• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Mega recenzja Wiedźmin 3 na Xbox One X Część 1

Wreszcie po tych wielu miesiącach wróciłem na wiedźmiński szlak i przeszedłem ponownie Wiedźmina 3 Edycja Rozszerzona. Kto by się spodziewał, że stanie się to po zakupie Xbox Series X.

Minęło już sporo czasu od premiery i gra powinna być już całkowicie załatana. Wszelkich błędów tam nie ma tylko czysty wprost kryształowy gameplay. Niestety, ale tak nie jest. Oczywiście nie urzeknie się tam takich baboli jak w Cyberpunk 2077, lecz trzeba zaznaczyć, że są.


Cześć z bagów da się wywołać, a reszta jest i tyle. Uprzedza, że mają tylko formę kosmetyczną i na szczęście nie psują w żaden sposób rozgrywki. Wszelkie omówienia przykłady pochodzą z portu na Xbox One X. Natomiast platformą jaką wykorzystałem do grania był Xbox Series X.

Zacznę więc od najczęściej występującego. Jest to błąd w kolizji obiektów. Pomimo licznych aktualizacji dalej raczony byłem przenikającymi się Npc, czy włosami wychodzącymi przez ubranie. Nie brakło też „oryginalnych” itemów, które stały jedno w drugim.

Trafiłem również na zabawne sytuacje z tego wynikające. Zapewne słyszeliście o horrorze ludzka stonoga? No to widać devi chcieli wstawić jej odpowiednik w postaci świńskiej stonogi zmieniającej kolor umaszczenia sierści.


Innym już bardziej dotkliwym błędem było wywalanie do pulpitu. Stało się dokładnie dwa razy, co uznam za symboliczne. Wspomnę, że i Płotka miała swoje pięć minut. Dalej uwielbia płoty, a nawet jeździć na tylnych kopytach robiąc przy tym dęba. Ciekawą usterką, którą wywołałem przypadkiem jest wykorzystanie wiedźmińskich zmysłów w wilii Skurwiela Juniora.

Jeśli kamera będzie skierowana na powieszoną kobietę całe otocznie zacznie drgać tak jakby Gerald napił się alkoholu. Wszystko wraca do normy zaraz po włączeniu się pierwszego przerywnika filmowego.

Do innych mogę zaliczyć pokazania się artefaktów i degradacji tła do totalnej pikselozy. O ile jeszcze pierwszy błąd mogę tłumaczyć switchem łączącym kable z konsol to już drugi pojawiał się kilkukrotnie. Rozdzielczość samego tła spadał gwałtowanie. Nie dotyczyło to natomiast samych postaci, które były równolegle wyświetlane.


Największy atut gry na nowej generacji było wprowadzenie Ray Tracing w wersji uproszczonej dla konsol. Generalnie jest ok., o czym napiszę później, ale i tu zaliczyłem zgrzyt, ale zdarzało się to tylko czasami. Ciągnąc dalej błędy, czy raczej skrypty uruchamiające poszczególne rzeczy.

Jedną z obietnic Redów była taka, że zadania będzie można wykonywać od dowolnego momentu, a nie jedynie idąc krok po kroku nie omijać niczego. W istocie tak jest, tylko niekiedy nie odpalały się odpowiednie polecenia i choć wiedziałem, że jestem we właściwym miejscu to i tak nic się nie działo.

Omawiany przykład wystąpił przy zleceniu Licho przy studni. Musiał być to błąd z tego też powodu, że wskakując do studni wszystko działa jak należy. Skoro już jestem przy tej misji początkowe q mają niedociągnięcia w swojej konstrukcji.


We wspomnianym powyżej zleceniu trzeba pozbyć się południcy, aby mieć dostęp do czystej wody w  studni. Gdyby Gerald mógł wydostać się tylko za pomocą liny lub jakimś suchym tunelem to wszystko miało ręce i nogi. Szkoda, że trzeba wypłynąć do jeziorka, które łączy się wyłącznie z podwodnym źródłem tym samym co studnia. Nie ma co mówić, że jest tam bezpiecznie #logika alternatywna.

Kolejnym strzałem w stopę jest zadanie poboczne Cenna przesyłka. Może mieć różne zakończenia. Wszystko zależy od tego jakie zbierze się tropy. Szkoda tylko, że nie da się dojść do pozostałych końców w sposób przypadkowy. Ustawienie poszczególnych poszlak prowadzi zawsze do tego samego wniosku. Jeśli chce się zobaczyć inne przerywniki itp. trzeba mijać to właściwe i podejść do dalszych oddalonych dowodów zbrodni, które są za tymi pierwszymi.

Kontynuując dalej ten wątek. Widać, że kampanie miało się przejść więcej niż raz. Większość misji ma dwie skrajne zakończenia, a tym samym zachęcają do włączenia Nowej Gry Plus. Mało tego, konsekwencje decyzji jakie można w niektórych podjąć zobaczyłem po paru, a nawet parunastu godzinach.


Niektóre wybory mają kolosalne znacznie jak te, które wpłyną na to czy Ciri przeżyje, ale nie zostawiono nawet tych małych, malusieńkich jak w pierwszej misji z Białego Sadu. Chodzi mi o uratowanie niwgardzkiego dezertera. Szacunek za przykładanie się do szczegółów.

Żeby nie było, aż tak różowo to tuż przy tak popisowych momentach jak w koszarach łowców czarownic mamy i zapchaj dziury, które do niczego nie prowadzą, a jedynie objawiają się pozornym wyborem, który to samo znaczy np. Nie będę jadł lub Nie jestem głodny.

Redzi chwalili się liczbą słów jakie wypowiadają bohaterowie, fakt jest ich sporo, ale… No właśnie, ale są też oszczędności w tym segmencie, które można usłyszeć. Łatwo wyłapać to w postaci zmienionych pierwszych linijek z innej opcji dialogowej, którą mogłem wybrać lub tą samą odpowiedzią na wszystko co było do wyboru.


Równocześnie naprawiono parę rzeczy. Byłem bardzo zaskoczony widząc, że Biały Wilk nie ginie po upadku z pół metra. Ci co grali na premierą na pewno to pamiętają i jak to denerwowało, bo trzeba było po raz któryś z rzędu wysłuchać Jaskra, który streszczał bieżącą sytuacje.  

Kolejną poprawką było wyświetlanie się misji na Skellige, czy Wróg publiczny. Grając na PC nie wiedziałem, że można ominąć wątek z Triss i od razu ruszyć na wyspy. Gra nijak nie dawała znać, gdzie szukać kapitana, czy czegokolwiek innego. Podobnie nie wyświetlała się opcja, aby kryształ z megaskopu Philippy oddać wyżej wymienionej.

Następną istotną poprawką była możliwość ścigania się na zawodach półświatka. Niby niewiele, ale jednak cieszy. Skoro trochę zbeształem to teraz pochwalić, a jest co.


Zacznę od samej warstwy graficznej. Jest dobrze, ba jest świetnie gra wygląda równie dobrze co w 2015 r., a nawet lepiej. Włączyłem wcześniej na PC, aby zobaczyć jak będzie wyglądać na uber. Będę szczery dupy nie urywa.

Natomiast jak włączyłem na Xbox Series X doznałem szoku prawdziwy remaster! Nie! Remake jak się patrzy, ta szczegółowość, ta ostrość te detale, aż szczęka opadła do ziemi. Początkowo sądziłem, że do Ray Tracingu da się przyzwyczaić i przestać go zauważać. Myliłem się, za każdym razem zachwyca i skłania do podziwiania pięknego otoczenia. Tego praktycznie nie da się opisać to trzeba zobaczyć.

Udźwiękowienie też jest niczego sobie tutaj też odnotowałem zmianę poszczególnych towarzyszy niezależnie od odległości można usłyszeć. Odejmuje to realizmowi, ale jest bardziej praktyczne.

Tutaj kończę część pierwszą recenzji, jutro pokaże się reszta. KLIK
Share:

Recenzja anime Bakemonogatari

Dzień dobry wszystkim! To ja wasz blogger piszący do szuflady. Czuję, że to jednak jest swojego rodzaju tradycja i chyba przez jakiś czas będzie się to tak ciągnęło.

Znaleźć dobre anime, które porwie swoją oryginalnością to rzadkość. Ostatnio wpadło mi oko, a może ręce… No dobrze, przejdę dalej, bo plątać się zaczynam. Ostatnio obejrzałem sobie komedię, a jakże inaczej. W końcu nic innego nie oglądam i znowu odleciałem.


Bakemonogatari to piątą część, a drugi sezon pokazujący przygody Araragi Koyomi. Zacząłem oglądać tak jakoś bezwiednie od tak na odczepkę. Dzięki temu nie zauważyłem, że pominąłem parę pełnometrażówek i jednego mini sezonu, o ile można tak to nazwać.

Parę faktów było przez to trochę nie jasne, a także czemu protagonista tak troszczy się małą wampirzą loli itp. Szczerze, bardzo mi to nie przeszkadzało, bo dość jasno te wątki wyjaśniono w poszczególnych epizodach. Prawdopodobnie przewidziano, że mogą się pojawić nowi widzowie, którzy niezapoznani się poprzednimi przygodami Koyomi – kun.

Po przeczytaniu opisu i klasyfikacji anime bardzo się zdziwiłem. Pierwsze odcinki za grosz nie mogłem zaliczyć do komicznych. Powiem szczerze, że miałem wrażenie, że będzie to coś z pogranicza thrillera, dramatu psychologicznego.


Jak się szybko okazało elementy satyry zagościły i to w dość szybkim tempie, bo już zmiana zachodzi w trzecim odcinku. Jeśli czytaliście moją recenzję Seishun Buta Yarou wa Bunny Girl Senpai no Yume wo Minai to już wiecie czego się spodziewać się po tej produkcji.

Fabuła jest tu również podzielona osobno dla każdego z bohaterów na którym aktualnie się skupia. Tym razem na plan główny nie wychodzi syndrom dojrzewania, a yokai, czy też dziwactwa jak je nazwano. W sumie wartałoby się zapoznać z wierzeniami japońskimi jak się ma do ich rzeczywistości.

Główny wątek krąży wokół Senjougahara Hitagi i Koyomi. O ile szanowna panienka jest dość wygadana i określa jako tsundere to ja bym powiedział, że jest bardziej yandere. Kandydatką na waifu stanowczo nie jest, za to jej słodka koleżanka już tak tylko jest z nią mały „problem”.


Wracając do tematu Hitagi ma ciętą gadkę i dość ciekawe przemyślenia. Nie mogę jednak tego samego powiedzieć o Koyomi, który wypada blado przy niej pod tym względem. Jest on jak dla mnie bezpiecznym protagonistą, który musi być miły dla wszystkich i bez wahania rzucać się w ogień, aby ratować bliskich mu ludzi i nie tylko ich.

W samej fabule mamy sporo drugo polanowych postaci, które zostały dobrze napisane do moich ulubieńców zalicza się na pewno Mayoi Hachikuji. Za każdym razem jak pojawia na scenie musi błysnąć dowcipem, który jest dla niej bardzo charakterystyczny. Relacje jej i Koyomi – kun najlepiej zobrazuje porównania ich do rodzeństwo, choć nie sprawdzi się to we wszystkich sytuacjach.

Po obejrzeniu wszystkich piętnastu odcinków można odczuć zmęczenie materiału, ale jest coś co nie przestaje zadziwiać. Zamiast mieć standardowe tła po których poruszają się postacie będziecie oglądać „obrazy”.


Sami przyznacie, że obcowanie z abstrakcją, czy też galerią sztuki będzie pierwszą myślą jaką przyjdzie do głowy. Twórcy bawią się tym dość swobodnie i niekiedy będą robić z tego „spore sceny”. Nie odczujecie przesytu, a jedynie swojego rodzaju zaciekawienie, co jeszcze wymyślili.

Bakemonogatari charakteryzuje się jeszcze tym, że wykastrowano wszystkie odcinki z „statystów”. Skupiono się wyłącznie na naszych milusińskich, a żeby było jeszcze ciekawiej dołożono wiele perełek w postaci luźnych ustawień modeli postaci.

Możecie zapomnieć o kadrach w których bohaterowie stoją naprzeciw siebie i tylko przeprowadzają luźne pogaduszki. Tutaj postawiono na całkiem coś innego. Anime ma mocny wydźwięk artystyczny i to dosłownie. Nikt nie przejmuje się istniejącymi schematami, czy innymi wzorami. Hulaj dusza piekła nie ma.


Nie zabraknie też i fanserwisu jaki i ecchi. Ten blok jest dość dobrze zaimplementowany i mało nachalny. Co nie zmienia faktu, że niekiedy nawet przyjemny. Warto wspomnieć, że pojawia się w tym sezonie jedna postać LGBT.

O dziwo oprócz faktu, że kocha inaczej oferuje coś więcej. Jest ona ciepłą i serdeczną duszyczką, która można polubić, a jej reakcję, czy też charakter jest dość ujmujący. Nie wiem, czy ma być to stereotypowy wizerunkiem lesbijki, czyli najlepszej kumpeli faceta, czy taka po prostu. Nie zmienia to faktu, że nie jest czarno biała, ale ma sporą gammę szarości.

Teraz zabiorę się do obejrzenia zaległości, aby lepiej zrozumieć przewodniczącą i małą loli wampirzycę. Odnoszę wrażenie, że potraktowano ją po macoszemu dając jej ledwie sekundy antenowe i praktycznie ja wyciszając.

Podsumowując Bakemonogatari to anime wartę obejrzenia. Zachwyca ono niezwykłymi tłami jak i podejściem do kamery. Fabuła nie jest jednolitą masą, a dzieli się na soczyste warstwy pełne smaczków oblanych gęstym sosem. Kurczę, aż się zrobiłem głodny, a już pierwsza w noc dochodzi (śmiech).
Share:

Recenzja anime Super Cub

Przeglądając sobie anime jakie wyszły w sezonie wiosennym trafiłem na tytuł, który przykuł moją uwagę ciekawą miniaturką. Co prawda miałem w planach przygotować na ten tydzień inną serie, ale jak zobaczyłem pierwszy odcinek to już przepadłem.

Istnieje jak wiadomo wiele gatunków anime. Warto jednak wyróżnić jeden z nich, a właściwie podgatunek okruchów życia, a mowa tu rzecz jasna o Iyashikei.


Nie będę tu się rozpisywał o nich wszystkich, a skupie się na konkretnym tytule. Natomiast jeśli będzie ktoś chciał obejrzeć coś podobnego to polecam: Flying Witch, Dagashi Kashi, Aria the Animation.  Super Cub jest wprost wzorcowym przykładem, jeśli chodzi o samo przesłanie i elementy charakterystyczne dlatego podgatunku okruchów życia.

Od samego początku widz jest oszołomiony niezwykle piękną oprawą, która charakteryzuje niezwykłą szczegółowością poszczególnych miejsc jak choćby szkoły, czy sklepo – kawiarni Beurre. Warto zaznaczyć, że przyrodę narysowano w dwojaki sposób.

Gdy nasze kawaii laseczki, gdzieś jadą stylistycznie wygląda jak żywcem wyjęty jak spod pędzla jakiegoś mistrza. Sytuacja się zmienia w momencie jak obraz staję się bardziej statyczny. W takim momencie wraca realistyczna oprawa. Kolejnym istotnym elementem jest podkład dźwiękowy.


W Super Cub postawiono typowo na muzykę instrumentalną, to właśnie ona wprowadza ten jakże błogi stan, którym można się upajać. No dobrze, ja tu gadu – gadu, ale pora napisać o samej fabule.

Iyashikei charakteryzują się skupieniem wyłącznie na elementach obyczajowych. Chcąc ująć to inaczej powiedziałbym na codziennym życiu. Nie zobaczy się w tym anime ecchi, czy shōnena rodem z One Pice. Zarówno bohaterowie i całe fabuła będzie mówiąc wprost wiała nudą.

Nie jest to jednak oblega, a jedynie podkreślenie jak będą to widzieć ludzie, którzy nigdy nie mieli styczności z takimi seriami. Jeśli jednak nie zniechęca Cię to do obcowania ze SC to się nie powinieneś rozczarować.


Protagonistką Super Cub jest nastoletnia Koguma, która jest dość zamknięta w sobie. Wraz z kolejnymi odcinkami dokonuje się zmiana na lepsze. W sumie jak się nad tym zastanowić można powiedzieć, że przeprowadzono motorową terapie.

Szybko można się złapać na tym, że zaczyna się ją spostrzegać jako uroczą moe, która chciało się zaopiekować. W dalszej kolejności mimowolnie się jej kibicuje i przeżywa się razem z nią jej wątpliwości i problemy.

Pierwszym kamieniem milowym było zakupienie motoru Super Cub od Hondy, następnie poznanie Reiko. Aby nie spolerować wam tego co się będzie działo dalej postaram się odnieść do tego jak się rozwija sama fabuła.


Małe wtrącenie co do Hondy. Nie ma co ukrywać, że jest sponsorem i co chwila będzie to waliło po oczach jak reklama pseudo szczepionek. Jakoś mam szczęście i trafiam na lokowanie produktów w tegorocznych produkcjach.

Będę z wami szczery i powiem, że jakoś szczególnie nie zapałałem miłością do tej marki. Jednak można się co nieco dowiedzieć o paru modelach jak i serwisowaniu tego typu pojazdów #YuruCamp.

Sporo jest podobieństw do wspomnianego anime, a także motywacji do aktywności i wyjściu z domu. Ok., ok. wracam do samej historii. Nie będzie to jakąś niespodzianką jak napiszę, że wszystko zakończy się happy end'em.


Wraz z pojawieniem się kolejnych postaci akcja zaczęła nabierać rumieńców i samo tempo też odczuwalnie się zwiększyło. Przez cały sezon Super Cup mamy niemalże cały czas te same miejsca i się łapałem się na tym, że pamiętałem, co piszę na oznakowaniu trasy jaką przemieszcza się Kaguma – chan.

Nie zabraknie też pięciu minut dla Reiko, ale jest to tylko jeden odcinek. W trakcie jego oglądania waliłem co chwilę face palma, bo wytrwałość w dążeniu do celu to jedno, a głupota to drugie. Przez fakt, że akcja rozgrywa się na wsi w górach nie zaliczono epizodu na plaży. Natomiast festyn już był i tam postawiono kolejny krok.

O dziwo jak napisali użytkownicy serwisu (nie będę pisał, którego sami traficie) w odcinku dziesiątym staje się coś ważnego i nie mogę się doczekać kolejnego. No bez przesady, tam nic szczególnego się nie dzieje. Dla sprawiedliwości dziejowej napisze, że coś się stanie, ale tylko naiwny mógł sobie wyobrazić skrajny scenariusz.


Podsumujmy to w skrócie. Główny wątek skupie się w wyłącznie na biednej moe i jej metamorfozie. Fabuła to spokojna obyczajówka w której nie uświadczy się niczego co znamy dobrze z komedii. Poszczególne postacie zostały całkiem dobrze napisane. Mała Shii, którą debiutuje w czasie festiwalu świetnie spisuje się jako bohaterka wspierająca.

Wielka szkoda, że jej rodzicom nie dali więcej czasu antenowego i podeszli do nich zbyt powściągliwie. Wszelkie wydarzenia z nimi miały całkiem spory potencjał na coś większego. Sama oprawa jak napisałem na początku jest wraz z muzyką najmocniejszą stroną Super Cub.

Mimo wszelkich zalet nie jest to anime, które zasłużyło na najwyższe noty. Zabrakło tam kropki nad i. Wartałoby jakoś zamknąć to tak, aby czuć się najedzony, ale bez przesady. Mimo wszystko mam nadzieje, że pojawi się w przyszłości drugi sezon. Ocena końcowa 7.5/10.
Share:

Recenzja filmu Krwawe Niebo

Dawno nie było filmu no to dajmy coś świeżego, a może hit, który miał premierę w tym miesiącu. Brutalne gore o wkurwionej matce. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało.

Mimo, że nie jestem fanem horrorów to po zobaczeniu zwiastuna Krwawego nieba musiałem go obejrzeć. Jako, że są to informację powszechnie dostępne czujcie się ostrzeżeni, bo będą leciały spoilery. Postaram się, aby nie były zbyt duże.


Zacznijmy od tego, że matka z dzieckiem leci samolotem do Stanów i nagle zostają porwani przez terrorystów. Szybko okazuje się, że protagonistka jest wampirem i robi krwawą jatkę na pokładzie. Co może pójść nie tak?

Po takim wstępnie zwykle pada hasło: wszystko! No o dziwo tak nie jest. Zacznę od tego, że jakoś nie odebrałem tego filmu jako kina grozy. Zdaję sobie sprawę, że jest to film klasy B, a co złośliwsi piszą, że C. Osobiście powiedziałbym, że to solidne akcyjniak z elementami dreszczowca i z nutką dramatu.

Brakowało mi tu czegoś, hmm schematu, który dobrze znam. Jak wiadomo bestie są tymi złymi, a ofiarami / bohaterami są ludzie. Tutaj jest na odwrót, czyli wampirza gotowa na wszystko matka i bestialscy terroryści. Samo to wywołało u mnie pewien dysonans. Najlepszym przykładem jest anime Made in Abyss. Słodka wprost niezdrowa cukierkowa oprawa z ciężką fabułą.


Krwawe niebo jest produkcja Niemiecko – Amerykańską. Narracja i podział wydarzeń nie jest typowy jak na filmy od Wuja Sama. Najpierw mamy wydarzenia z półfinału, aby następnie się przerzucić do samego początku.

Między czasie będą przewijać się wydarzenia ze przeszłości, które spełniają rolę przecinków, czy też pokazują kiedy kończą się poszczególne akty. Po trailerze spodziewałem się kiczu, bo jakoś nie przemawiało do mnie mrożący horror w samolocie. O dziwo miałem do pewnego stopnia racja.

Przyjrzyjże się teraz głównym postaciom jak i pobocznym, bo jest tam parę osób wyróżniających się na tle reszty. Zacznę od terrorystów, którzy wypadli całkiem nieźle, a w szczególności Krecha grany przez Alexandera Scheera. Jego transformacja w ułamku kilku minut robi naprawdę wrażenie. Naprawdę chciałbym go zobaczyć jako Jokera.


Drugą istotną osobą jest szef w którego wciela się Dominic Purcell, z tego co się orientuję to jest typowo zaszufladkowany jako twardziel. No, ale co się dziwić z taka facjatą to trudno, aby grał amanta, choć kto wie. Prawda, Heath Ledger?

Wśród pasażerów można wyróżnić Farida (Kais Setti) i grubego chama sami będziecie musieli zgadnąć który to istotne dla samego finału. Na sam koniec zostawiłem Nadje (Peri Baumeister), która pokazuje pazura i to dosłownie. Nie będę ukrywał, że w czasie wspólnego seansu, gdy trafiały się typowo sceny z krwiopijcami padały suchary takie jak: daj gryza lub ale mnie suszy.

No dobrze humor na bok, osobiście widziałem w Nadji prawdzie i szczerze kochającego rodzica. Liczne momenty kiedy Elias (Carl Anton Koch) sprawiał, że wracała jej pełna świadomość naprawdę ujmował (albo ja się robię stary).


Próbowano nawet wyjaśnić skąd się wzięła sama choroba, o ile można tak to nazwać. Wszystko zależy jak się na to patrzy. Jeśli miała być to wizja fantasy to wirusem nazwać tego nie można. Z kolei biorąc to na naukowy warsztat mamy mutację połączoną z wścieklizną. Biorąc obie rzeczy powyższe nazywanie ich zombie jest błędne. Nie doszło do zgonu i da się leczyć.

Niestety źródła tej cholery nie określono mamy jedynie wzmiankę o klątwie i złu które trzeba powstrzymać. Podobnie się ma sytuacja z celem najemników. Twórcy spekulują o możliwych scenariuszach. Trzeba przyznać, że dobrze się to rozwija, lecz ktoś podciął sznurki na których wisiały te wątki i oklapły.

Sam finał jest dość mieszany. Wolałbym, żeby skończyło się dobrze, ale niestety jest inaczej. Jak powiedział starzec nie da się tego kontrolować. Z jednej strony miał rację, ale z drugiej nie bardzo. Liczba wypitej krwi bardzo na to wpływała. Lecz na końcu czekało jedno.


Podsumowując podział jaki dali i kolejność jest średnio wygodny, o ile samo podzielenie poszczególnych części głównego wątku zachęca do zobaczenie co się dalej stanie, tak retrospekcja odczuwałem jak hamulec, który w nieoczekiwanym momencie został pociągnięty. Mimo wszystko zawarto tam istotne informację. Na koniec pochwale jeszcze za wszelkie ujęcia, które robiły swoje i praktycznie nie miałem się jak do nich doczepić. Podobnie z efektami, czy charakteryzacji. #nosferatu

Co tu dużo mówić. Jeśli nie jesteście bardzo wymagający i lubicie taki mix gatunku to powinno wam się podobać. Uprzedzam jeszcze o tym, że ci z was co mają hemofobie nie powinni oglądać tej produkcji dla własnego dobra. Ocena końcowa 8/10.
Share:

Recenzja anime Ijiranaide, Nagatoro-san

Jak sądzicie, czy prześladowanie kogoś może sprawić, że oprawcę i ofiarę może połączyć jakieś głębsze uczucie? Oprócz nienawiści ma się rozumieć.

Ijiranaide, Nagatoro-san to komedia, która jak sądzę miała być odpowiedzią na Uzaki-chan wa Asobitai! O ile to drugie anime jest naprawdę udane to tutaj leży i kwiczy. W realnym świecie relacje jakie się budują się między Senpai, a Nagatoro nie mają prawa istnieć, chyba, że to odpowiednik jakiegoś zaburzenia psychicznego.


Sensu nie ma na to narzekać z dość prozaicznego powodu. Patrz akapit wyżej. Mimo wszystko jak się ogląda coś takiego miło by było widzieć w tym jakąś logikę i minimum konieczne realizmu.

Pierwszy odcinek Ijiranaide, Nagatoro-san to istne pastwienie się nad ofiarą przez sadystę. Jedyne narzędzi tortur brakowało do „szczęścia”. Pierwszą zmianę można zauważyć już w trzecim epizodzie.

Kwintesencją tego „romansu” zobaczyłem jak się pokazała na samym końcu przewodnicząca ze swoimi wielkimi „argumentami” (czyt. Oppai). Przeszli wreszcie do rzeczy i coś wyraźnie zaiskrzyło między nimi. 


Sam koniec mnie co tu ukrywać rozczarował. Nie to żebym spodziewał się czegoś wybitnego, ale obrończa mowa Senapai o porno obrazie przewodniczącej (w sumie to był akt.) był żenujący.

Zresztą ta chłopina jest dość żałosna i mimo, że wszystko ma być przerysowane to nie byłem wstanie tego kupić. Wszelkie perypetie polegające na upokarzaniu Senpai opierają się na dwuznacznych ecchi dowcipach i „szczęśliwych wypadkach”.

Wszystko było w sumie ok., tylko zrobili jeden, a zasadniczy błąd. Nasze chłopięcie czyta eromangę. Czyli pewne rzeczy nie są mu już obce. Jednakowoż patrząc na jego reakcje trudno w to uwierzyć.


Mimo, że serię Ijiranaide, Nagatoro-san mogę zaliczyć do średniaków to jakoś się nie zmuszałem zanadto do obejrzenia poszczególnych epizodów. Jedynym wyjątkiem jest sam finał.

Jeśli już musiałbym kogoś wyróżnić z tej całej wylęgarni pseudo postaci to wybrałbym Nagatoro, która mimo swych pokręconych zachowań i przykrych firmowych min starała się coś zrobić.

Nie ma czego się spodziewać, po budżetowej produkcji, która wprowadza kryptoreklamy, a do tego jeszcze nie pozyskuje licencji na pokazywane marki. Dzięki temu mamy parodie Ps4 i odświeżona wersję pudełek. Ślepy tylko by nie zauważył.


Nie inaczej jest z samą kreską. Nie ma tragedii, ale modele postaci jakoś nie oszałamiają i jeszcze dochodzą oszczędności przy rysowaniu uczniów bez części twarzy. Rozumiem, że to ma być zabieg, a nie jedynie forma oszczędności.

Podsumowując Ijiranaide, Nagatoro-san próbowano podnieść rękawice, ale nie wyszło. Natomiast z komentarzy do tego sezonu można przeczytać, że sama manga było zabawniejsza. Mimo dobrych chęci nie mogę polecić wam tego anime. Jedyna adekwatna ocena to 6.5/10.
Share:

Recenzja anime Isekai Quartet sezon 1

Poniższy artykuł napisałem parę miesięcy temu jak miałem przerwę stąd taki, a nie inny wstęp. Zapraszam do lektury.

Ostatnio nic nie pisałem, bo jestem na przerwie od prowadzenia bloga. Nie oznacza to, że przestałem przygotowywać materiały, cóż… Staram się na luzie podjeść do sprawy i dobrze przy tym się bawić.

Odsunę na bok ambitne, a może raczej wielkie tytuły, a sięgnę po coś bardziej przyziemnego. Isekai Quartet to całkiem przyzwoita produkcja, bez skojarzeń. Ludziska z Studia Puyukai wpadli na całkiem ciekawy pomysł ściągnąć głównych bohaterów z kilku kultowych serii.


Mowa tu oczywiście o Ovelordzie, czy Re: Zero, bez obaw wpadnie tu też batalion magów z Youjo Senki. Na tym się nie kończy plejada postaci, ale nie ma co psuć zabawy i samemu zobaczyć kto się tan znalazł.

Generalnie mamy tu dobrze znane anime opowiadające o życiu szkolnym. Koła nie da się wynaleźć od nowa, ale za to można je podrasować. Uczniowie mimo typowych zajęć, na które trzeba patrzeć z przymrużeniem oka. Potrafią ubarwić je swoimi charakterystycznymi zrachowaniami.

Spowoduje to ciekawe interakcje między nimi do których normalnie dojść nie mogło. Reakcję innych uczniów jak „udawanej bogini”, czy członków batalionu są naprawdę bezcenne. Idealnie się pod tym względem uzupełniają. Jedynie balans umiejętności jest ciut pokręcony.


Na nie ma co się dziwić skoro w jednym anime występują typowe op postacie, które zamiatają na swoim podwórku całą konkurencję. Po obejrzeniu pierwszego sezonu w sumie nie wiadomo, co w tym wszystkim chodzi. Jednak jak to powiedział Kazuma, mnie się tu podoba.

Trudno się z nim nie zgodzić, bo w końcu nikomu krzywda się nie dzieje, chyba, że przetrzymanie siłą nie jest przestępstwem, a oni odkryli nową wersję syndromu sztokholmskiego. Nie wynikajmy w szczegóły, bo anime to stan umysłu na swój sposób.

Skoro mamy uczniów o których wspomniałem powyżej to teraz trochę o nauczycielach. Pierwsze skrzypce gra nie kto inny jak Roswaal L Mathers. Przyznam się bez bicia jaki on jest w oryginale nie wiem, ale tu jest naprawdę pozytywnie zakręcony. Jego charakterystyczny sposób mówienia może odrzucić, ale to już kwestia gustu. Mnie osobiście nie ziębi nie grzeje.


Są jeszcze inni przedstawiciele grona pedagogicznego z dyrektorem na czele, ale póki co należy ich bardziej traktować jako tło. Póki co mogę śmiało napisać, że Isekai Quartet to miła odskocznia.

Nim zakończę muszę wspomnieć, że w tej produkcji występujące postacie, które zwane są potocznie chibi. Mówiąc po ludzku to przesłodzone wersję modeli, które znajdują się w głównych seriach. Zostaliście więc ostrzeżeni. Fakt, duży skrót myślowy, ale co poradzić, co nie?

Podsumowując Isekai Quartet sezon pierwszy to naprawdę milusi tytuł, który pozwoli złapać oddech i miło spędzić czas. Poszczególne odcinki trwają zaledwie dwanaście minut każdy. Ocena końcowa 8/10.
Share:

Recenzja anime Vivy – Fluorite Eye’s Song

Zanim zaczniecie oglądać to anime należy się zastanowić czym jest wkładanie w coś serce i czym jest misja. Gotowi? Czas start!

Vivy – Fluorite Eye’s Song jest póki co moim kandydatem na anime 2021 r. Ujęło mnie pod każdym względem. Nie będę ukrywał, że rozpoczęcie pierwszego odcinka od pokazania masakry zrobiło wrażenie. Żeby niebyło nie miało tu miejsca chamski wjazd i nic poza tym.


Zrobiono mały odstęp tak, aby uzyskać odpowiedni efekt i pochwycić uwagę widza. Fabuła szybko się przesuwa tak, aby utrzymać odpowiednie napięcie, a następnie stawić kropkę. Dalej nagle się uspokaja i akcja przesuwa się do części właściwej.

Wit Studio doskonale wiedzieli co robią. Zarzucili przynętę i już mieli rybę na haczyku. Fabuła Vivy – Fluorite Eye’s Song opowiada o pierwszym autonomicznym Si Divie lepiej znanej jako Vivi i pochodzącym z przyszłości Si Matsumoto. Początkowo ich znajomość nie bardzo się kleiła. W sumie to mało powiedziane…

Diva mimo, że jest w pełni autonomicznym Si w swoim byciu przypominała mi kuudere. Wraz kolejnymi odcinakami wszystko się zmienia, a nawet pojawia się chwilowa zmiana, która mnie bardzo zaskoczyła.


Podobnie ma się z Matsumoto, który mimo bycia super Si jest naprawdę trudny w odbiorze. W sumie niema co się dziwić bardzo szybko pokazał, że nie obce jest mu powiedzenie po trupach do celu.

Największymi zaletami fabularnymi tego anime jest próba odpowiedzi na pytanie kiedy kończy się maszyna, zaczyna życie? Wbrew pozorom podeszli do tego bardzo sensownie. Ukazano związki rodzinne jak i zakochanej pary. Wszystko to jednak zostało oprawione w dramat i co tu mówić człowiek się wzruszał co chwilę.

Przemycono, o ile można tak powiedzieć wątki rasistowskie, czyli robienie z mecha ludzi przedmiotów, które mają tylko wykonywać rozkazy. Role złola przepadła Yugo Kakitani. Początkowo wydawał się dość jednowymiarowy. Nienawidzi Si hurr durrr i koniec nic ponad to. Wielce się zdziwiłem, że jednak coś kryło się pod tą maską.


Vivy – Fluorite Eye’s Song rozgrywa się w ciągu stu lat, a związku z tym liczba wydarzeń może być naprawdę spora, a do dyspozycji jest zaledwie trzynaście epizodów. Postanowiono więc, że będą skakać do tylko ważnych momentów w ramach Projektu Osobliwości.

Zabieg ten jest całkowitą odwrotnością względem innych serii, które przyzwyczaiły widza do czegoś z goła innego. Nie wpływa to na odbiór i komponuje się w zgrabną całość utrzymując stały poziom do jedenastego odcinka.

Dopiero ostatnie dwa odc. wytrąciły się z rytmu i stały okrakiem między to już koniec wszystko się udało, a coś się szykuję, ale nie powiemy wprost co to będzie. Natomiast sam finał jest dość otwarty. Czyli nie za dobry ani zły. Mimo wszystko jestem z niego zadowolony. Ci co czytają moje teksty zapewne już domyślają się, a reszta będzie musiała obejrzeć.


Kolejnym ważnym elementem są wątki drugo planowe, czy też uzupełniające misje główne. Postacie drugoplanowe i epizodyczne nieostały zaniedbane. Dopieszczono je, a gdzie nigdzie nawet przedobrzyli.

Najbardziej poruszyły mnie dwie nieszczęśliwe związki Grace i Profesora jak Ophielie i Antonio. Prawdziwy majstersztyk w takim momencie najlepiej odwołać się do boksu, aby lepiej zobrazować. Najpierw bokser obrywa potężnym sierpowym, a potem poprawiają jeszcze raz i leży na deskach.

Jeśli komuś mało wszystko jest oprawione w niezwykle bogatą animację i piękne ujęcia, po których człowiek chce więcej, jeszcze więcej. No i dostaje tego tyle, że nie ma dość i cały czas ocha i acha nad tym co widzi. Żeby niebyło za różowo mamy oszczędności na tłumach ludzi co robią za tło. Jeśli to się zauważy to naprawdę się wam nudzi. Wspominam o tym tylko dla formalności.


Skoro jestem przy oprawie audiowizualnej to pochwalić muszę niezwykle piękną muzykę jak i piosenki, które sobie puszczam, aby przyjemniej się pisało.

Podsumowując Vivy – Fluorite Eye’s Song to pierwszorzędne anime i całą pewnością numer jeden wiosennego sezonu. Twórcy starają się złapać wiele srok za ogon i trzymają je mocno. Trzymam kciuki, aby stworzono kolejny sezon. Ocena końcowa 9.5/10.
Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie