zasad, aż do trzeźwego spojrzenia na rzeczywistość. 


Marins i to nie tylko oni to o wiele lepiej napisani bohaterowie niż w Gears of War. Porównanie do nich jest nieuniknione. Wielkie chłopy i ich giwery plus pila łańcuchowa. Jeśli komuś się podobało tamta seria to tutaj jest większy nacisk na aktywną walkę z ciekawszymi bohaterami potrafiącymi zachować jakąś klasę, a nie być bliżej nieokreślonymi luzakami, którzy muszą się zebrać, aby raz na parę godzin pokazać, że są kimś więcej niż mięchem z giwerą.

Pomysły i możliwości na kreatywne przechodzie następnych fal wrogów jest naprawdę przemyślane. Pozornie wydawałoby się, że dodawani przeciwnicy to tylko urozmaicenie kosmetyczne. Nic bardziej mylnego. Przykładowo tacy szamani przywołujący kolejne zastępy. Takie wyzwania to wspaniały lunapark, który najbardziej się doceni mając jetpack. Jak zapytacie? Wylatując hen nad ziemię a później z pełnym pierdolnięciem uderzy się w zgraje orków i robi się z nich krwawą miazgę. Inną sprawą jest przyzwyczaić się do nieprecyzyjnego celowania na padzie.

Teraz napisze coś co może zabrzmieć jako zaprzeczenie. Owe potężne bronie, które się odblokują wraz z postępami są zabierane. Wszystko po to, aby je znowu mieć! Co??? Nie jeszcze raz… Ktoś wpadł na plan, w którym wraz z rozwojem trzeba będzie żonglować nowymi i starymi brońmy. Pora na kolejną kontrowersję. Jest to w połowie dobry pomysł, ale i tak bym znalazł lukę. 


Najpierw mankament tego planu. Od samego początku używa się broni białej. Każda nowe ostrze ma większe możliwości. Widząc jak mob, który jeszcze godzinę temu był problemem teraz jest w zasięgu ręki sprawia, że wpada się większa chęcią w zerga i wali naprawo i lewo. Jednak nie dla psa kiełbasa i zabierają to i dają z powrotem badziewie, które teraz wypada jeszcze marniej. Pół biedy jak było to tylko jeden stopień niżej, ale wraca się tak naprawdę do startowej broni. Nie dość, że najsłabsza to jeszcze ma długie animacje wykończeń, co powoduje, ze się wystawia na spore baty. Czemu????

Teraz uzasadnienie dlaczego dobry. W przypadku broni palnej jest sporo jest giwer, które dają różnorakie formy eliminacji. Jeśli devowie zostawiają określoną pukawe do wymiany to potraktować można jako sugestię, że może być bardziej przydatna w danej misji. Z drugiej strony czemu nie dać dostępu do wszystkich giwer? Zważając na fakt, że każda broń ma swoją skrzynkę z amo to i tak trzeba było w sposób przemyślany wykorzystywać swoje narzędzia pracy.

Podążając dalej można dojść do pewnych wniosków. Pierwszy czemu orkowie nie zniszczyli przysłanych zasobów, drugi czemu broń imperium ot tak walą się luzem w skrzynkach?


Następną sprawa, która zwróciła moją uwagę to niektórzy orkowie to prawdziwe gąbki na kule. Chodzi o te z mieczami łańcuchowymi. O Si też warto wspomnieć, że jak to w tego typu grach ma wyraźne ograniczenia. Wiedząc, gdzie są ulokowani przeciwnicy da się za pomocą snajperki atakować ich bez włączania skryptów. Jedynie ich śmierć działa poprawnie. Na szczęście gra jakoś to ogarnia i następni już zachowują się rzetelnie.

Pojawia się też wielki Behemoth z sporym zasięgiem. Nie chodzi to nawet ile jest wstanie wziąć na klatę, ale ktoś uznał że ozdoba sterczącą mu nad głową będą też liczna jako trafienie. Sporą stratą byłoby tego nie skorzystać.

Skoro już jestem przy snajperkach. Dodano kilka do wyboru. Każda ma nieco inny model celownika. Jest to nie tylko różnica wizualna, ale ma wpływ na rozgrywkę. Orkowie są jednak dość ruchliwi, a system wsparcia do celowania jest co najwyżej symboliczny.


Wraz z jedzeniem rośnie i apetyt. Space Marine są niczym gra w szachy w czasie rzeczywistym. Zamiast tur każdy robi co chce. Jest to prawdziwy chaos, ale i tutaj da się doszukać pewnego porządku.

Z jednej strony warto mieć przygotowaną jakąś taktykę w zanadrzu. Natomiast z drugiej strony rozgrywka pozwala na pewną dozą improwizacji. Wszystko to jest możliwe dzięki rozwojowi mechaniki Furii. Zaczęło się od pobycia statystyk, a później coraz większą siłą z szybką odnową. Nie wspominając już o dodatkowej aurze ochronnej. Wraz z postępem fabularnym, którego rzeczywiście się nie spodziewałem. Jak czyta ktoś kto zna uniwersum niech da znać, czy były jakieś wskazówki co do tych twistów.

Wracając do walki, co jakiś czas pojawiają się coraz to nowsi wrogowie od orków. Jednak nie będą oni jedyną frakcją, z jaką będzie trzeba się zmierzyć. Póki co zwierzaki walczą tylko na krótki dystans i lubią eksplodować na koniec. Liczę jednak, że pokażą coś więcej w kolejnych etapach.


Mała ciekawostka. Inkwizytor, którego się spotyka w kampanii jest zaskoczony faktem, że protagonista dotknął "gołą ręką" energię chaosu. Jak dobrze wiecie jedyne co mają odsłonięto to głowy. Błąd, czy tylko pominięcie?

Finał to prawdziwy chaos. Początkowo sądziłem, że skoro trzeba umieć atakować we wszystkie na raz to co z bossem? No to się zdziwisz ... Koniec jest bardziej banalny niż ustawa przewiduje. Jednego jestem pewny jeśli komuś było do tej mało walki. To powiem wam jedno fale wszystkiego co wyskoczy zapewni pełny serwis. Fabularnie zostałem po części zaskoczony, a z drugiej strony już nie. Z nielicznych przerywników dało się to w oczywisty sposób wywnioskować. Podsumowując Warhammer 40k Space Marine to prawdziwe dzieło które zachwyci każdego miłośnika ekstremalnej akcji.


Share:

Godfather: Co oni zrobili z mają grą? (Retro recenzja, PS2)

Przychodzicie do mnie: „Don Pietro, recenzji”. Ale nie prosicie z szacunkiem. Nie piszecie komentarzy. Nie zwiecie mnie Ojcem chrzestnym. W dniu wolnymi prosicie, bym napisał nowy tekst...

Uniwersum Ojca Chrzestnego do dziś jest czymś naprawdę niezwykłym. Powstało sporo filmów ukazujący te uniwersum z czego ostatni miał premierę 2020 r. Tym razem cofnę się daleką przeszłość do złotego okresu PS2. Godfather wydany na szósta generację to mokry sen nie jednej produkcji o tematyce gangsterskiej.


Akcja rozgrywa się 1936 r. w Nowym Yorku. Nie będzie to przygoda Mike Corleone. Mimo tego nie zabraknie kultowych momentów, a nawet rozszerzeń niepokazanych w pierwszej części serii filmów. Oprócz licznych fragmentów, cytatów, muzyki atakującej od samego początku dodano jeszcze jedną rzecz może nie dużego kalibru, ale też istotną. Protagonistę tworzy się od totalnego zera.

Spokojnie spędziłem szmat czasu przy ustawieniu każdego najdrobniejszego elementu mojego awatara. Jednocześnie nie będę udawał, że jest nazbyt różowo. Najmniejsze elementy jak kształt brwi, czy znamiona nie są widoczne. Z tego też powodu wierzę na słowo twórcom w ich istnienie.

Gra dziś nie przeszłaby bez echa. Nie z tego powodu co oferuje, a stara się przynajmniej na początku być: symulatorem przestępcy. Nie ma możliwości bycia…. CZARNYM. Toż to rasizm, kto to widział, że w włoskiej mafii nie ma murzynów, szok i niedowierzanie (śmiech).     


GF to nic innego jak GTA tylko o wiele bardziej rozbudowane. Sam szkielet jest identyczny. Nawet interfejs do złudzenia podobny. Przez coś takiego większość graczy się szybko w tym odnajdzie. Równocześnie muszę też wbić mała szpile, ale nie jest to wina devów. Grając to na starym kineskopie (retro master race) wszelkie informacje, rzeczy do odczytania są strasznie niewyraźne. Pomógł natomiast fakt istnienia spolszczenia gry. Łatwiej się zorientować, co i jak.

Parę słów o walce. Wahałem się dość długo, bo jeszcze takiego sterowania nie widziałem. L1 aby wejść w tryb bojowy jednocześnie machanie drążkiem. Uniki wymagają drugiego grzybka, natomiast R1 się używa do chwytania wroga. Normalnie cud malina, mieli rozmach skurwysyny.

Wyciągnąłem się na całego. Rozgrywka nie jest jakaś szczególnie niezwykła. W kolejnych częściach adaptacji z filmu nie da się jakoś wykorzystywać istniejących mechanik, a nawet auto celowanie potrafi być naprawdę upierdliwe. System sam wybiera cel z upartością maniaka co wymaga niekiedy powtórzeń etapów. W tym momencie warto dodać że pod tym względem Ojciec Chrzestny góruje nad konkurencją, która wymagała powtórzenia całej misji.


Dalsze etapy jak z reżyserem to przede wszystkim skradanki z elementami cichej eliminacji. Podobnie sprawa ma się z aktywnościami pobożnymi, które różniły się tylko opcjonalnymi sposobem eliminacji celu, prawie jak Hitman. Awans w grze idzie szybko jak ciepły nuż przez masło. Kampania jest typowo skierowana pod fanów filmów. Chociaż pewne wydarzenia się zasadniczo różnią co może powodować kręcenie nosa, ale czemu tak? Cholera wie.

W czasie kampanii będzie się awansować w hierarchii. Żeby jakoś to urozmaicić dodano drzewko talentów będące bardzo pomocnym ułatwieniem w rozwoju zawodowym. W ramach planu pracy odbija się meliny i przeprowadza: „negocjacje” z właścicielami. Zależnie od skuteczności może być to długa współpraca lub klapa. Jak za dużo się rozwali to utraci się wszystkie zyski z danego punktu. Problem w tym że człowiek się dowiaduję już po fakcie. Olewając rozwój tej umiejętności zawali się większość przejęć lokalnych interesów. Równocześnie nie wpływa tona grubość portfela. Jeśli komuś mało jest jeszcze drzewko telnetów do rozwoju.

Walka została dość dobrze wymyślona. W tym sensie, że jest sporo różnych możliwości. Jednak przez doładowanie punktów doświadczenia w zdrowie mogłem niekiedy wybić grupkę wrogów.... Dusząc jednego po drugim. Żeby było śmieszniej drugi walił palą, a trzeci strzał. Oczywiście zwykłem gnatem tomsona by nie wytrzymał.


Bardziej niż zmian w filmowych scenach czepiłbym się sytemu strzelania. Można bawić się w strzelanie w rękę, nogę itp., aby rozbroić przeciwnika, ale i tak zareagują wszyscy z najbliższego sąsiedztwa. Oni zawsze stoją we dwóch, a jak ma się pecha to nawet nieco oddaleni podejdą. Gra bardzo, ale to wprost niemiłosiernie trzyma za rączkę. Nawet po przejściu samouczka pomaga aż do porzygu. Pochwalić GF można za zagęszczone miasto zarówno pod kątem aut jak i pieszych. 

Najbardziej ciekawy byłem aktu w którym Michael jedzie do Włoch. Twórcy zaimprowizowali swoją wersję wydarzeń, która może nie jest wybitna, ale wpisuje się w fabułę gry. Protagonista natomiast staje się coraz mocniejszy, a walka na pięści to bardziej rzeźnia niż cokolwiek innego. Mogli więcej popracować nad pasywkami.

Jak oglądaliście The Last of Us to wiecie jak przenieśli grę do serialu. Tutaj znowu im dalej w las tym wychodziło to coraz dziwniej. Poszczególne próby odtworzenia wydarzeń od momentu jak Mike zostaje donem nie prezentuje się za dobrze. Nie jest tak, że wcześniej było jakoś wybitnie, a co najwyżej w stopniu zadowalającym, ale jakoś to było.


W czasie chrztu rodzina Corleone załatwia wszystkie swoje sprawy. Od tego momentu jest to już nic innego jak seria pomniejszych zleceń, które się non stop powtarzają. W ramach urozmaicenia dodali limit czasowy i pościgi.

Najzabawniejsze jest w tym kontekście system awansów. Mimo bycia Capo dalej nie ma się jakiś pomagierów. Zerem się było, zerem zostanie. Z grymasem jakoś to przeszedłem, bo wiedziałem, że za chwile koniec. A tu taki wał! Ktoś wymyślił ostatnie zdanie podłożyć bomby w domach pozostałych rodzin. Rozsypano te bazy, a raczej twierdze po całej mapie świata i się człowieku męcz. Wszystko po to, aby zobaczyć jeszcze jeden przerywnik, który nie jest warty ani mojego ani waszego czasu.

P.S W niektórych misjach pokazują na skrzyżowaniach gdzie skręcić. Jednak to jest tak spora rzadkość, że szkoda słów. Standardem jest zaglądanie co chwile do mapy, a to jest naprawdę bardzo upierdliwe. Mogli też dodać jakieś radia z interesującymi audycjami i muzyką z tamtego okresu.


Podsumowujmy, czy Ojciec Chrzestny jest warty zagrania? To zależy, od tego jak bardzo jesteście przywiązani do filmowej adaptacji. Pewne wątki poprowadzono całkiem zgrabnie jak zabicie szefa policji. Są jednak pokręcone gonitwy kiedy Sonny robi czystki, a na koniec groch z kapustą okraszony kiepskim auto namierzaniem. Godfather to porządny średniak z lepszymi momentami i dla ludzi, którzy spora wybaczą. Ocena końcowa: 6.5/10.

Share:

Demo Gothic Remake, czyli o jednym takim co szukał noclegu (PC)

Gothic Remake to tytuł, o którym każdy myślał, ale nie prosił, a może jednak ktoś chciał?

Każdy starszy i zapewne wielu młodszych graczy nie raz sięgnęło, po ten klasyk jakim był Gothic. Mógł go ogrywać prawilnie na PC lub Nintendo Switch. Jednak ktoś tam hen na górze uznał, że warto przywrócić to dzieło do nowego życia. Już raz próbowano zaprezentować graczom nową wizję, która przyjęła się jak przyjęła. Tutaj możecie o tym przeczytać (klik).


W tej wersji demo postanowiono podejść do tej produkcji od całkiem innej strony. Lecz zanim zacznie się przygodę trzeba ustawić sobie język polski. Kolejną sprawą była kamera. Grając tradycyjnie myszką klawiaturą można było dostać oczopląsu. Szybkie ruchy psują efekt i nie można zmienić szybkości. Sięgnąłem po pada i wszystko jak za dotknięciem magicznej różdżki naprawiło się od ręki.   

Następnie synchronizacja głosu i ust, odniosłem wrażenie, że zapomniano o tym całkowicie. Diego mówi podobny tekst jak w oryginale i o dziwo rzeczywiście jest oziębły i nie przyjemny, ale nie ma tragedii. Idąc dalej o rozmowach. Z jednaj strony są niekiedy oschłe i wulgarne podobnie jak w pierwowzorze. Diego mnie zaskoczył swoją wrogością. Da się go na tyle wnerwić, że zabił Nyrasa, aż zatkało kakao. Pozostali bohaterowie znajdujący się poza placem wymian od razu wchodzili w rzyć lub udawali nieprzystępnych, aby potem okazać się opiekuńczy. Jedynie strażnik na wrotach tak jak w oryginale zaproponował informacje za piwo. Kolejne mrugniecie oka do fanów.

Jak na max godzinne grania dużo jest tam rozmów. Da się się więcej wycisnąć gdy się spróbuje coś jeszcze wycisnąć. Gdym nie znał wszystkie części serii czułbym się przytłoczony licznymi informacjami, które spadły lawinowo. Z drugiej strony, jeśli ktoś miał styczności z tą marką to doceni wzmianki będące skierowane do weteranów.


Teraz trochę o walce. Nie jest źle, co prawda ciut trudniej niż w oryginale, ale jedynie trzeba się przyzwyczaić. Użycie kilofa, czy maczugi jest praktycznie identyczne. Walcząc z mobami trzeba mieć wyczucie, czyli nie wymachiwać bezmyślnie bronią, a wyczuć moment kiedy uderzyć. Na tym etapie jedynie dało się uwzględnić to przy szarży i wysokości wroga. Jest to całkiem inaczej niż jak w starym G1. Tam machało się z prawej do lewej.

Dodano także łuk, który nie tylko dostał nową mechanikę, ale był jeszcze Op bronią. Zasadniczo psuło to balans. W czasie walki z ścierwojadami stałem bezpiecznie na skałach i odkryłem potęgę tej broni. Przytrzymując łuk gotowy do strzału celownik się zmieszał. Skutkiem takiego skupienia było zadawanie większych obrażeń.

Skro już wiadomo jak się bronić to warto pomyszkować, ale tak cichcem, aby nikt nie zauważył. Jak ma ktoś chęć to dalej kradnie się co popadnie bez konsekwencji. Ale co z bronią? Kilof czeka tam gdzie był i do tego jest tam pewna niespodzianka. Da się zwiedzić część tunelu która w G1 była niedostępna. Kretoszczury z jakiegoś powodu nie robią swoich animacji tylko niemalże od razu atakują. Dziwi mnie to tym bardziej, bo taki ścierwojad działa na tych samych zasadach, co oryginał i wiadomo jak się zachowa. Szczęśliwie dalej można ściągać moby na Npc, które chętnie pomagały.  


Jednak nie zawsze tak jest… Po ponownym włączeniu gry z nieznanych powodów szkodnik stojący nad kopalnią stwierdził, że mnie zabije. Dając sobie spokój i licząc, że kolejne zadanie naprawi sprawę ruszyłem dalej i spotkałem Draxa. Gra jakoś nie zarejestrowała faktu zlecenia nowej misji i jego towarzysz dalej chciał zrobić z człowieka mielone. Ponowne wczytanie wcześniejszego stanu sprawiło, że ten pierwszy strzelił na mnie focha jak do niego poszedłem po raz „pierwszy”. Ponowiłem proces i poszedłem najpierw do Draxa i po raz trzeci „pierwszy raz zaczepiłem” typka, aby ten raczył w końcu zagadać. Koniec, końców można trafić do celu od razu lub iść naokoło.

Grafika w pierwszych wrażeniach jest pół, na pół. Nie jest najgorzej. Lokacje robią wrażenie bogato wypełnionych. Plac wymian był całkiem nie do poznania. Nie był to już ubogi obiekt z jakimś wyposażeniem. Teraz prezentował się jak twierdza. Równocześnie poczułem się zagubiony, gdzie Ja jestem? Nie bierzcie tego dosłownie, bo wszystko oczywiście wyjaśniono dokładnie. Po opuszczeniu części prywatnej i rozjeżeniu się po otoczeniu wiedziałem na co patrzę. Skok technologiczny uderza z pełną siłą.

Nie byłbym sobą i zajrzałem wszędzie, gdzie się dało. Odwiedziłem częściowo otwarte przejście do Khorinis z Gothic 2 i załatwiłem tam kretoszczury. Pod względem wyglądu lokalizacji demo robi wrażenie. Nacieki na ścianach jakie powstały są naprawdę szczegółowe. Rozglądając się po wnętrzu widać jak bardzo chciano oddać realistyczny efekt. Sztolnia główna sala i liczne przedmioty potrzebne kopaczom pozwały poczuć magię nostalgii z Starej Kopalni.


Błędy, tak błędów też nie zabrakło to co człowieka przywitało było tylko przedsmakiem technicznych niedociągnięć. Zaczynając od szalejącego szkodnika z Nowego Obozu, przez ustawienie się w pozycji startowej „T”. Poruszanie się po skałkach woła o pomstę do nieba. Utknięcie w zagłębieniu i „spadaniu w płytka przepaść” było dość częstym zjawiskiem. Ewentualnie jeszcze Świstak uwielbiał powtarzać jeden i ten sam tekst kilka razy z rzędu. W kopalni jest kilof będący jedynie ozdobą. Praktycznie nie dało się go podnieść. Wstyd! Następnie ktoś uznał, że maczuga będzie wydawać taki sam dźwięk przy wyciąganiu co miecz. Czego to ludzie nie wymyślą! Już wiem, mały bonusik. jak wczytałem sobie grę to ścierwojady leżące w wodzie wróciły to pozycji startowej.

Teraz jeszcze o drugim podejściu. Po zaznajomieniu się z wszystkimi dialogami, które swoją drogą były dość nie jasne odegrałem chama i prostaka. Przy polowaniu z Draxem ten zabija Nerasa jak obiecał. Nie zmieniło to faktu, że da się wykonać zadanie, o którym się teoretycznie się nie wie i usłyszeć w 99.9% te same monologi. Natomiast przy ognisku zamiast usłyszeć byłeś niegrzeczny, ale się poprawiłeś to okaże się coś całkiem innego. Z jednej strony gracz ma większa swobodę w kolejności wykonywania misji, a jednocześnie niszczy to całkowicie narracje.   

Jeszcze małe wtrącenie do rzeczy, które nie wpisałem wcześniej. Animacje siadania i wstawania, o ile to pierwsza jest w akceptowalnym tempie, tak podnieść mógłby się minimalnie szybciej. Trafiłem na skargi dotyczące wchodzenie na drabinę. Tutaj już zupełnie nie wiem o co chodzi. Nie dość, że nie trzeba trzymać cały czas przycisku trzymania się to całość przebiega standardowo jak w każdej innej produkcji.


Kolejnym kontrowersyjnym wątkiem był czas reakcji Npc. Jak zapewne dobrze wiecie, po podejściu do kogoś z bronią spowoduje, że ten każe schować ją natychmiast. Taka sytuacja kończyła się spełnieniem polecenia lub zbieraniem się z gleby. Dziwnym trafem tylko Świstak zareagował natychmiast. Pomimo zwycięstwa nie dało się go wykończyć, czy nawet okraść.

P.S. Interfejs jest inspirowany tym z Gothic 2, ale wciąż mógł być bardziej przejrzysty, ale to już czepianie się na siłę. Bardziej istotne jest fakt, że oddaje te same wrażenia co 2001 r.

Podsumowując. Demo Gothic Remake daje spore nadzieje, co do pełnej wersji. Walka jest jak najbardziej w starym dobrym stylu z pewnymi zmianami. Jeśli znerfią łuki to zachowa się jakaś równowaga. Gothic nie może być nadto prosty na dzień dobry. Myślicie, że zapomniałem o wyglądzie postaci? Nie!!! Diego wygląda kiepsko i to jest rzecz niewybaczalna. Powinni dać całkiem nowy model postaci, reszta jest do przyjęcia, choć poznać się ich nie dało (śmiech). Sporo jest tego do mniejszej lub większej poprawy, ale drogą jaką obrali nie jest zła tylko za bardzo kołują po niej.
Share:

Recenzja serialu Ojciec Brown (sezon 1)

Drodzy panowie, miłe panie omówię ostatni serial z 3 zapowiadanych. Pomimo swojej formy nie będzie to do końca produkcja propagandowa. Nie traćmy więc czasu i przejdźmy do rzeczy.

Brytyjski serial Ojciec Brown to adaptacja serii książek autorstwa Gilbert Keith Chesterton. Produkcja ta ma w sobie coś wspólnego z sagą Harrego Pottera. Pytacie, co dokładnie? Już śpieszę z odpowiedzią. W głównego bohatera wciela się się Mark Williams, który jest wam dobrze znany jako Artur Weasley ojciec Rona.


Żeby lepiej przybliżyć wam czego można się spodziewać, po tym tytule to powiem tak: Ojciec Mateusz przeniósł się do powojennej Anglii lat 50-tych. Format poszczególnych odcinków później nakreślę trochę szerzej, a na razie garść szczegółów.

Nie spodziewajcie się tutaj akcji rodem z Detektyw w sutannie. Dajcie znać, czy chcecie aby coś napisać o tym klasyku z polskim akcentem. Wracając do wątku głównego. Poszczególne odcinki to jeden i ten sam schemat. Czasami dochodzi do pewnych ustępstw względem fabuły, ale ostatecznie szkielet zostaje nienaruszony.  

Miłośnikom klasyki zaserwowano zbrodnię, morderstwo ma się rozumieć i liczne poszlaki. Wskazówki naprowadzające lubią pokazywać się w najróżniejszych momentach. Początkowo zapowiada się to naprawdę dobrze, bo da się już obstawić motyw i ofiarę zanim dojdzie do przestępstwa. Z tego co dotychczas napisałem buduje się obraz produkcji dla ludzi lubiących wykorzystywać swoje szare komórki.


Dzieje się tak tylko z pozoru. Zaprawieni fani gatunku szybko zorientują się w zasadach tej gry i nie będą mieć problemów z wytypowaniem co ważniejszych figur. Jak wiadomo kiedy odrzuci się wszystkie prawdopodobne rozwiązania ta, która zostanie choć niemożliwa będzie tą właściwą.

Zdradzę pewien smaczek jaki powinien zainteresować w pierwszym sezonie, całkiem sporo miejsca poświęcono uchodźcą z Polski. Wątek ten można odebrać dość negatywnie. Nie próbowano pokazać tam jakichkolwiek ciepłych relacji między naszymi, a miejscową ludnością. Jedynie Sid Carter (Alex Price) próbował jakoś zbliżyć się do Zuzanny (Katarzyna Kołeczek) będącej gosposią u Ojca Browna. Uprzedzam ksiądz jest po prostu dobroduszny dla każdego bez wyjątku, dlatego się nie liczy.

Wraz z rozwojem wydarzeń jedyne co przez serial trzyma w ramach kryminału są liczne morderstwa. W następnych sezonach jest tego jeszcze więcej. Można się aż zadziwić jak w takim miasteczku, prawie wsi popełnia się tyle zbrodni. Niezbadane są wyroki boskie.


Tym razem nie będę jakoś się rozpisywał o poszczególnych bohaterach pierwszo i drugoplanowych. Nie można się doczepić braku pomysłu na nich. Od buntowniczego  stylu bycia Ojca Browna, który doprowadza do bólu głowy inspektora, a kończąc na przekłamanej sekretarce parafialnej pani Bridgette McCarthy (Sorcha Cusack). Wspomniana już Zuzanną jest głosem polskiej mniejszości. Wszyscy oni i epizodyczne postacie dodają coś od siebie, tak aby utworzyć spójną całość.

Teraz przyszła pora na mięsko lub warzywa. Nikogo nie dyskryminuje (śmiech). W 6 odcinku postanowiono poruszyć problem dotyczące placówek prowadzonych prze zakonnice jak i samych zakonów. W tej sprawie i trup pada często i gęsto. Lecz to co bardziej się rzuca w oczy to patologiczne relacje i hipokryzja zakonnic. Nazwać to by się dało przerysowaniem. Jednak jeśli ma wybrzmieć jak należy to tak być musi. 

Odcinek ten był tuż po epizodzie z sektą. Tam bardzo, potępili konkurencję. Ktoś wpadł na pomysł, aby dodać coś dla równowagi. Z powodu liczby zgonów i tym razem warto dodać kilka przypadkowych ofiar, aby trudniej z pozoru stwierdzić kto był mordercą. Równocześnie nie postarano się, aby następujące po sobie ofiary nie były od razu do wyłapania. Charakteryzowały się "wyrazistym" stylem bycia. Jedyne co było konieczne to poświęcenie minimum uwagi, aby dojść do właściwych wniosków.   


Finał odcinka jest w pewnym sensie strzałem w kolano z przebiciem w stopę. Rozwiązanie zagadki ukazały struktury zakonne w jeszcze gorszym świetle niż samą sektę. Dramatyczna prawda jaka wyszła na wierzch została całkowicie zbagatelizowana. Zostawiło to poczucie niesmaku, jak można istotne tematy zamieść pod dywan.

W odcinku 7 pozornie odeszli od tematu kościoła. Nakreślono nieco inną sprawę z dość odmiennym tłem i narracją. Pokazano uprzedzenie, pychę i niewiedzę, którą krzywdzą bez wahania. Wielce pobożna sekretarka stała się orędowniczką prawdziwej nienawiści niczym niepopartych przekonań.  

Ofiarą tego odcinka jest nastolatka chora na chorobę popromienną. Tym razem było bardziej moralizatorsko. Pod tą dekoracją kryło się wiele złożonych problemów, których rezultaty zostały jasno wyjaśnione. Zdradzę tylko, że zakończenie dla odmiany było pozytywne. Wspomniany epizod to jedna z tych naprawdę monotonnych odstępstw. Druga polowa pierwszego sezonu z jakiś bliżej nieznanych powodów zaczęła bardziej skupiać na edukowaniu widzów, a niż zagadkach na głębszym poziomie niż kto zyska na śmierci bogatego nestora rodziny. Podpowiedź, nie pierwszy dziedzic, a osoba następna osoba w kolejce.  


No wreszcie, ideologiczne pitolenie zeszło na dalszy plan. Pierwszy sezon serialu powoli dobiega końca. Śledztwa są jakie są dość mocno przewidywalne. Pierwsze odcinki rzeczywiście były wciągające, a wątek polski interesujący, a przez to miało się ochotę na jeszcze.

W przedostatnim odcinku wraca ponownie temat polskich imigrantów. Wszystko pokazywano w taki sposób, aby nie dało się nic ominąć. Włodarz miasta zieje swoją nienawiścią i pychą. Nie dało się jednak znaleźć motywu do popełnienia przestępstwa. Ale nie ma co się martwić, bo wszystko idzie zgodnie z planem i pada trupem.   

Następnie wystarczy dokładnie słuchać, aby wyłapać szczegóły. Nie zabraknie fałszywych dowodów, które są aż nadto przewidywalne. Innymi słowy sprawca nie trzyma przy sobie narzędzia zbrodni. Finał jest natomiast taki jak zwykle najmniej podejrzana osoba to ta/ten właściwy.


Dodam jeszcze na koniec o paru rzeczach, które zawsze pokazują się w serialu. Najbardziej wyróżniającą się była nieudolna praca policji. Mimo, że powinni inspektora zmienić już dawno ten ciągle jest i powtarza jak mantrę jaki jest skuteczny. W ramach „przerwy” od śledztwa hrabina Felicia musi się przekomarzać z sekretarką Ojca Browna. I tak w kółko i w kółko to samo, aż do wiecie czego. 

Podsumowując, czy warto obejrzeć Ojca Browna? Jeśli szukacie serialu do kotleta to można oglądać śmiało. Nie jest to produkcja o ciężkim klimacie z dużą dawka brutalności. Zagadki są stosunkowo proste i z tego tez powodu próg wejścia jest niski. Bohaterowie są zmyślnie napisani z silnym oddziaływaniem na widza, czyli aktorzy dobrze wykonali swoją robotę. Patrząc całościowo produkcja ta z serii kryminalnej przeszła w typową obyczajówkę, która stara się być tym co deklarowała na samym początku. Ocena końcowa: 6.5/10.
Share:

Recenzja seriali Nicolas Le Floch

Była gorąca Italia to przyszła teraz pora na nie gorszą Francję. Pora przenieść się do XVIII wiecznego Paryża.

Pociąg ruszył i nie zamierza się zatrzymać. Choć z braku torów będzie musiał zrobić przestój w krainie wina, śpiewu i walk o władzę w królestwie Ludwika XV. Serial Nicola Le Floch z 2008 r. to na swój sposób dobrze wszystkim znana produkcja. Dość prosta w swoich założeniach.


Występuje w nim wątek główny będący niczym innym jak klamrą wspólną dla wszystkich wydarzeń. Raz jest to bardzo namacalne niemalże jednolita masa, innym razem jedynie symboliczna. Poszczególne sprawy będą się mieściły w dwóch odcinkach. Jeśli zajdzie taka chęć to jak najbardziej można losowo wybierać śledztwa prawie nic nie tracąc.

Pewne smaczki lub drobne zmiany następują. W większości przypadków nie mają one większego znaczenia. Jedynie mogą bardziej zainteresować, jeśli wciągnie was szerszy kontekst historyczny. Są też wątki mniej istotne politycznie, które w praktyce samemu trzeba było sobie dopowiedzieć jak się one zakończyły, tyle w słowie wstępu.

Zróbmy krok do przodu, a następnie obrót wokół młodego komisarza Le Flocha znanego w królewskich kręgach jako markiz de Ranreuil. Kto nam się ukarze? Wytrawny łowczy, czarny upiór o uśmiechu Mefistofelesa Gethego. Nikt nie wie, co naprawdę się kryje za jego bystrymi oczami.


W każdej sprawie ukazuje się jako nieugięty mściciel, który nigdy nie ugiął się pod naciskiem prawa, a tym samym doprowadzał do białej gorączki generała policji Antoine de Sartine. Równocześnie wielki nacisk położono na wszelakie podboje miłosne. Choć nie mogę być pewny, czy to na pewno odpowiednie słowo. Bardziej nazwałbym licznymi uciechami cielesnymi będącym dość częstą aktywnością komisarza.

Poszczególne sprawy dość mocno opierały się na określonym schemacie. Niekiedy dochodzi do jakiś przebłysku i pewne sprawy schodzą na dalszy plan. Początkowo jak wszystko opierało się na spiskach przeciw królowi i było to całkowicie akceptowalne. Lecz im dalej przesuwała się fabuła to odczuwało się pewien niesmak. Gorzki posmak był w szczególności odczuwalny w epizodach w których pozornie przestępstwo nie zahaczało o samą górę.

Pierwsza sprawa jaka miała miejsce napawała mnie nadzieja na liczne łamigłówki. Ślady niczym okruszki w Jasiu i Małgosi, które wyprowadzą z lasu. Wstępnie tak było nie można się z tym nie zgodzić. Poszczególne poszlaki pokazywały się dając szanse na obstawianie sprawcy. 


Akcja przez cały czas utrzymywała wysoki poziom. Okraszono to naprawdę ciekawymi dyskusjami, jak i luźnymi wymianami zdań. Podobnie ma się sprawa z bohaterami mający wyraźnie zarysowaną charakterystykę. Ich autentyczność naprawdę podbijała jakość. Przez wykorzystanie mocnych stron bez problemów dało się przymknąć oko na pewną gdzieniegdzie monotonię. Warto wspomnieć jak mocno przyłożono się do budowy lokalizacji i kostiumów. Idąc tą myślą warto pochwalić poziom szczególności pozwalający poczuć, a nawet niemalże być w tamtym dość burzliwym czasie we Francji.

Takie śmieszne zalety łatwo było odrzucić i zbagatelizować. Jednak interakcje między sami figurami robiły naprawdę swoje. Sartine mimo bycia swojego rodzaju kartą zagadka wprowadzał wiele zamieszania na ekranie kiedy miał takową okazje. Raz jego wstawki były śmiertelnie poważne, a innym przerysowane. Tak, czy inaczej nie mogłem się oprzecz wrażeniu, że miałem go odbierać głównie jako bohatera komediowego. Ewentualnie sam się tego doszukuje w tej postaci.

Skupię teraz bardziej na śledztwach. Jak wspominałem, pisałem i omawiałem w większości wypadków dotyczyły jego wysokości Ludwika XV, a następnie jego wnuka o którym napiszę później. Tematem głównym zazwyczaj jest morderstwo. Banał, warto w takim wypadku bardziej się skupić na motywie zabójcy. Celowo uniknąłem słowa mordercy, bo sprawcy nie byli szaleńcami działającymi wyniku szaleństwa.


Poszczególne śledztwa to w sumie jeden i ten sam schemat. Najpierw znajdują denata, a potem trafia do Samsona (kata), który robił sekcję zwłok. Oczywiście sprawa nie jest, aż tak prosta i wymaga licznych przedsięwzięć mających usprawnić cała sprawę. Diabeł jednak tkwi w szczegółach. Weźcie poprawkę na czas i mentalność społeczną jaka miała miejsce w tamtych czasach.

Honor i opinia wielokrotnie, wróć zawsze miała pierwszeństwo nad resztą spraw. Nie raz usłyszałem gorzki komentarz Le Flocha o tym jak członkowie rodzin gotowi są przyjąć wersję wydarzeń, która ich mniej skompromituje. Wszystko to kosztem ofiary.

Wraz z kolejnymi sprawami, w których brał udział komisarz ubogacony zostałem o wiedzę jak przeprowadzać śledztwa, a wy o czym myśleliście? Jego pomysły jak na tamten okres wywoływały wielkie zaskoczenie, ale jak tak można? Wyprzedzał on swoje epokę. W czasie obdukcji wielokrotnie towarzyszył również Dr Guillaume Scemacgus. Lekarz nie tylko o niezwykłej wiedzy i biegły w swoim rzemiośle, ale również wielce rozpustny.


Wartym jest póki co jeszcze asystent Inspektor Pierre Bourdeau, dla przyjaciół Bourdeau. Mała ciekawostka jego imię praktycznie nie pada w czasie serialu. Ma on jedną, ale naprawdę ważne rolę do odegrania. Jako jedyny nie korzysta z domu publicznego burdelem zwanym. Jako człowiek żonaty stara się być przykładnym obywatelem. Jest to tematem wielokrotnej kpiny ze stromy reszty bohaterów tego serialu.

Warto jeszcze podkreślić, że zwrócił on uwagę na jedną zasadniczą zmianę jaka miała niebagatelny wpływ na bezpieczeństwo całego społeczeństwa. Porządne oświetlenie ulic ma niebagatelny znaczenie na liczbę popełnianych przestępstw. Czy może to zagrozić pracy policji?

Nie zbrakło też paru mocniejszych akcentów w trakcie pierwszej połowy tej produkcji. Przez połowę miałem na myśli część w której rządził stary król. Pierwszy z nich dotyczył czarciego dziecka. Były tam naprawdę świetnie pokazane dreszczykowe elementy. Czym one były wywołane? Trudno powiedzieć. Nie raczyli nijak tego wyjaśnić. Jednak pomimo swojej skromnej formy robiły wrażenie.


Nie zabrakło też sprawy sprzed 60 lat, która wraca na salony, bo tajne organizacje typu wolno murarze, czy inni templariusze, którzy przeżyli znowu dają o sobie znać. Pragnę zwrócić uwagę na biżuterię, którą zwie się Łezką Warszawską. Przy tej okazji dowiedziałem się, że żona Ludwika XV to córka polskiego króla. Dzieje się, oj dzieje. Przy okazji pojawili się kolejni antagoniści, którzy póki co charakteryzowali się morderczymi zapędami i gorącym uczuciem. Jak się to potoczy zobaczymy.

Odcinek ten jest całkowicie bezpiecznym rozwinięciem. Miałbym tylko pytanie dotyczących "uczestników" tego spisku. Czemu są, gdzie są i czemu są tacy sztywni? Cokolwiek autor (czyli ja) miał na myśli?!

Nie chcę więcej się rozpisywać o tej sprawie, bo jest ona jedną z tych nielicznych odskoczni w których biedny król nie musi się przejmować. Jedynie dodam, że poszlaki jakie podrzucali w czasie seansu nie mogły się pochwalić obfitością. Powiedziałbym, że nadto oszczędne. Zaś samo rozwiązanie podano na tacy. Znajduje jednak drobne światło usprawiedliwienia w postaci mentalności i klas społecznych jakie wywczas obowiązywały.


Nie żyje król niech żyje nowy król. Ludwik XV schodzi z tego świata, a na jego miejsce wchodzi jego wnuk. Jest to moment wielkiej żałoby we królestwie. Ludzie by niebyli sobą jakby znowu nie doszło do kolejnego spisku. Raczej trudno było się spodziewać, aby było w tej kwestii inaczej.

Choć podłoże jest jak zwykle różnorodne to cel mniej lub bardziej sięga korony. Jednak bardziej niż na kolejnym morderstwie wolałbym się przyjrzeć życiu miłosnemu komisarza. Jako sługa jego wysokości i stóż prawa nie można nic zarzucić. Sprawa się ma całkiem inaczej jak zacznie się przyglądać sprawą sercowym. Tutaj jego wierność jest dość wątpliwa, a przynajmniej nie trwała. Ostatecznie twórcy serialu zostawili spore niedopowiedzenia w tej kwestii.

W Ciągu zaledwie kilku odcinków zamienia towarzyszki niczym rękawiczki. Całości nadali dramatycznego tonu i większej głębi. Natomiast zamiast nadać sensu to była konsumpcja i rozpusta. Nie mogę również nie wspomnieć o zmianach w „kadrach”. Nowy generał i nowe problemy z wizją człowieka nie mającego nic to zaoferowania prócz swojego pochodzenia.


Póki co jego debiut był strasznie sztywny zabierając ciekawy blok satyryczny, w którym to Nicola przekomarza się z Sarkazim. Nie zabrakło woke tematu, po raz kolejny pokazuje się transwestyta tym razem jednak o wyjątkowo morderczych skłonnościach. Nie zmienia to faktu, że pokazuje to towarzystwo w wyjątkowo złym świetle.

Najwięcej zyskał sam młody monarcha wyraźnie stylizowanego na kogoś wielce inteligentnego. Pokazali go jako umysł ścisły z zamiłowaniem do logicznego i konsekwentnego myślenia. Człowiek czynu może by tak powiedzieć.

Ludwik XVI ma nie lepszą sytuację niż swój poprzednik. Wydaje się jednak całkiem innym władcą. Odnieść można wrażenia bycia otwartym na wszelkie odstępstwa od etykiety dworskiej. Natomiast co do spraw państwowych nic się nie zmieniło. Historia nabrała o wiele szybszego tempa. Zważając na kierunek do jakiego zmierza Francja wszystko nabiera rumieńców.

Równocześnie idealnie pokazuje to sposób myślenia elit. Póki sądzą, że są bezpieczni starają się zrobić przewrót. Nie wiedzą jaki kręcą bat na samych siebie. Nicolas jest coraz częściej na celowniku i doczekał się 3 zamachów na siebie. Koniec końców wszystko potoczyło się jak zawsze.

Finałowe dwie sprawy, które obejrzałem hurtem to już w sumie jeden wielki rollercoaster. Sytuacja się naprawdę zaogniła. Przy tym początkowe sprawy z paszkwilami to już tylko drobna pieść przeszłości. Mimo, że jeszcze będzie jeden Ludwik żył cało i zdrowo to naprawdę się zaczęło dziać. W koloniach dochodzi do buntu. Powstaje kruchy rozejm z Austrią, a Zjednoczone Królestwa znowu dają o sobie znać.  

Jednak komisarz Le Floch tym razem obrywa z każdej strony. Jak ocenić tego typu wydarzenia? Jako wielce niepokojące. Mimo dzieła przypadku staną się one motorem napędowym do potencjalnych przygód markiza o ile kiedykolwiek zaczną kontynuować jego losy. 


Teraz nieco z innej beczki, ostanie odcinki pochodzą z 2014 r. co można od razu zauważyć. Dziwnym trafem w tamtym okresie poprawność polityczna i woke zaczęły coraz bardziej dochodzić do głosu. Pojawienie się charakterystycznych czarnych charakterów w symboliczny jak i dosłownym znaczeniu zaczęło powoli wychodzić.

Oczywiście w domu schadzek już takowe były osóbki, ale pojawiały się ledwie na kilka sekund, aby tylko zniknąć. Tutaj natomiast było to bardziej kombo. Panie tez zaczęły dziwnym trafem z postaci wspierających zmieniać w rozpychające łokciami strong feminy.

Koniec, końców nie miało to większego znaczenia. W całościowym rozrachunku można to potraktować jako drobne potknięcia. Serial się skończył, a wraz z tym szanse na zniszczenia tak dobrze rozpisanej produkcji, która mogę śmiało polecać.

Podsumowując Nicolas Le Floch to serial wart waszego czasu. Mimo pewnych niedociągnięć broni się swoim oddaniem tamtej epoki. Protagonista to charyzmatyczny człowiek o wielu obliczach. Przez większość odcinków trzymano się ram społecznych, aby powoli zmienić to za czasów Ludwika XVI. Szczęście w nieszczęściu zakończono ten projekt i powstrzymano przed zniszczeniem tego co już wypracowywano. Ocenę zastanawiam otwartą.

Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie