-
Recenzje
Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo
-
Manga i anime
Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj
-
Filmy i seriale
Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć
-
Publicystyka
Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem
Retro recenzja Chłopcy z ferajny z 1990 r.
Przyszliście na mój blog i prosicie Don Pietro napisz o Goodfellas. A czy napisaliście komentarze? No tak, a więc dostaniecie co chcieliście. Jedziemy z tym koksem, tylko helikoptera nie będzie.
W trakcie seansu przypomniałem sobie jednak, że oglądałem ten film. Jednak nie wszystko i powrót po latach okazał się czymś czego potrzebowałem, a nie wiedziałem o tym. Podziękowania dla Przygodozony, Old Lady, Kacpra z Blogu 137 za zachęcenie do sięgnięcia po ten klasyk. Koniecznie zajrzyjcie na ich blogi.
Chłopcy z ferajny z 1990 r. to dzieło sztuki i prawdziwy dramat z dużą ilością „przetworów mięsnych”. Jak ktoś obejrzał wcześniej Prawo Bronxu to na pewno zauważył coś znajomego. Czuć w tym tytule kontynuacje tego co się działo w tamtym filmie. Mówiąc jaśniej, co by się stało jakby pewien małolat poszedł złą drogą.
Zacznę od początku. Już pierwsza scena to nie jest tylko przyciągające uwage krwawy spektakl. Otwarcie tego typu zaczęto nagrywać dopiero w latach 80-tych. Chodziło o to, aby zbudować napięcie, które przyciągnie widza, a następnie cofnąć się do samego początku. Wszystko, po to by powrócić tam z powrotem i pokazać, co się stało dalej. Dość często można było zobaczyć to u Van Damme jak np. Uniwersalnym żołnierzu, tam oglądamy jak trafia do czarnego worka. Nie będę zdradzał, jak się to tutaj potoczyło, ale naprawdę warto.
Początek filmu zaczyna się od przedstawienie historii przez samego protagonistę. Jest to większy skrót, a niż część na której trzeba się skupić. Głównym daniem jest część jak Henryk działa jako pełnoprawny gangster. Warto jednak prześledzić jego młodzieńcze perypetie. Pomimo dość wielkiego przeskoku lepiej można zrozumieć jego motywacje.
Istotną różnicą jaka miała miejsce między bohaterami filmów ostatnio omawianych to metoda wychowania i ludzie, którzy ich otaczali. Henry miał ojca potrafiącego jedynie stłuc go na kwaśne jabłko. Natomiast najważniejszym czynnikiem napędowym była bieda. Łącząc te kopki szybko można dojść dokąd to zmierzało.
Zresztą, o czym ja mówię. Staram się dodać większej głębi protagoniście, a tak naprawdę jest on dość prosty. Chce, kasy i wie jak ją zdobyć. Nie będzie miał większych rozterek moralnych i nawet morderstwa nie będą stanowić większego problemu, to tylko biznes i tak jest świat zbudowany.
Akcja Goodfellas rozgrywa się od lat 50-tych, aż do 80-tych tym razem mamy cały przekrój i nie będzie problemu z taksometrami. Zaprezentowana tutaj mafia ma już o wiele bardziej dorosły wyraz. Nie jest tak ugrzeczniona jak w poprzednim filmie, czy pokazana jak wysoka kasta z Ojca Chrzestnego. Porównać to można do struktur przestępczych jakie miały miejsce u nas w latach 90-tych.
Hierarchia była jasno ustalona, a do tego pokazano jak szybko sojusze mogą powstawać i się rozpadać. Usunięcie niewygodnego człowieka następowało bardzo szybko, bez żadnych przekleństw, czy czegoś w tym stylu. Przychodzili jako przyjaciele i robili to z uśmiechem na twarzy w momencie kiedy ktoś był słaby i potrzebował pomocy.
Były wyjątki od tej zasady i trzymano się ich z wielką gorliwością. Nie wolno zabijać bez powodu konkurencji. Zabawne jest jak szybko się o tym zapomina. Bo widzicie to co się stało na samym początku będzie miało swoje konsekwencje hen daleko w przyszłości. W najmniej oczekiwanej sytuacji przyjdą konsekwencje, a wtedy uderza to z większą siłą. Z dzisiejszej perspektywy widz machnie ręką: zapomnieli tak to jest. Tutaj jednak domknęli ten wątek i to jeszcze z sporym przytupem.
Praktycznie nie znalazłem takiego momentu, aby powiedzieć, coś skopali. Jak już chciało by się czegoś doczepić to zmiana narracji z dramatu w coś rodzaju komedii. Nie były to jednak dowcipy sytuacyjne, a wyśmianie pewnych schematów. Mały spoiler, co się nie robi po wielkim napadzie? Nie wydaje dużej kasy, na futra, czy samochody! Co robią geniusze zbrodni z gangu Olsena? Wszystko to czego im zabroniono. Przecież to logiczne, czego nie rozumiecie?!
Warto się przyjrzeć kolejnym wątkom. Najbardziej ciekawą postacią była pani Hill. Tutaj dostało się cały wachlarz i pokazanie drogi od dziewczyny z dobrego domu, aż do pospolitej przestępczyni. Czy możną ją krytykować? I tak i nie. W Stanach dla ludzi wszystko jest w porządku póki pieniądze są i nie ma się z tego tytułu kłopotów. Czyli nie dziwota, że nikt za bardzo nie wnikał skąd przeszyły małżonek zgrania dolary skoro twierdził, że są legalne, a policja nie gania się za nim.
Jak się tak zastanowić jednak czegoś zabrakło. Pokazując poszczególne etapy jej życia nie łączono ich w żaden sensowny sposób. Jedynie oglądało się to jak serial, w którym pomijało się część odcinków i trzeba było się domyśleć co się stało pomiędzy nimi.
Mówi się trudno i żyje się dalej, bo pokazali coś znacznie ciekawszego. W niedużym fragmencie przedstawiono życie rodzin członków mafii i jak spędzali wolny czas. Taka odskocznia od pracy mężów rzuciła nowe światło na to jak funkcjonuje ta społeczność. Do tego był plan tygodnia jeden dzień na wyjście z żoną, a drugi z kochanką.
Wartało poświęcić jeszcze parę zdań Henremu. Szczerze, lepiej już było odstawić go na bok, bo w gruncie rzeczy bez wsparcia innych był nikim. Bardziej niż nim można było skupić się na De Niro będącego w wielkiej formie. Przeskok między wzorcowym obywatelem, a groźnym przestępcą było ciekawym doświadczeniem. Skrajne różne role pokazały jego warsztat aktorski.
Jest jeszcze jedna postać, o której koniecznie muszę napisać. Tommy DeVito granego przez Joe Pesci. Błyszczał, oj tak lśnił na tle innych i był tak wnerwiający jak to tylko było możliwe. Nie można odebrać mu tytułu lokomotywy napędowej w życiu Henrego. Niestety nie koniecznie poszło to w właściwą stronę. Lecz ja nie o tym.
Sposób w jaki Pesei oddawał tego bohatera najbardziej do mnie przemawiało. Nie tylko wykonywał należycie swoją pracę, ale widać jak się naprawdę zaangażował. Jednym z istotniejszych scen powstała dzięki niemu. Napisze o tym później.
Teraz jeszcze parę dodatkowych spostrzeżeń. Czesi tworząc Mafię 2 musieli i po ten film sięgnąć. Sprzedaż papierosów, czy życie w więzieniu były naprawdę dziwnie znajome. Powiedziałbym, że skopiowano je tam niemalże co do joty.
Nie zabraknie też omówień co ciekawszych zabiegów. Każda z scen morderstwa była staranie przygotowana. Starano się pokazać je tak by widz nie stracił nic, a jeśli gdzieś coś było mniej widoczne to nadrabiano to po chwili z nawiązką. Eksponowano z wielka starannością rezultaty "swoje pracy", naprawdę mocne.
Z ciekawostek warto oglądać z uwaga jak Henry śmieje się z DeVito po raz pierwszy w barze dochodzi wtedy do improwizacji. Jak się pyta co w nim jest takiego zabawnego wymyślano na bieżąco dialogi nikt nie wyszedł z swojej roli. Nadmienię też o kilku błędach jakie miały miejsce, a było ich całkiem sporo:
Kiedy Henry i inni stoją przed lotniskiem Idlewild w 1963 roku nad ich głowami przelatuje Boeing 747. Ten samolot przeszedł testy lotnicze dopiero w 1969 roku, a do służby wszedł w 1970 roku.
Podczas sceny, w której Spider zostaje postrzelony w stopę, Tommy oddaje w sumie siedem strzałów z pięciostrzałowego rewolweru S&W Model 36 bez przeładowywania go.
Podsumowując, czy warto obejrzeć Chłopców z ferajny? Jest to dzieło z całą pewnością pond czasowe. Pokazują tam prawdziwą brutalność jaka funkcjonuje w mafii i to jak się kończy pogoń za pieniędzmi. W całej tej beczce miodu łyżką dziegciu stał się dorosły Henry, który jest dość nierówno napisany. Sądzę, że sprawiedliwą oceną będzie 8.5+/10.
Retro recenzja Prawo Bronxu z 1993 r.
Tym razem leci polecajka, która podesłał mi Kacper z Blogu 137, Prawo Bronxu z 1993 r. Dla odmiany nie będzie to kino, akcji choć tej nie zabraknie. Mamy tutaj typowe życie gangstera z dramatem w tle.
Zastawiam się od czego zacząć, a jest tego naprawdę dużo. Od pierwszych chwil kiedy narrator zaczyna opowiadać swoją historię ujrzałem coś znajomego. Może być to Max Payne, albo inny klasyk pokroju Ojca Chrzestnego. Była to zapowiedź czegoś większego, poczułem siłę chłopców z miasta, mafię.
Wszystko to, aby dostać później spora liczbą przebitek na dzielnice. Nie chodziło tu o sam kontrast jako taki. Miejsce gdzie się rozgrywa Prawo Bronxu jest w pewnym sensie kolejnym bohaterem, który się zmienia, przekształca i dorasta. Fabuła filmu pokazuje starych gangsterów, którzy sami dorastali w okresie prohibicji. Powiedzieć można to był wymierający gatunek.
Istotą filmu było pokazania tego gangsterskiego świata z perspektywy młodego człowieka Calogero "C" Anello. Jego historie poznaje się w dwóch aktach jako dziewięciolatka, w którego wciela się Francis Capra, a następnie jako siedemnastolatka grał go Lillo Brancato.
Powiem szczerze, że młody gówniarz nie wypadł najlepiej w swojej roli. Był zbyt oderwany, aby traktować jego podziw, czy nawet obsesje wobec lokalnego bossa za rzeczywisty. W wielu momentach był co tu mówić fatalny. Tym bardziej pozostali jak De Niro chociażby nadrabiał to aż nazbyt widoczny sposób. No, ale mały dopiero zaczynał więc nie powinno się tak bardzo od niego wymagać.
Napomknąć też trzeba o drugim już starszym odtwórcy. Tutaj sytuacja miała się zgoła inaczej. Wyraźnie zmienił się styl i widać, było lepszy warsztat aktorski, choć w scenach miłosnych mógł być bardziej rzeczywisty. Jednak bardziej niż jego umiejętnościami przyjrzałbym się pewnym scenom, które ewidentnie powinny być nieco krótsze. Zważając na sytuacje społeczne pewne wydarzenia raczej skończyłyby się nieco inaczej. Lecz film, to film i swoje prawa ma.
Wracając do fabuły, obserwując jak Calogero dorasta dostaje on nauki od trzech osób. Jest to dość zakręcony wątek, bo nie rodzice byli tymi, którzy dali mu najwięcej. Prawdziwym mentorem chcącym dla niego najlepiej okazał się Sonny. No sorry, musiałem to napisać. Po przez lekcje jakie mu dawał pokazał jak bardzo wielowymiarową jest postacią.
Rady i motywacje jakie dawał pokazały, że zrozumiał swoje błędy i decyzje jakie podjął. Nie będę go jakoś idealizował, bo kryształowy on nie jest. Przestępca to przestępca, ale mocno stąpał po ziemi. Wraz z tym jak zmieniał się protagonista zmieniał się Bronx.
Przestawiona sytuacja społeczna to drugi istotny temat. W USA rasizm to całkiem inny temat niż to co znamy w Polsce. Od początku konflikt się rozgrywał między białymi, a czarnymi. To pierwsza rzecz, a następnie zmiana w półświatku. Gangi motocyklistów to całkiem coś nowego. Byli tym, co murzyni dla szeregowych obywateli, rakiem. Dość szybko zresztą pokazali wszyscy co sądzą jedni o drugich.
W całym trym sajgonie dodano wątek miłosny rodem z Romea i Julii, bo czemu nie? Na swój sposób wpisywało się w dramatyczny charakter tej produkcji. Miłosne zaloty jako takie nie były złe, lub dobre. Były po prostu przeciętne i mogą ujść w tłoku. Bardziej niż to ochanie liczyło się jak wspomagało to rozterki moralne Calogero. Po której stronie stanąć, czy tak wypada i co powie ojciec i przyjaciele itp.
Całe to wydarzenie nadało większej głębi, bo już nie ograniczono się do pokazywanie mafii jak to miało miejsce z początku. W drugiej połowie typowo skupiono się na okresie buntu i tego co wydarzyć się może wychowując się w tej dzielnicy.
Na koniec warto pochwalić powinienem fantastyczny podkład muzyczny. Liczne przeboje to czysta klasyka. Dodało to wiele uroku i odpowiednio nakreślało poszczególne sceny. Jeszcze jedna, może dwie pochwały. Nie jestem pewien, ale jak pokazali po raz pierwszy żyjącą dzielnice to miałem wrażenie zobaczenia sceny z Mafii 2, w której Vito wychodzi więzienia. Ten sam wajb i pokazanie: oto nowa epoka się zaczęła.
Następnie społeczeństwo nie będące jedynie tłem, a ważnym elementem pozwalającym uwierzyć w to co chcą pokazać twórcy. Dopracowano to w najmniejszych szczegółach. Liczne rozmowy i interakcje mimo chodem podbijali wrażenia z seansu. Natomiast kropka nad i było wierne otworzenie otoczenia te auta, moda i lokale. Wszystko to sprawiało, że chciało się tylko jeszcze.
Czy warto obejrzeć Prawo Bronxu? Zdecydowanie, znajdzie się tam wszystko co najlepsze jeśli szuka się dojrzałego dramatu o chłopcach z miasta. Wykorzystanie perspektywy dziecka, a następnie nastolatka dało możliwość lepszego zrozumienia tamtego świata lat 60-tych. Ocena końcowa 9/10.
Na koniec mała ciekawostka jaką znalazłem:
W filmie pojawił się błąd historyczny: w scenie, w której samochód zostaje podpalony koktajlem Mołotowa, w tle widać parkometry, które zostały wprowadzone w latach 70. XX wieku, mimo że akcja filmu osadzona jest w latach 60.
Retro recenzja Siła magnum z 1973 r.
Druga część pojedynku się skończyła, czy wypadła lepiej? To w sumie okaże się za chwilę lub jak przewiniecie na sam koniec to będzie jeszcze szybciej.
Jestem na świeżo po drugim seansie i powiem jedno. Jest to naprawdę porządne kino akcji, które mimo sporej ilości tego, co każdy fan mógłby oczekiwać nie było wstanie mnie pochłonąć bez reszty.
Od samego początku uderzono w to, co najmocniej zagra u każdego widza. Brak, ale to totalny brak sprawiedliwości. Przygotowując się do tego tekstu dowiedziałem się, że generalnie walka z niedoskonałym, jeśli nie rzec dziurawym systemem. Jak się człowiek wgryzie w ten temat to dowie się jak należy interpretować narracje.
Siła magnum to kontynuacja jedynki, aby wszystko zrozumieć i w pełni ogarnąć co się dzieje trzeba znać pierwowzór. Niestety nie mam takiej możliwości, w więc skupie się na drugiej części jako samodzielnej całości.
Czym się zatem ta kultowa odsłona różni od nieszczęsnego Nagłego zderzenia? Praktycznie wykastrowano z wszelkich wątków odciągających widzów od głównej linii fabularnej. Nie zabrakło elementów romantycznych. Jednak są one w zasadzie marginalne i w żadnej sposób nie naruszają całej konstrukcji. Są jedynie dodatkiem do tego na którym nie sposób się nie skupić.
Od samego początku morderstwa będą na tapecie. Przedstawiono je w zmyślny sposób. Metoda i sposób wykonaniu niemal zawsze były identyczny. Prawie, bo dwukrotnie odeszli od pierwotnej wersji. Jednak morderca jest przestawiany tak samo. Jednak w pewnym momencie jest ukazana jego twarz.
Sprytny był to zabieg, bo już wiadomo kto to jest, teraz tylko motyw i po sprawie. Nic bardziej mylnego. Pomimo licznych zgonów to co liczyło się najbardziej to jedno zdanie jakie mówi antagonista. „Nie chodzi o to, czy powinniśmy używać przemocy czy nie. Po prostu nie ma innego rozwiązania”.
W gruncie rzeczy wszystko co pokazano odnosi się właśnie do tego. Na ile można nagiąć te zasady. Jak wiadomo Harry nie żałuje sobie i robi to wielokrotnie. Lecz w swoim poczuciu sprawiedliwości bliżej mu do Batmana. Sięga, po broń tylko dla obrony lub ratowania bezbronnych.
W wewnątrz policji, ktoś stara się zabrać sprawy we własne ręce. Nie jest to powiedziane wprost. Oglądając da się wyłapać pewne znaki, coś jest nie tak. Nie można tego nie zauważyć, bo są to już przetarte z perspektywy czasu schematy. Miłym akcentem jest jak twórcy wodzą trochę za nos. Pomimo stawiania na akcję pozostawiono parę momentów na obstawianie kto jest kim.
W paru momentach wprost wpychają pod nos tą odpowiedź. Warto jednak się zastanowić, gdzie leży prawdziwa podpowiedz w tej całej układance. Pomimo tytułu Siła magnum ta broń ta bardziej odegrała role drugoplanową i ostatecznie nie wybrzmiała jak należy. Jest to zasadniczy kontrast do pierwszej sceny, w której Harry mówi o sile tego rewolweru.
Teraz trochę o ciemnej stronie mocy. Sorry, mordercy miało być. Przedstawiono ta postać w zacnym stylu. Przez większość czasu licząc od początku seansu nie widać twarzy. Słychać tylko głos. Czy ktoś słucha jak mówi? Jak brzmi, a no właśnie! Pomimo licznych scen przemocy to ostanie morderstwo przedstawiono w taki sposób, aby widz się dowiedział. Idzie śmierć w własnej osobie. Jednak moment na parkingu kiedy pada światła tak, że oświetla całą postać dalej nie wiadomo kto to jest. W pewnym sensie było to naprawdę przerażające.
Na samym finale zafundowano przemowę, która podsumowała wszystko co się do tej pory wydarzyło. Te liczne zbrodnie nie miały miejsca po raz pierwszy to wydarza się ponownie. Ta i jeszcze jedna rozmowa miała być odbiciem w krzywym zwierciadle wszystkich przekonań Brudnego Harrego. Daje to do myślenia.
Na koniec o części technicznej. Pomimo swojego wieku film nagrywano w dość współczesny sposób. To co zdradzało czas tworzenia tej produkcji to niestandardowe ujęcia. Nie będzie to dużą stratą jak je przybliżę. Pierwszy to uwieszenie kamery tuz koło jadącego na motorze policjanta. Następnie widok z góry na głównych bohaterów na komendzie i kultowe zbliżenia. Jak ja je uwielbiam.
Pochwale natomiast już słynną scenę na parkingu naprawdę dobrze to wykonali. Zabawa światłem miała też miejsce w opuszczanym statku na końcu. Podeszli tam, aż za ambitnie i chciano wykorzystać wszelkie informacje jakie podali o przeciwnikach. No tak i ponownie bawiono się kamerą tak, aby było wrażenie bycia tam, a nawet zobaczyć perspektywę przegrywającego.
Podsumowujmy, czy warto obejrzeć Siłę magnum? Starając się wejść poza własne gusta to mogę przechylić się pozytywnie na to pytanie. Jednak, żeby wszystko mogło wybrzmieć potrzeba zapoznania się z pierwszą częścią. Bez tego będzie to raczej klasyczne kina akcji z przyrostem formy nad treścią.
Retro recenzja Nagłe zderzenie z 1983 r.
Jak napisałem ostatnio w komentarzu pod Commando uwielbiam kino lat 80-tych. Co powiecie na kolejny pojedynek?
Tym razem będzie to niezwykła rywalizacja! Clint'a Eastwood'a zmierzy się sam ze sobą. Na tapetę wziąłem jak już wiecie Nagłe zderzenie (1983), a będzie się mierzyć z Siłą magnum (1973) podobno najlepsza część serii. To się okaże już w następnym tygodniu, kto wypadł lepiej. Zachęcam do wypowiedzenia się w komentarzach, która część waszym zdaniem jest tą prawilniejszą.
W takim razie nie tracąc czasu pora rozłożyć na części pierwsze „najgorszą odsłonę” przygód Brudnego Harrego. Od czego zacząć? Hmm, od pewnego mankamentu, który nie jest wprost winą ekipy filmowej, a odciskiem starej technologii.
W latach 80-tych dość często wykorzystywano mrok, częściowe zaciemnię itp. do budowania nastroju, czy też stanu psychologicznego bohatera. A może nadzwyczajnie miało dodać większego napięcia i nie odsłaniać wszystkich kart.
Chwali się, oj chwali takie zabiegi podprogowe, ale jakość oryginalnych nagrań na współczesnych wyświetlaczach niekiedy się gubi. Ciekawe jest to, że grano też kolorami, o czym wspominałem w poprzednich tekstach. Na kasetach VHS prezentowało się to mizernie, bo ten nośniki nie radziły sobie z tym. Inna sprawą jest HDR, tutaj mamy wyciskanie świeżego soku z najwyższej półki.
Rozgadałem się, wracając do rzeczy. Początek Nagłego zderzenia otwiera morderstwo, które w późniejszym czasie okazuje się lokomotywą napędową tej produkcji. Jednak nie dało się w pełni wczuć w tą sytuacje. Na szczęście potem jest już tylko lepiej. Nawet w nocnych partiach.
Warto obejrzeć ten film po Cobrze. W wspomnianym filmie Cobretti w rozmowie z świadkiem mówiąc o tym jak oni łapią przestępców, a sądy ich puszczają. I nie uwierzycie w pierwszych minutach właśnie się to dzieje. Scena ta wybrzmiała przez to o wiele mocniej kiedy znało się kontekst wydarzeń jakie miał miejsce w Stanach Zjednoczonych. Jasną sprawą było, że sąd musi trzymać się prawa, ale pokazało to dobitnie kogo tak naprawdę chroni kodeks karny.
Akcja rozgrywająca się w budynku sądu pokazała jeszcze coś. Pychę reżysera i odtwórcy Brudnego Harrego. Pojawia się on z ujęcia ustawiającego go w samym centrum z sporym zbliżeniem nagranym z pozycji kucającej. Sprawiło to, że widź widzi potężnego niezwyciężonego mściciela. Natomiast po przegranej sprawie dzieje się coś jeszcze śmieszniejszego. Pędzi on z przełożonym za "niewinionymi obywatelami".
Tempo jakie narzucili było wprost nienaturalne. Kłóciło się to z stosunkowo luźniejszą rozmową mającą wmówić, że przegrali bitwę, ale nie wojnę. Takie sprzeczne komunikaty wyrywały mnie z wczuwania się w głównego bohatera. Czułem spory dyskomfort, po pokazanym działaniu wymiaru sprawiedliwości.
Jednak był to największy problem jaki rzucił mi się w oczy. Nie znaczy, że nie było pomniejszych. Teraz jednak trochę pozytywów. Przede wszystkim atmosfera, przez sporą część filmu jest dość sielankowa. Kamerzysta operuje na obiektywie szerokokątnym z przebitkami z lotu ptaka. Znajdując się przez to dalej od wydarzeń drugorzędnych dało się złapać oddech i nabrać szerszej perspektywy (taki suchar).
Jednak w momencie kiedy spluwy wracały na pierwszy plan całość wraca na stare tory znanej formuły. Kamera pokazuje wszystko w taki sposób, aby nie sposób było źle zinterpretować intencji reżysera. Aktorzy w tym filmie dołożyli wszelkich starań, aby przekonać widzów do tego kim są. Jedynie Eastwood z swoim szczękościskiem wypada nieco gorzej.
Ale jako to? On?! A no, kiedy ma być twardzielem to jest. Pomimo już swojego wieku. Najzabawniejsze, że miał wtedy 53 lat, a wyglądał znacznie starzej. Najlepszych momentach kreacja Brudnego Harrego z tej części przypomniała mi jak grał w filmie Za garść dolarów. Dajcie znać w komentarzach, czy chcecie abym napisał o tym filmie.
W tym pędzie eksplozji i zniszczenia znalazł się czas na wątek miłosny. Z tego co się zorientowałem przyjęto go w sposób mieszany. Nie było to tragiczne, czy pokazane w żenujący sposób. Sądzę, że jego prezencja nie budziła na myśl Casanove mogącego uwodzić i porzucać. Do tego przyzwyczaił swoich fanów do bycia mścicielem.
W czasie kolejnych spraw, w których bierze udział pokazuje, że umie grać nieczysto. Użyje każdej sposobności, aby załatwić sprawę. Pokazano to naprawdę zgrabnie kiedy blefował na weselu. Wykorzystał prawo w zmyślny sposób. Nie będę zdradzał więcej, bo to jedna z lepszych sytuacji jaką pokazano.
Z racji czasu powstawania Nagłego zdarzenia to o czym napisze jest całkowitym zbiegiem okoliczności. Brudny Harry dostaje psa. Rozumiecie do czego zmierzam? Twardziel zabijscy bez zmrużenia oka i psina. Brakuje tylko hotelu i kuloodpornego garnituru i byłby komplet. W pewnym momencie jak pokazali zranionego pieszczoszka i Harry sięga po swoje słynne magnum to, aż zobaczyłem Johna Wicka z pierwszej części.
Wyniku zdarzeń z imprezy rodzinnej Harry zostaje wywalony gdzieś na prowincje. Od tego momentu zaczyna się część właściwa. Podzielono tą sekcje między mordercą, a śledztwem. Tutaj należy pochwalić scenarzystę za pokazanie czegoś więcej niż szaleńca odstrzeliwującego jaja facetom. Dodano backstory, w którym jasno pokazana motywacje działań.
W tej części filmu wszystko zaczyna się zagęszczać i brutalność coraz śmielej pokazuje swoje pazury. Generalnie tempo też jest o wiele szybsze i akcja nabiera kolorów. Jedynie w dwóch, trzech momentach postarano się o jakąś komiczną sytuacje. Jednak nie ma co się przy nich rozluźniać, bo potem zaczyna się poważny kaliber.
Najważniejsze jest to, że wszystko łączy się w pewną zgodną całość. Najwyżej można się doczepić tak zwanych fartownych sytuacji, w których przez przypadek bohaterowie wychodzą cało i zdrowo z niebezpiecznych wydarzeń. Ewentualnie dzieje się coś co zapobiegło oczywistej klapie.
Podsumowując, czy warto obejrzeć Nagłe zderzenie? Nie jest to doskonały obraz i ma swoje wady. Nie można mu jednak odmówić popisowych scen walki, czy świetnie udźwiękowionej broni robiącej spore wrażenie. Reżyser miał swoje odloty w trakcie. Jednak sadzę, że dałoby się przymknąć na to oko. Ocena końcowa 7/10.
Pora teraz na kolejny seans, czy się rzeczywiście wyróżni? Zobaczymy...
Retro recenzja Kickboxera z 1989 r.
Szanowne panie, drodzy panowie po raz drugi w historii tego bloga opublikuje recenzję na życzenie. Crouschynca zaproponowała Kickboxera z Jean-Claude Van Damme z 1989 r. Jaki szczęśliwy traf mam tyle lat co ten film. Jeśli macie pomysły jaki ma pójść następny klasyk piszcie w komentarzach. Tam wszystko obgadamy.
Kickboxer to trzeci film, w którym występuje Van Damme, a drugi gdzie doszedł do napisów końcowych. W Predatorze z 1987 wcielał się w tytułowego łowce, ale z powodu warunków pracy itp. rozstał się z ta rolą, a jego miejsce zajął Kevina Petera Halla.
Omawiana produkcja jest duchowym spadkobiercą Krwawego sportu będącego kinem klasy B z reżyserem mitomanem. Warto poznać bajki jakie opowiadał. Ci co oglądali pierwowzór zapewne wyłapią liczne podobieństwa, a zwłaszcza na początkowej i finałowej walce.
Byłoby naiwne z mojej strony jakbym nie dodał jeszcze więcej, ale po kolei. Motyw przewodni jest zemsta. Brat protagonisty mówiąc delikatnie został posłany na wózek inwalidzki przez mistrza Tajlandii będącej kolebką tyłowego sportu. Reszta fabuły trąci co tu dużo mówić banałem.
Zacznę od tego, że Van Damme dalej stara się wykorzystywać swoją „śliczną buzie” i francuski akcent. Bo czemu nie, panie to lubią. Podobnie jak w poprzednim filmie charakter bohatera jest wprost kryształowy, żeby nie powiedzieć rycerski.
Równocześnie nie raz, nie dwa ma problemy ze słuchem i nie wie co powiedziała do niego osoba towarzysząca. Zważając, jak mówiła biegle po angielsku to aż dziw bierze. Swoją drogą, po co na zadupiu ludziom takie umiejętności? Jak już przy tym jestem to wyłapać można jeszcze jeden babol nie mający uzasadnienia fabularnego.
Mistrz, który go szkoli i biegle mówi językiem Szekspira w losowych momentach postanawia mówić po swojemu. No dobra dorzucę jeszcze jeden kamyczek, nawet w scenie przedstawiającej rozmowę tytułowego „wujka” z „krewną” rozmawiają po angielsku. Brak tutaj konsekwencji co do preferowanego dialektu.
To co napisałem było tylko rozgrzewką, pora na ciężkie działa. W historiach tego typu uczeń stara się o zgodę na nauki. W najmniej oczekiwanym momencie dzieje coś takiego, że ten zyskuje w oczach i pyk zaczyna się etap szkoleniowy. W tym wypadku stało się coś całkowicie coś odwrotnego. Zgoda weszła od ręki, a dopiero potem był przełomowy moment. Trzymajcie mnie, bo nie zdzierżę, a to nie było końcem.
Przyszła ukochana uprzedziła naprawdę jasno o konsekwencjach bawienia się w bohatera. Lecz jak ktoś ma być jedno wymiarowy to nie posłucha i pokaże co nieco. Czy coś się stało tego samego dnia? Nie, pewnie daleko mieli więc trochę później? W żadnym wypadku, lokalny półświatek od tak odpuścił. Istotnym momentem pozwalającym się zorientować ile czasu minęło, była rozmowa z lekarzem i pokazanie się brata.
Warto też wspomnieć o biedaku, bo w końcu się tam też pojawił. Na start parę ciekawostek, wcielił się w niego prawdziwy mistrz świata Dennis Alexio. Kolejną istotna zmiana jaka dokonano to zmiana jego głosu. Skończyło się jak z Schwarzenegger w Herkulesie w nowym Yorku został zdubbingowany. Nie chodziło o poziom językowy, a prawdopodobnie o sam głos.
W scenie w szpitalu jest przebitka na jego prawdziwy "wokal". Z postaci, w która się wcielał zrobiono stereotypowego Amerykanina tym razem miało to sens. On wychował się w USA, a Kurt (Van Damme) w Europie. Miał to być kontrast, a trochę ośmieszył naród Ameryki Północnej. Zresztą co tu mówić, scenarzysta nie żałował sobie i złośliwości.
Teraz warto pokazać co wyszło, a było tego sporo. Warto zacząć od prezentacji Tong Po i kolejnych ciekawych faktów. Było on trenerem personalnym Van Damme i wystąpił w Krwawym sporcie. Zagadnijcie, kiedy się pokazał. Oprócz tego napisano, że się tak nazywa i gra samego siebie, a tak naprawdę znany był jako Michel Qissi.
Przedstawiono go naprawdę wyśmienicie. Zaczęto od dźwięku był srogi i wyrazisty. Następnie pokaz tego co potrafi, a było to oczywiście przesadzone. Okraszono to wielkim przerażeniem Kurta. Natomiast na finale centralne ujęcie dołu, niech widz widzi kto jest góra, a kto mrówką.
Warto nadmienić solidna budowę ciała, a tych nie tylko męskich będzie co nieco. Takie wejście smoka, było jedną z lepszych scen z jego udziałem. W dalszej części jest on już tylko statystą i finałowym przeciwnikiem.
Trening jak przechodzi to tak naprawdę część właściwa. Bo tego co się działo wcześniej nazwać inaczej, jak co tu się odwala nie można. No ok, wycieczka z jednym efektem zmiany kadru. Zastanawiałem się jak pokażą drogę białego wojownika? Czy zaczną od pokazania paru scen jak staje się od tak mistrzem świata? Byłoby strzałem w kolano i stopę.
Wybrnięto z tego dość gładko i stopniowano tak aby dało się poczuć te wszelkie zmiany. Nawet wykorzystali ujęcia z perspektywy pierwszej osoby, aby móc poczuć się jakby się tam było. Jednak to co bardziej rzuca się w oczy jest wprowadzenia nierealnych komediowych momentów. Przykładem będzie ćwiczenie na szybsze bieganie, bezcenne.
Im dalej w las tym było lepiej. Dalsze wydarzenia mimo swojej przewidywalności wciąż robiły swoje. Jednak dopiero przy egzaminie końcowym w barze zacząłem się naprawdę świetnie bawić. Prawdziwy pocałunek śmierci. (śmiech)
Walka w wielu ujęciach częściowo pokazano jak z prawdziwych zawodów, a część typowo filmowe wstawki, które były na wysokim poziomie. Pokuszono się na pewien schemat niemiejący pokrycia w rzeczywistości. Zważając jakie parametry zaprezentował Tong Po byłaby to mogiła jakby traktować to na serio. Ale to w końcu film i musi wygrać potęga miłości, przyjaźni i zaraz poleci tęcza. (śmiech)
Natomiast na poważnie to zakończenie jak i jeszcze w paru momentach było za dużo klisz znanych z filmów od wielkiego brata. Pewne zasady bycia w kraju skrajnie różniącego się kultura i rasą trzeba zachować. Inaczej zostaje człowiek wytrącony z imersji i niczym Leonardo DiCaprio trzymający browara wystrzeli palec wskazujący w stronę telewizora.
Na końcu zostawiłem sobie wdzięczną postać drugoplanową. Winston Taylor grany przez Haskell V. Anderson III to prawdziwy symbol tamtych czasów. Wciela się w byłego wojskowego, który walczył, gdzie? W Wietnamie, po jakby mogło być inaczej. W tamtych latach, w sumie do dziś uwielbia się przekrzywiać tamtą wojnę i wybielać jak tylko to możliwe. Spełnił istotna rolę w całym filmie jednak dopiero w finale pokazał co naprawdę potrafi, a jest tego sporo.
Teraz jeszcze trochę o sprawach technicznych i podsumowanie. Sceny na ringu zachowały swój pierwotny charakter, a przynajmniej częściowo. Taki miks ujęć pozwał poczuć to napięcie i siłę ataku poszczególnych ciosów. Wszystko zostało dobrze wykadrowane, a niekiedy pokuszono się na slow motion, a tam wszystko było widoczne jak na dłoni.
Sceny z początku filmu to prawdziwa wolna twórczość kamerzysty uwielbiającego robić zbliżenia. I tu fanfary, ile kamera pozwalała. Efekt jak na dzisiaj trochę zabawny, żeby nie ująć tego inaczej i brak stabilizacji robi swoje.
Inaczej ma się w walce na końcu tutaj podobnie jak w Krwawym Sporcie umiejętnie wykorzystano światło, aby dodać powagi sytuacji. Doświetlano Van Damme tak by jego mięśnie jeszcze bardziej mogły błyszczeć i to dosłownie. Natomiast Tong Po był zawsze w pół mroku, ale spokojnie też widać co trzeba. Bardzo chciałbym odnieść się do drugiego planu końca Kickboxera, ale byłby to potężny spoiler. Jedynie zdradzę, że był w stylu Rambo, a przynajmniej druga połowa.
Podsumowując, czy warto obejrzeć Kickboxera? Jasne, będzie to całkiem miłe doświadczenie. Trzeba pamiętać po co sięgamy, a jest kino klasy B, co widać na prawie każdym kroku. Bolączek w filmie jest znacznie więcej, jednak postanowiłem się nie znęcać za bardzo. Nie braknie też scen, w których pokażą z jakich barów Tajlandia słynie. Jak kogoś to nie gorszy to można dać się ponieść wartkiej akcji, czyli pierwsza walka i przesunięcie do części z szukaniem mistrza. Ocena końcowa 7/10.
Nie mogłem się powstrzymać i dodałem ten plakat w ramach rozszerzenia posta :D
Retro recenzja Cobra z 1986 r.
Zaliczyłem małą rozgrzewkę w postaci Commando, o którym czytaliście wczoraj. Przejdę teraz do części obiecanej. Groźni przestępcy i znani policyjni twardziele.
Mamy rok 1986 naczelne koguty nie wprost wojują o dominacje i żaden nie ma zamiaru odpuścić. Walczą i pokazują gołe klaty, jakie to męskie. Jednak trzeba spojrzeć inaczej na tą kwestie i pamiętać jakie wtedy rządziły się realia.
Cobra to przede wszystkim Sylvester Stallone. W tamtym czasie był on u szczytu swojej kariery. Znał swoje słabe i mocne strony, co do tego nie ma wątpliwości, Pokazał to w Filmach z Rocky i Rambo. Reżyser George P. Cosmatos już miał okazję pracować z głównym odtwórcą protagonisty. Panowie znając się dobrze wiedzieli jak pokazać wszystko co ma do zaoferowania Stalowy Sylwester.
Nakreślę nieco zarys fabularny, abyście lepiej zrozumieli do czego dążyli. W tamtym czasie w USA przestępczość była bardzo wysoka. Nawet w pieszych scenach filmu podane są dane, co do częstotliwości ich popełniania.
Fabuła miała być czymś w rodzaju ku pokrzepieniu serc. Cobretti jest kimś w rodzaju kowboja. Głównym celem jest aresztowanie lub zabicie szalejącego mordercy. Jak się okazuje już na samym początku tak łatwo nie będzie. Nie ma jednak obawy jedno osobowa armia da sobie radę jak zawsze.
Odebrałem go jako nieco przerysowaną postać o staromodnym podejściu, gdzie wszystko jest czarno-białe. Tak to prezentuje się dziś, ale wtedy nie miało to większego znaczenia. Skoro jestem przy kolorach. Miały one spore znaczenie. Cobretti pokazywany jest zawsze z czerwienią i czernią. Jest to o tyle istotne z tego powodu, że te barwy zarezerwowane były dla antagonistów.
Zapewne zabrzmi to zabawnie, ale prezencja Stallone pasowała idealnie do bycie właśnie tym złym. Od pierwszych minut podkreśla się ten fakt. Pamiętacie w Commando wielkie mięśnie Arnolda i jego buty? Tutaj też zaczęto od obuwia następnie mocne zbliżenie na twarz, aby na końcu zrobić ujęcie na całego aktora ubranego oczywiście w czerń.
Tak się wtedy nagrywało, dziś się raczej tego, aż tak nie kultywuje. Stallone przyzwyczaił widzów do eksponowania swojego dobrze dociętego ciała. Drogie panie, bez obaw trochę fan serwisu będzie. W przypadku tego filmu golizny męskiej nie ma. Jednak w myśl kultu ciała dodano kilka ujęć mający podkreślić cechy fizyczne. Wykorzystano jeansy i widać ma dobre geny w postaci dobrze zbudowanej dupy aktora. Dziś takie coś nawet nie zwróciło się uwagę, lecz wtedy miało to spore znaczenie.
W filmie pojawia się też pewne nawiązanie do debiutanckiego filmu Rocky. Tam pokazano na jednym ujęciu jak wbija do kubka jajka, a następnie wypija całą zawartość. Tutaj jest coś podobnego, ale zamiast jajek pokazują się środki do czyszczenia broni. Natomiast zamiast pić to Cobretti je pizzę. Koniec biedowania, to czas zarabiania. Taki nieprzypadkowy zabieg był charakterystyczny dla gwiazd, które właśnie czuły się pewnie w branży.
Film Cobra miał być początkowo bardzo mocnym thrillerem. Jednak wtedy i w sumie jak i dziś oznaczało to klapę finansową. W Stanach funkcjonowała już odpowiednia instytucja ustalająca kategorie wiekowe dla filmów. Trzeba było jedynie ocenzurować i wszystko mogło iść do kin.
Nim przejdę dalej co nieco o antagoniście. Gagatek wcielający się w niego to Brian Thompson jest on kolejnym elementem łączącym Stallone i Schwarzeneggera. Otóż jegomość debiutował w Terminatorze, jaki ten świat mały. W tej produkcji miał okazję w pełni pokazać swój warsztat. Nie tylko miał odpowiednią aparycję. Postarano się, aby widz nieświadomie miał do niego wyjątkowy negatywny stosunek.
Jego pierwsze kroki w przeciwieństwie do protagonisty pokazują się w nocy. Zawsze jest ukazywany w cieniu. Aby spotęgować grozę sceny akcji z jego udziałem są tak zaplanowane, aby nawiązywały w swej budowie do horrorów. Żeby nikt nie miał wątpliwości co do intencji reżysera odtworzono scenę z Lśnienia. Tego nie da się odzobaczyć. Muszę jeszcze dodać fakt jak dobrze pod kątem fizycznym pasował jako głównym przeciwnik. Jest doskonale zbudowany co pokazano na samym początku co doskonale uzupełnia go jako antagonistę. W Commando tego niestety nie było.
Teraz przyszła pora na mięsko, czy tam warzywa jak kto woli. Cobra dziś może wydawać się niekiedy banalne i dość zubożałe. Takie wrażenia wynikać mogą z zmian jakie zaszły w tworzeniu efektów specjalnych. Dziś wszystko robi się na green screenie, ale wtedy trzeba było się postarać wykonać to tradycyjnie, a to wiązało się z większym ryzykiem dla życia kaskaderów.
Zacznę więc od samego początku. W czasie napadu na Biedronkę, market znaczy się widać latający helikopter. Z pozoru jest to nic nadzwyczajnego. Ciekawostką jest fakt, że nie jest to wklejony obraz. Żeby takowy pojazd się mógł pokazać trzeba było przejść przez piekło licencyjne na nagrywanie scen tego typu.
Następnie pościgi sekty. Wcielający się ścigających aktorzy rzeczywiście spadali pod koła motocykli. Cudem był fakt, że nikomu się nic nie stało. Lecz wisienką na torcie był wcześniejszy pościg na autostradzie. Cobretti przekręca o 180 stopni samochód i niszczy auto nieprzyjaciela. Było to pierwsze tego typu wykonie takiej sceny.
Na koniec mała ciekawostka. Finał, który rozgrywa się w hucie nie jest planem filmowym jako takim. Był to prawdziwy zakład. Prace nad filmem były nagrywane po zamknięciu. Czyli w nocy. No ok, jeszcze jeden fan fakt. Pierwsze morderstwa jakie pokazano nagrano rzeczywiście w jednych z groźniejszych dzielnic LA.
Tak się prezentuje Cobra. Kawał dobrego kina będącego skarbnica ciekawych pomysłów. Dla fanów retro kina pozycja obowiązkowa. Ocena końcowa 8.5/10. A jak wy widzicie takie produkcje? Czy miałby szansę w dzisiejszych czasach?
Retro recenzja Commando z 1985 r.
Obiecałem filmy akcji, pełne zwrotów fabularnych i wybuchów. Będą, będą nie martwcie się! Na pierwszy rzut miała trafić Cobra z Sylvester Stallone z 1986 r. Przygotowując się do tej produkcji trafiłem na Commando z Arnoldem Schwarzeneggerem. Jak się okazało panowie z sobą ostro konkurowali. Natomiast wspomniane filmy są tego kwintesencją. Co wy na to, aby rozstrzygnąć w ramach rozgrzewki kto wypadł lepiej?
Film Commando w reżyserii Mark L. Lestera to klasyczny przedstawiciel lat 80-tych, gdzie męscy mężczyźni, robili męskie rzeczy. Mówiąc po ludzku napakowani kulturyści latali z wielkimi giwerami i robili antagonistą jesień średniowiecza z rock and rollową muzyką w tle, a na końcu odlatywali w helikopterach w stronę zachodzącego słońca.
Tutaj nie jest inaczej, nie spodziewajcie się głębi, chyba, że w ziemi. Konstrukcja fabularna jest jak na dzisiejsze czasy dość prosta, bo i taka miała właśnie być. Commando to produkcja, przy której nie miało się mieć głębokich przemyśleń, a jedynie cieszyć oczy świetnymi efektami specjalnymi. Trzeba pamiętać, że CGI dopiero zagościło w ostatniej dekadzie XX w., a tym samym ekipa od „fajerwerków” musiała się postarać, aby wszystko było na swoim miejscu.
Jak już tak poklepałem, pora przejść krok, po kroku co ma do zaoferowania sam film. Protagonista jest byłym komandosem nazwiskiem Matrix. Ironią byłoby jakby zagrał go Keanu Reeves. Na dokładkę zdradzę nazwisko jego przełożonego… Kirby, oby się tylko nie nadymał.
Wyobraźcie sobie przylatuje sobie ów generał i ostrzega przed niebezpieczeństwem. Byli towarzysze T-800 znaczy się Matrixa giną w tajemniczych okolicznościach. Szybko wychodzi na jaw w czym rzecz. Stare demony wracają i trzeba domknąć zaległe sprawy. Głównemu bohaterowi porywają córkę i zaczyna się zabawa. Tyle słowem wstępu.
W ciągu ponad godzinnego seansu w głównej mierze podziwia się stare auta i technologie, które wtedy uchodziły za nowoczesne. To na czym przyszło mi się skupić to na patrzenie z przymrużeniem oka na wszelki realizm jaki tam budowano. A także na zachowania, które dziś są bezsensowne. W końcu po co biec do budki telefonicznej? Dziś to nie trzymałoby się kupy, ale wtedy kiedy nie było tak szybkiej komunikacji zmieniało to postać rzeczy. Miało to tak spore znaczenie, że dało się na tym wybudować cały scenariusz.
Kolejna rzecz sceny walki, o tutaj zaczyna się dopiero najlepsza zabawa. Oglądając liczne filmy z van Dame, czy Seagalem narzekałem na brak realizmu. Chodziło o zwykłe przeładowanie broni, czy siły spluw z jakiej korzystali. W Commando nikt, ale nikt nie przejmuje się takimi drobiazgami. Wprost wszystko zostało przerysowane do granic możliwości. Absurd był tak duży, że nawet pokuszono się i pokazano jak niczym Hulk Arnold zrzuca z siebie grupę ochroniarzy.
Takich hec jest oczywiście znacznie więcej i nawet to zapisuje się na plus. Brak traktowania ich na poważnie, a bardziej luźne podejście sprzyja całemu doświadczeniu. Obstawiam się, że było to oczko w stronę fanów świeżego jak na tamte czasy Terminatora i budowanie wizerunku Arnolda Schwarzeneggera.
Warto wspomnieć o samej grze aktorskiej. Dialogów mówionych nie brakuje. Kiedy wypowiadają je bohaterowie drugoplanowi, czy antagoniści wszystko wypada całkiem znośnie. Szału nie ma, ale poziom zachowuje dobry. Sytuacja jest całkiem inna jak do głosu dochodzi naczelny duet. Matrix musiał słyszeć powiedzenie: mowa jest srebrem, a milczenie złotem.
Jego szersze wypowiedzi wypadają drętwo, nie ma co do tego wątpliwości. W główne mierze ratują go one-line teksty, w których w dość dowcipny sposób podsumowuje poszczególne wydarzenia. Podobnie wypada jego towarzyszka. Wstępnie przelatuje pod radarem, aby w późniejszym czasie zejść na ten sam poziom. Z jedną różnicą, jej nie dali nic ciekawego do powiedzenia.
Podsumowujmy, czy warto obejrzeć Commando? Z całą pewnością tak! Jest to doskonale przemyślane kino akcji zdające sobie ze swoich mocnych jaki słabych stron. Wiedzą co i kiedy wyeksponować, aby utrzymać cały czas uwagę widza. Jeśli się szuka klasyki z komediowym zabarwieniem to jest to właściwa produkcja! Ocena Końcowa 8/10.
Jak widzicie Stallone z swoją Cobrą będą mieć twardy orzech do zgryzienia. W następnym tekście okaże się, która produkcja pokazała lepiej męskich mężczyzn.





















.jpg)
.jpg)



.jpg)

.jpg)












